|
Skład: X - śpiew, gitary; Rob Nasty - śpiew, gitara basowa; Snowy Shaw - śpiew, perkusja;
Produkcja: X i Snowy Shaw
Heaven, Hell Or Hollywood? grupy XXX to jeden z tych albumów, które pomimo słabszego pierwszego wrażenia są w stanie przedrzeć się przez stworzoną przeze mnie barierę niechęci i które później wydały mi się być całkiem dobrymi krążkami. Longplay po prostu wymagał osłuchania. XXX jest młodą formacją ze szwedzkiego Goteborga, charakteryzującą się dużym poczuciem humoru. Jeżeli chodzi o grę, to na albumie spotykamy przede wszystkim wesołe, pełne życia i nie do końca poważne kompozycje.
Przeczytawszy wypowiedź jednego z muzyków, natrafiłem na okazję do uśmiechu. Żart dotyczył tego, że grupa jest jedną z najsławniejszych na świecie, a dowodem miało być w tym przypadku zliczenie ilości stron wskazanych przez wyszukiwarkę google. Nazwa wydawnictwa w oczywisty sposób próbuje naśladować sławne Heaven & Hell, które obecnie święci triumfy na świecie, intencje muzyków stają się jednak czystsze, kiedy uświadomimy sobie, że zespół trochę już istnieje, a wybór nazwy wydawnictwa został przeprowadzony już w 2008 roku. Kolejną ciekawostką, o której chciałbym wspomnieć przed przejściem do właściwej części recenzji, jest ciekawa okładka wydawnictwa. Autorem grafiki w przypadku pierwszego tysiąca sprzedanych egzemplarzy longplaya jest znany twórca marvelowych komiksów Al Rio (rysował m. in. Batmana i Hulka). Facet ma na świecie prawdziwe rzesze fanów i podejrzewam, że będą oni gotowi kupić debiutancki album XXX tylko i wyłącznie dla jego okładki. Może dzięki temu więcej osób zainteresuje się hard rockiem? Krążek zaczyna się od serii radosnych, glamowych utworów. Na pierwszy ogień idzie Hello!, a zespół wita się ze słuchaczami w przyjemny, przebojowy sposób. Trochę drażnią mnie chórki, nie są jednak złe. Dość dobrze wypadł pomysł z oklaskami. It's Suicide jest agresywniejsze, powiedziałbym, że punkowo-glamowe, a ozdabiają go fajne, wydzierające się wokale. Numer trwa krótko, bo trochę ponad 2 minuty i 40 sekund, ale na szczęście nie brakuje w nim solówki. We're Gonna Rock kojarzyć się może z takimi legendami jak Twisted Sister i jestem pewny, że jest to efekt zamierzony. Dobry, umiejętnie zagrany, choć prosty kawałek. Od razu ma się ochotę tańczyć. Solówka zwyczajowo brzmi radośnie i gdybym miał wskazać moją ulubioną kompozycję z płyty, to chyba wskazałbym właśnie ten utwór. Wall Of Fame zaskakuje przeogromnie. Muzyka nagle staje się ciężka, ale tym co najbardziej dziwi są fragmenty wokalne. Zamiast śpiewu słyszymy bowiem odgłosy, którym bliżej do growlu niż do tego, co słyszyliśmy jeszcze przed dwoma minutami. Ścieżka brzmi zabawnie, muzycy ani na chwilę nie chcą stać się poważni, a wszystko zdaje się być jedynie dobrą, chwilami głupawą zgrywą. XXX należą się brawa, gdyż bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. I Want You To Want Me jest coverem utworu Cheap Trick i ogłaszam, że jest to bezdyskusyjnie fantastyczna przeróbka. Gdyby wszystkie piosenki na płycie były tak rewelacyjne, to album stawiałbym obok najlepszych tegorocznych wydawnictw. Kiedy słyszymy opisywany kawałek, ma się wrażenie, że muzyka płynie w żyłach. Melodia jest na wyciągnięcie ręki, można oddychać rock & rollem. To jest to! Pierwsza ballada znajduje się dopiero na 6 miejscu i jest nią kompozycja zatytułowana Singalongsong. Tak przynajmniej mogłoby się zdawać, gdyż czeka nas niespodzianka. Numer wbrew pierwszej minucie nie jest balladą, gdyż przeradza się w skocznego rockera. Niestety słyszałem już lepsze, wystarczyby wspomnieć kilka poprzedzających go kompozycji. Nienajgorzej wypada So Fuxxxing You, wpisuje się w glamową stylistykę, choć bez specjalnej rewelacji. Można odnieść wrażenie, że druga połowa płyty wypada gorzej. Tomboy niestety tę hipotezę potwierdza. Grupa gra ciężej, gubi się jednak po drodze i utwór zdaje się być trochę nieskładny. W zamian, niejako na pocieszenie, wioślarz wycina szybką, miłą dla ucha solówkę. Cała nadzieja pozostaje zatem w dwóch ostatnich ścieżkach zamieszczonych na krążku. Miss Misery zaczyna się w intrygujący sposób, ciekawymi chórkami. Zwrotki nie są może genialne, ale umieszczone w okolicach refrenach chórki są przyzwoite. Z pewnością dało się z tego patentu stworzyć lepszy, bardziej wyrazisty numer. Jako, że Miss Misery nie spełniła swojej roli i uchodzi w mojej opini za wypełniacza, obrona honoru płyty pozostaje w rękach kompozycji tytułowej. Nie jest to może numer najłatwiejszy w odbiorze, ale z łatwością wyczuwa się, że jego przeznaczeniem są koncerty na wielkich stadionach. Ścieżka brzmi potężnie i pozostawia po albumie lepsze wrażenie, niż kilka poprzedzających ją kawałków. Pomimo tego, przegrywa porównanie z utworami z pierwszej połowy wydawnictwa. Na koniec ciekawostka dla fanów... Kinga Diamonda - z powstaniem krążka powiązani są muzycy Snowy Shaw, niegdyś perkusista w jego zespole, tutaj także w roli producenta oraz Andy LaRocque, u Kinga gitarzysta, tym razem zajął się miksowaniem materiału.
Heaven, Hell Or Hollywood? uważam za płytę umiarkowanie udaną. Połowa zamieszczonych na niej kompozycji przypadnie do gustu fanom glamu spod znaku Twisted Sister. Kilka utworów mogło być jednak lepszych i nie czułbym żadnego żalu, gdyby wyrzucić je z krążka i zamienić na bardziej wyraziste kompozycje. Może następne dzieło formacji będzie lepsze. Słychać, że chłopaki potrafią, muszą być jednak trochę bardziej konsekwentni.
Oficjalna strona zespołu: www.xxxtheband.com
Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/xxxsweden
Guciomir czerwiec 2009
|