|
Skład: Lars Safsund - śpiew, instrumenty klawiszowe; Robert Sall - gitary; Herman Furin - perkusja
Gościnnie: Andreas Olsson - gitara basowa
Produkcja: Lars Safsund
Work Of Art to jedno z frontiersowych odkryć 2008 roku. Ich kariera nabrała znacznego rozpędu dzięki serwisowi MySpace. Umieszczenie paru utworów spotkało się z wielkim odzewem i wkrótce (podobno jeszcze tego samego dnia) grupą zainteresowała się Frontiers Records. Historia zespołu sięga 1992 roku i być może jest to jedna z przyczyn, dla których gra zespołu tak wiernie kopiuje styl grania z lat '80. Zastanawiać może fakt, dlaczego grupa tak długo czekała na wydanie swojej pierwszej płyty. Powodów było wiele - brak czasu, brak wydawcy, ciągłe problemy z wakatem wokalisty no i chęć dążenia do perfekcji. Ważne, że w końcu się udało. Chłopaki mają talent i źle, gdyby się zmarnował. Nie licząc basisty wszyscy są kompozytorami, przy czym więkoszść utworów na debiutanckim krążku jest autorstwa Salla, z wyjątkiem dwóch napisanych przez Safsunda.
Ich gra to z jednej strony Toto (jako ciekawostkę dodam, że Robert Sall, jak na fana przystało, jeździł na koncerty tej legendy i udało mu się parę razy porozmawiać z Lukatherem i Paichem), a z drugiej przebojowość charakterystyczna dla złotej epoki hair metalu, którą wyczuwa się przede wszystkim w refrenach. Dużą zaletą ekipy jest to, że każdy z muzyków zna się na swojej robocie i wkłada w nią całą duszę. Istnieje stosunkowo mało wydawnictw, na których byłoby to w tak wielkim stopniu odczuwalne. Jeżeli chodzi o AOR to z ostatnich produkcji przychodzi mi na myśl przede wszystkim Greenhouze. Work Of Art bardzo długo poszukiwali odpowiedniego wokalisty. Użyłem słów "bardzo długo", gdyż trwało to ponad 5 lat. Wybór padł w końcu na wcześniejszego klawiszowca ekipy - Larsa Safsunda, który to po paru latach postanowił się przekwalifikować i to z niezłym skutkiem. Odniósł znaczne sukcesy w rumuńskiej eurowizji i osiągnięcie te przysłużyło się trochę jego macierzystej kapeli. Jego sposób śpiewania przypomina mi Marka Free znanego z King Kobra czy też z Signal. Powinienem właściwie zamiast "Marka" napisać "Marcie", no ale to już zupełnie inna historia, w dodatku dość ciekawa i tym, którzy nie wiedzą, o co chodzi, sugerowałbym samodzielne przeczytanie paru biografii wspomnianych kapel. Wracając do tematu, Safsund jako swoją inspirację podaje oficjalnie rodaka Magnusa Rongedala - śpiewaka znanego w kręgach szwedzkiego popu. Kłopoty Work Of Art ze znalezieniem wokalisty (który jak się okazało był na wyciągnięcie ręki) trwały długo, lecz było warto. Głos Larsa świetnie odnajduje się w muzyce Szwedów i stanowi jej dodatkowy atut. Wizytówką zespołu jest przede wszystkim otwierające płytę Why Do I?. Krystalicznie zagrany AORowy rocker, w którym możemy odnaleźć ducha lat '80 jest czymś, co może urzec już przy pierwszym kontakcie. Co więcej, kawałek podoba mi się coraz bardziej przy każdym kolejnym przesłuchaniu. Na jego plus można policzyć również to, że jego refren jest odrobinę zaskakujący. Nazwy dwóch kolejnych kawałków w naturalny sposób kojarzą się z twórczością Toto. Pierwszy z nich, Maria, stanowi tak jakby przedłużenie pierwszego numeru na płycie i szczerze mówiąc nie jest moim faworytem. Jest po prostu poprawny. Camelia to z kolei westcoastowy kawałek, który z całą pewnością był inspirowany twórczością Toto. (podobno Lukather po przesłuchaniu tego numeru serdecznie się roześmiał i ucieszył, że ma godnych naśladowców). No i ponownie, jeżeli ktoś lubuje się w takiej muzyce, to Camelia go zachwyci. A jeżeli nie, no to cóż, słuchać jej raczej nie będzie. Ciekawostką może być tu to, że numer ten miał się początkowo nazywać "Sophia". Her Only Lie to zmiana klimatu, jest już ostrzej, jest radośniej. Pogodny rocker, ładnie zaśpiewany i zagrany no i przede wszystkim bardzo typowy dla Szwedów. Tym, co mnie naprawdę rusza, jest pełne mocy Whenever U Sleep. Powalają mnie znajdujące się w nim niesamowite refreny. Safsund czyni w nich rzeczy niewyobrażalne. Zresztą nie tylko on. Robert Sall daje czadu odnajdując dokładnie to brzmienie, którego nie zamieniłbym na żadne inne. Z głośników wylewa się moc w najczystszej AORowej postaci, a w tle po raz kolejny pobrzmiewa inspiracja Toto. Once In A Lifetime, czyli pierwsza z kompozycji Safsunda, zaczyna się niewinnie, niczym mało oryginalna, pozbawiona pomysłu ballada. Smętny nastrój z początku zamienia się po około minucie w coś odrobinę bardziej pogodnego i podczas utworu spotkać można jeszcze kilka takich zwrotów. Sall gra jak natchniony i razem z wokalistą nadają odpowiedni klimat kompozycji. Zazwyczaj nie trawię takich numerów, ten jednak ma w sobie magię. Peace Of Mind to trochę jak 91 Suite z czasów debiutu. Jest to jeden z moich ulubionych kawałków, które można znaleźć na płycie. Podoba mi się takie pełne pasji, melodyjne granie. Dość oryginalnie brzmi Lost Without Your Love. Numer jest utrzymany w wolniejszym tempie, a jednak jego refren również brzmi rewelacyjnie. Słychać tu odrobinę Shotgun Symphony i jako jeden z ostatnich znalazł swoje miejsce na krążku. Jeszcze bardziej oryginalnym kawałkiem jest Safsundowe Like No Other i dzieje się za sprawą ciekawego połączenia przebojowych, melodyjnych refrenów z intrygującymi zwrotkami. Wyszło całkiem nieźle. Zbliżając się do końca płyty natrafiamy jeszcze na ostrą kompozycję nazwaną Cover Me, którą możnaby nazwać AORową jazdą bez trzymanki. Uwielbiam takie brzmienie (choć jest dość nowoczesne), uwielbiam takie partie gitar. I wokal na tyle potężny, że jest w stanie udźwignąć kompozycję. Jest to jeden z mocniejszych momentów na płycie i jednocześnie jeden z moich faworytów. Może przynosić skojarzenia z muzyką Joe Lynn Turnera i swoją odmiennością wyróżnia się znacznie na tle reszty materiału. One Hour to kolejny intrygujący numer. Brzmi bardzo tajemniczo i unosi się nad nim swoista aura mistycyzmu. Dobrze sprawdza się w roli zakończenia płyty, choć jego przesłanie jest bardzo smutne, gdyż słowa utworu odnoszą się do niedawnej masakry w Virginii. Pozostaje mi jeszcze wspomnieć o Too Late, które jakimś cudem wcześniej przeoczyłem. Można by je nazwać typowym dla Work Of Art rockerem, który mógłby posłużyć za wizytówkę kapeli i który w dobry sposób podsumowuje muzykę zawartą na płycie. Co ciekawe, Sall napisał ten utwór dla Mind's Eye, ale w końcu po paru zmianach i nowej aranżacji znalazł on swoje miejsce na Artwork. Wszystkim tym, którzy czytają moją recenzję chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na to, że wydawnictwo to jest bardzo równe i na tyle różnorodne, że ciężko jest się nim znudzić. Fani Toto nie znajdą na nim żadnego zapełniacza, będą podniecać się całą płytą i to głównie do nich skierowany jest ten krążek. Osoby, których stosunek do Toto jest neutralny potraktują płytę bardziej wybiórczo, znajdą na niej parę niesamowitych kawałków i będą dobrze się przy nich bawić. Natomiast przeciwnicy Lukathera na będą się krzywić już na sam widok okładki.
Artwork jest płytą bardzo mocną i porównując ją do wydanej w podobnym czasie Khymery ciężko wskazać faworyta. Wszystko sprowadza się do pytania, jak bardzo lubi się Toto. Jeżeli opisywaną płytę pokazać miłośnikowi Isolation czy też Seventh One, to będzie on w siódmym niebie. I słusznie, gdyż jest to płyta dla niego. Jako "człowiek środka" nie umieszczałbym jej jednak na szczycie piedestału. Tak czy inaczej debiut Work Of Art bardzo mi się spodobał, długo gościł w wieży i pewnie niedługo do niej powróci. Ta płyta zasługuje na ciepłe przyjęcie i gorąco polecam do jej przesłuchania. Muzycy wspomnieli kiedyś, że nie nagrali tego krążka dla pieniędzy, lecz dlatego, że właśnie taką muzykę kochają. Łatwo wyczuć, że jest to dzieło z głębi ich serc. Ciekawe jak będzie wyglądać następny krążek Szwedów. Jeżeli spełnią swoje obietnice, zostanie na nim umieszczonych parę kawałków Furina.
Oficjalna strona zespołu: www.myspace.com/musicofworkofart
Guciomir kwiecień 2008
|