Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

WITCHFINDER GENERAL - Death Penalty [1982]
Wydawca: Heavy Metal Records / Neat Records / Revolver Records

  1. Invisible Hate
  2. Free Country
  3. Death Penalty
  4. No Stayer
  5. Witchfinder General
  6. Burning A Sinner
  7. R.I.P.
Death Penalty

Skład: Zeeb Parkes - śpiew; Phil Cope - gitara; Phil Cope aka Wolfy Trope - gitara basowa; Kid Rimple - perkusja

Produkcja: Peter Hinton

Witchfinder General powstali w Anglii w 1979 roku i byli zaliczani do kręgu zespołów grających New Wave Of British Heavy Metal, aczkolwiek muzyka zawarta na debiutanckim krążku grupy ma charakter nieco archaiczny. Wyraźnie daje się odczuć wpływy starego Black Sabbath, którego styl leżał u podstaw grania panów z Witchfinder General, ale naturalnie można również znaleźć typowe dla początku lat '80 rozwiązania melodyczne. Niekoniecznie w stylu Iron Maiden czy Motorhead (Witchfinder General nie podrasowywali swojej muzyki punkową energią), ale podobieństwa do Diamond Head czy Samson można zauważyć.

Utwór Invisible Hate otwierają akustyczne dźwięki, które przeradzają się w dynamiczne heavy rockowe granie. Granie proste, wsparte na sabbathowych riffach i wokalu kojarzącym się z manierą Ozzy'ego Osbourne'a. Chociaż akurat Zeeb Parkes wydaje się najsłabszym ogniwem zespołu z tą swoją średnią imitacją głosu jednego z najbardziej znanych rockowych wokalistów. Po dokładnie 3 minutach ta sześciominutowa kompozycja zmienia oblicze w sposób znaczący. Zmienia się przede wszystkim tempo oraz pojawiają się szatańskie zagrywki gitary. Nie jest to co prawda Mercyful Fate, ale blisko. Solówka, jaką serwuje Phil Cope, może nie jest szczególnie techniczna, lecz idealnie oddaje klimat muzyki Brytyjczyków i zasadniczo trendów, jakie panowały w heavy metalu w odległych latach '80. Muzyka mimo że starano się ją później przedstawiać jako doom metalową, nie jest w ogóle dołująca ani szczególnie posępna. To w sumie radosne rockowe granie z odpowiednim pazurem. Panowie szanują klasykę, ale i potrafią przysmażyć konkretnym riffem. We Free Country mamy coś na kształt solowych kawałków Ozzy'ego z początku jego kariery. Parkes jeszcze bardziej przybliża się do maniery Ozza i wychodzi mu to nawet przekonywująco. Z tym że jednak brak mu charyzmy. "Let's trip on LSD" wydziera się w pewnym momencie i chyba podobną filozofię wyznawał Szaleniec od Pamiętników. Death Penalty rozpoczyna się ostrym riffem, jest wolniejszy niż dwa wcześniejsze kawałki i tym samym przybliża się jeszcze bardziej do stylu Black Sabbath. Mam tylko wrażenie, że Copes jest lepszym gitarzystą niż Iommi, bo jego solówki bardziej do mnie trafiają, a i potrafi bawić się w nietypowe dla Sabbathów zagrywki rytmiczne. Pod koniec tej kompozycji dodano akustyczną kodę, która nie jest niczym szczególnie oryginalnym, ale brzmi wyśmienicie. Pamiętam kawałek Heart Of A Killer grupy Winter's Bane nagrany dekadę później i tam zastosowano podobny patent. No Stayer to kawał soczystego heavy rocka z ostrymi jak brzytwa gitarami. Numer w sam raz na British Steel Judasów i chociaż oryginalności w tym zero, słucha się tego dobrze, właśnie ze względu na ten ostry i piekielnie wciągający riff. Utwór Witchfinder General niczym specjalnie mnie nie zachwyca, chociaż od połowy robi się całkiem ciekawie. Muzyka przyspiesza, zwalnia i choć wszystko to podporządkowane jest metalowej stylistyce, to brak tutaj jakiegoś jasno określonego szablonu. Takich utworów słucha się z dużą przyjemnością. Dalej natomiast prawdziwa perełka, znany z singla wydanego rok wcześniej Burning A Sinner. Myślę, że ten numer może być spokojnie wizytówką zespołu. Zawiera wszystko co najlepsze w tym stylu. Z jednej strony trzymanie się sabbathowych riffów i wysokich zaśpiewów, z drugiej heavy metalowy nerw i szatańsko pobrzmiewające zagrywki gitary. Oni tak po prostu chcieli grać. Chcieli trzymając się tradycji rocka zrobić płytę, która sprostałaby trendom panującym na początku lat '80. Na koniec R.I.P., który pojawił się już na EP-ce Soviet Invasion. Utwór całkiem niezły, może trochę zabrakło konsekwencji, gdyż świetne riffy przeplata granie dla samego grania, ale mimo wszystko nie psuje tego króciótkiego wydawnictwa (zaledwie pół godziny muzyki). Tym samym można jasno stwierdzić, że na tej płytce nie ma żadnego wypełniacza, a 7 starannie wyselekcjonowanych kompozycji. Na koniec warto dodać słowo na temat okładki, która oczywiście wzbudziła kontrowersje, gdyż przedstawia niemal kompletnie nagą modelkę Joanne Latham w towarzystwie czterech innych postaci na tle podwórza przed kościołem Błogosławionej Maryi Dziewicy w Enville. Fotografia została zrobiona bez zgody lokalnego wielebnego, co jak widać w niczym nie przeszkodziło grupie.

Death Penalty arcydziełem muzycznym nie jest, ale bądźmy szczerzy, arcydzieł z dziedziny rocka nie ma wcale aż tak dużo. Jest to albumik dobry i w zasadzie bezcenny w pewnym sensie, gdyż do końca świata nikt już tak samo, z takim brzmieniem nie zagra. Płytka swoje lata ma, ale warto zapoznać się z tym zespołem, kto nie znał, czy przypomnieć sobie od czasu do czasu te nagrania.

Oficjalna strona zespołu: www.witchfindergeneral.net

LSDisease
czerwiec 2010