|
Skład: Gábor Nagy - śpiew; Gábor Kovács - gitara; Zsolt Galambos - gitara; Máté Molnár - gitara basowa; Balázs Ágota - perkusja
Produkcja: Wisdom
Niezbyt często można spotkać dobre metalowe płyty pochodzące z kraju naszych bratanków. Jeśli jednak coś się pojawia, to jest to rzecz najwyższej próby i godna dłuższego zatrzymania się. Sam miałem okazję przekonać się o tym sięgając po krążki z Węgier. Zawsze odkładałem je na półkę z uczuciem pełnego zadowolenia i podziwu. Jakoś nie dane było mi nigdy zaznać zawodu.
W świecie metalowym następuje powolne przebiegunowanie i zmiana warty. Do głosu dochodzą mniej znane ekipy z nieraz egzotycznych zakątków świata, przygotowując wypieki, które zawstydzają stare, uznane ekipy i zapędzają je do kąta. Ba, mało tego. Dziadkowie czują oddech młodych na plecach i nieraz postanawiają się wycofać z tego biznesu. Inną sprawą jest to, że nie mają oni w zasadzie już nic do powiedzenia. Wyczerpały się pomysły, zgasła iskra, a powstające płyty są jedynie smutnym wspomnieniem dawnej świetności. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej dobrze, że pojawia się młoda, głodna sukcesu, krew. Przynosi ona ze sobą nowe, odświeżone spojrzenie na zdaje się wyeksploatowane już metalowe poletka, udowadniając, że wciąż można grać z pomysłem i na wysokim poziomie. Węgierski Wisdom zastosował się do powyższego i przygotował LP (drugi już w swym dorobku), który swym rozmachem zamiata Blind Guardian pod dywan. Pomyślicie teraz, że Vincentowi odbiło i rżnie głupa. Jeśli jednak posłuchać sobie krążka Judas, to szyderczy uśmieszek szybko zniknie i pojawi się konsternacja. Bo ten LP jest wszystkim tym, na co czekali fani choćby takiego Somewhere Far Beyond. Tak, ja wiem. Nie znam się zbytnio na takim graniu, ale czasem też lubię sobie posłuchać utworów opowiadających o smokach, księżniczkach, szlachetnych i niezłomnych rycerzach, złych czarnoksiężnikach, dobrych magach, potężnych monarchach, tajemnicach i o tym co z tego wszystkiego wynika. Ja nie lubię za bardzo takich klimatów, ale ten krążek to jest mistrzostwo świata. I absolutnie nie przeszkadza mi to, że to jest wtórne i wszystko co tu słychać, już było. Owszem, ale nie na takim poziomie. Wszystko to ładnie słychać w otwierającym płytę Fallin Away From Grace. Niby tylko power metalowa galopadka. Niby, bo przestrzeń tu przeogromna, do tego podkreślona wspaniałym, chóralnym refrenem, który musi wpadać w ucho i dać się zaśpiewać razem z zespołem. Warto zwrócić uwagę na wspaniałe ustawienie instrumentów. Pędząca na łeb, na szyję sekcja, świetne gitary i kapitalnie śpiewający wokalista. Kapitalny początek ma swoją kontynuację w nieco wolniejszym, ale także świetnym Somewhere Alone. Bardzo podoba mi się to, w jak prosty sposób osiągnięto zamierzony efekt. Może i jest tu silenie się na pompatyczność i symfoniczność, ale jest to zrobione z taką gracją i majestatem, że nie ma sensu spierać się o cokolwiek. Zwróćcie uwagę na wspaniałą solówkę i potężne tło. Takich rzeczy nie pisze się na kolanie, moi drodzy. Nie mogę przestać słuchać tych chóralnych, rycerskich refrenów. No, podobają mi się niemożebnie. Nie możemy w tym miejscu zapominać o wspaniałych partiach chóru, który co i rusz daje o sobie znać, tak jak w Age Of Lies. Słuchając tej płyty skłaniam się ku tezie, że nawet Rhapsody Of Fire nie będzie w stanie przeskoczyć poziomu Madziarów. Bo tu jest wszystko, co cechuje tego typu udane wydawnictwa. Zero nudy. Tego po prostu aż chce się słuchać. W roku ubiegłym oczarowany byłem naszym polskim Pathfinder, a w tym roku zdaje się, że to Węgrzy nagrali album, który jeśli nie będzie na pierwszym miejscu w swojej kategorii, to zapewne będzie bardzo wysoko. Bo powodów jest aż nadto. Wspaniale słucha się pięknego Live Forevermore z kapitalnie wplecionymi neoklasycznymi ozdobnikami. Ktoś może wzruszyć ramionami i rzec, że jest to tylko kolejna, power metalowa galopada. Ja nie zgadzam się z takim stawianiem sprawy. Są tu kapitalne, rycerskie refreny i mocarnie grzejący wioślarze. A ci dwaj są potężną bronią tego zespołu, bo rzadko słyszy się tak zgrany, niemal telepatycznie rozumiejący się duet. Do tego grają oni z taką siłą i agresją, jakiej nie powstydziliby się bardziej uznani gitarzyści. Troszeczkę oddechu w marszowym Wander The World, ze wspaniale śpiewanym, chóralnym refrenem. Nie bijcie mnie za to, ale na całej płycie czuć ducha kompozycji Over The Hills And Far Away Moore'a. No, nie mogę uwolnić się od tego natrętnego skojarzenia. Słuchając takiego Heaven And Hell, szef Blind Guardian powinien pokiwać głową, a potem pójść, zamknąć się w sobie i spalić ze wstydu. Znów prostymi środkami zbudowano potężny, choć nieco taki "słitaśny" i rozmarzony kawałek. Ładnie wypadła tu zgrabnie wpleciona gitara akustyczna. Tak mało jej, a robi takie wrażenie. Nie mam słów. Nie wiem, co napisać o Silent Hill. Zespół chyba nasłuchał się uznanych, fińskich folk metalowych ekip, bo tu pachnie tym z daleka. I nikt mi nie powie, że nie ma tu Gary Moore'a. Zapewne kiwa teraz z uznaniem głową i uśmiecha się z zadowoleniem. Podoba mi się to oglądanie się na folkowe zespoły, ładnie tu wszystko połączono w spójną całość. At The Gates to jest to wszystko, co najlepsze w tym rodzaju metalowego grzania. Zgrabne zapożyczenia z najlepszych galopad Rhapsody Of Fire, mordercze solówki i potężny sound gitar. No i świetny refren, w którym śpiewa niezmordowany chór. Jestem głęboko przekonany o tym, że z tych wszystkich wymienionych przeze mnie powodów ten krążek już teraz jest klasykiem w gatunku Melodic Power Metal. Pozycją obowiązkową i przepisem "jak takie mikstury robić się powinno". Kolejny utwór The Prodigal Son jest po prostu hitem. Melodie i wykonanie są tu wspaniałe. To wszystko już było, ale słucha się tego z przyjemnością. Na koniec zespół serwuje tytułowego Judasza. Wolny, majestatyczny, królewski, bardzo epicki i z udziałem gościa specjalnego, pana Matsa Levéna. Tak, właśnie TEGO Matsa, związanego między innymi z symfonicznymi metalowcami z Therion i doom metalowcami z Krux. A jakby tego było mało, można go usłyszeć na kilkunastu innych płytach. I właśnie on zaśpiewał w ostatnim na tej płycie utworze, zatytułowanym Judas. Trzeba przyznać, że płycie po prostu znakomitej. Pewni siebie, zgrani muzycy, wspaniale dudniąca sekcja, agresywni, wszechstronni wioślarze, których brzmienie przypomina te z uznanych heavy metalowych wypieków. A gdy jeszcze bardziej przyłożą, to zaryzykuję, że podobnie do tej dwójki harcowników brzmiały stare, thrash metalowe załogi. Z drugiej strony jest tu ogromna muzykalność, wrażliwość i kompozytorski polot. Całości pozytywnych wrażeń dopełnia, nie boję się użyć tego słowa, ZAJEBISTY wokalista. Pan Gábor Nagy to wymarzony wokalista dla każdej ekipy parającej się takim graniem. I śpiewa zupełnie bez napinki, nie sili się na wspinanie się po wokalnych skalach, jest bezbłędny i ani trochę nie fałszuje. Nie można zapomnieć także o wspominanych już przeze mnie bardzo fajnych partiach chóru. Nieczęsto słyszy się takie śpiewanie, nawet na tych nieco bardziej folkowych wydawnictwach, gdzie jest to normalką.
Podsumowując: wspaniała, rycerska i dumna płyta. Mój typ na numer jeden roku 2011 w kategorii Melodic Power Metal. Bez wahania stawiam 10/10 i szczerze polecam. Ci panowie odbrązowili legendę Blind Guardian, rozbili ich i zamietli pod dywan. I za to ogromny szacunek.
Oficjalna strona zespołu: www.wisdom.hu
Vincent kwiecień 2011
|