|
Skład: Bjorn Kjetil Westum - śpiew; Dice Jacobsen - gitary, gitara basowa, perkusja, instrumenty klawiszowe, obróbka komputerowa; Per Bjornar "PB" Riise - gitara basowa, słowa
Gościnnie: Sindre Hagen - saksofon w [10]
Produkcja: Beau Hill i Dice Jacobsen
Pamiętam, jak rok temu pisałem, że "prawdopodobnie w październiku 2007 roku wydana zostanie druga płyta w historii zespołu. Sądząc jednak po samplach, które ją reklamują, Winter Parade nie zdoła powtórzyć swojego sukcesu. Z werdyktem poczekam jeszcze trochę, być może Norwegom uda się mnie pozytywnie zaskoczyć." Jak widać nowy materiał zadebiutował dopiero w 2008 roku. Czy to, że za produkcję płyty wziął się Beau Hill zmieniło jej oblicze?
Udział Hilla to wydarzenie bardzo znamienne, gdyż jest on jednym z najsłynniejszych producentów, którzy działali w latach '80 i który to stał się ikoną starych dobrych czasów. Kiedy przeczytałem, że ma się on zająć najnowszym dzieckiem Winter Parade, poczułem zdrowe podekscytowanie. Czy po jego magicznym dotknięciu nieciekawe sample zamieniły się w pełne wigoru AORowe kawałki? Niestety niekoniecznie, choć z pewnością jest znacznie lepiej. Zespół gra w sposób podobny co przy okazji debiutanckiego Midnight In Paradise, brzmienie jest stosunkowo podobne i Hill nie odmienił go w jakiś diametralny sposób. Gorzej jest z samymi piosenkami, tak jak się spodziewałem dość dużo tutaj wypełniaczy, choć na szczęście da się znaleźć również kilka lepszych utworów. Nieźle wypada pierwsze na płycie Real Life City, niosące ze sobą przebojowość wraz z wymaganą przeze mnie melodyjnością. Grupa brzmi w tym numerze dość delikatnie, mniej więcej tak, jak można spodziewać się przy okazji skandynawskiego AORu. Numer ten rozbudził moje nadzieje, miałem nadzieję, że reszta płyty będzie równie dobra. St. John's Asylum jest utrzymane w klimacie lat '80, poruszając przez chwilę motywy podejmowane przez Journey, ale grupa nie postawiła tutaj kropki nad "i". Refreny nie są w żadnej mierze journeyowe, a czegoś takiego właśnie bym tu oczekiwał. No a jeżeli AORowy kawałek ma słaby refren, to równie dobrze jakby go w ogóle nie było. Ciekawą jest za to tematyka, którą grupa tutaj porusza, odnosząc się do ośrodka dla umysłowo chorych. Homeward Bound łączy ze sobą stare dobre Winter Parade wraz z 7 Months, połączenie to nie okazuje się jednak wyjątkowo zgrabne. Jest po prostu przyzwoicie i tylko tyle. I'm Still Alive jest utworem bardzo zbliżonym do utworów z debiutanckiego krążka ekipy. I tym samym uatrakcyjnia sobą Two, wnosi do płyty trochę wiecej życia. Chwilami czuję, że jest na niej zbyt wiele klawiszy, ale w przypadku I'm Still Alive dobrze dobrano proporcje. Rollercoasting to oczekiwana przeze mnie perełka, kiedyś takie zgrabne kawałki wypromowały Mr. Mister i myślę, że gdyby trochę zainwestować w intensywną promocję, to Skandynawowie mogliby przebić się na trochę szersze wody. Podoba mi się tu melodia i ciekawe, melodyjne aranżacje. Jest ciepło. Hard rockowcom się to pewnie nie spodoba, ale może dzięki temu trafić do znacznie liczniejszej grupy ludzi. Czego można spodziewać się po Lion's Den? Podejrzewałbym, że w legowisku lwa słuchacz powinien czuć tłoczoną w żyłach adrenalinę i że powinny targać nim różnorodne emocje. Lew jest ospały, ziewa i jedynie majestatycznie macha ogonem. Przypomina raczej domowego, wynudzonego życiem kota. Nie polecam, grupa zepsuła refren, a jak już wspomniałem jest to błąd niewybaczalny. Leave It Behind mieni się w pozytywnych barwach. Jest bardziej żywiołowo (choć nadal jest to żywiołowość żółwia). Gdyby refren był bardziej energetyczny i gdyby gitary były wysunięte na pierwszy plan to byłoby z pewnością ciekawiej. PFAM, czyli akronim od "Praying For A Miracle" podchodzi pod kategorię dość spokojnych, skandynawskich AORowych numerów. Powtórzę tutaj mój zarzut ze zbyt słabym wyeskponowaniem gitar. Z pewnością mogło być lepiej, tym bardziej, że melodia jest przyzwoita. Gone (from my life) może uchodzić za godny uwagi. Grupa przemyciła w nim stary klimat, choć niestety, ponownie to powtórze, mogła to zrobić lepiej. Wystarczyło choć trochę wzmocnić brzmienie. Płytę kończy Sophomoronic, cokolwiek by to miało znaczyć. Po przesłuchaniu tego numeru doszedłem do wniosku, że grupa nie zapomniała jak tworzyć dobre AORowe piosenki i że Two to jedynie wypadek przy pracy. Jeżeli ktoś lubi AOR, to numer ten mogę mu polecić. Niezłym pomysłem okazało się solo saksofonu, choć mogło zostać wykonane lepiej i gdyby następowało po nim jeszcze solo gitary to byłbym usatysfakcjonowany zupełnie.
Hill pomógł, zamiast słabej płyty powstał AORowy średniak. Jeżeli mało komuś albumów z tego gatunku, to może sięgnąć po nowe Winter Parade. Jako fan debiutu tego zespołu nie czuję się jednak szczęśliwy po przesłuchaniu Two. Otrzymaliśmy na nim może ze 3 znośne utwory, a reszta płyty została po brzegi wypełniona zapełniaczami. Nie sądzę, abym zbyt długo o niej pamiętał.
Oficjalna strona zespołu: www.winterparade.com
Guciomir sierpień 2008
|