|
Skład: Bjorn Westum - śpiew; Dice Jacobsen - gitary; Terry Follin - perkusja; P.B. Riise - gitara basowa; Mr. Howe - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Dice Jacobsen
Debiutancki i zarazem jedyny jak do tej pory krążek norweskiego zespołu Winter Parade zatytułowany Midnight In Paradise zebrał stosunkowo dużo zróżnicowanych recenzji. Dla niektórych była to pozycja słaba, a dla niektórych mocna. Za dodatkową reklamę dla kapeli posłużył konflikt z White Diamond dotyczący praw autorskich do paru utworów. Wokalista tego zespołu po otrzymaniu demówek Winter Parade próbował je sobie przywłaszczyć. Sprawę w końcu wyjaśniono, niemniej jednak kilka spornych kawałków (numery 4, 6, 7) można spotkać na krążkach obu kapel.
Jeżeli chodzi o recenzowane Midnight In Paradise to mamy do czynienia z AORowo - hard rockowym projektem, który odwołuje się bezpośrednio do stylistyki lat 80' i robi to wyjątkowo dobrze. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż choć kapela do 2002 roku nie wydała żadnej płyty to jednak istnieje od 1986. Chłopaki występowali w licznych klubach i nie byli znani szerszej publiczności. Zmieniło się to dopiero, gdy dano im szansę nagrać parę utworów w dużym studio (z obiektem tym współpracowały takie grupy jak Stage Dolls czy też TNT). Członkowie grupy mieli jednak zbyt mało wolnego czasu, aby ukończyć przygotowywany materiał i odnaleźli go (wraz z nowym kontraktem) dopiero w XXI wieku. Entuzjastą powrotu kapeli był basista grupy Riise i to on doprowadził do jej reaktywacji. Chłopaki potrzebowali jeszcze wokalisty i na to miejsce zatrudnili Bjorna Westema, którego mieli okazję poznać za pomocą programu telewizyjnego o nazwie Star Search (Norweg śpiewał w nim utwór Bon Jovi - Wanted Dead Or Alive). Już jako kwintet nagrali materiał na płytę, a następnie z gotowym produktem udało im się podpisać kontrakt z MTM. W międzyczasie pojawił się też wspomniany już konflikt z White Diamond. Chłopaki wysyłali w tym okresie swoje demówki różnym ludziom i pechowo jednym z odbiorców okazał się Don Lemmon. Inspiracją dla Winter Parade były lata '80 i bardzo dobrze słuchać to w ich utworach. Save Me Tonight to "połączenie Kiss , Y&T z małą nutką Extreme". Są to słowa członków kapeli i myślę że stanowi to dobrą rekomendację. Numeru dobrze się słucha, został bardzo poprawnie i melodyjnie nagrany, jedyne co mi się w nim nie podoba to nieciekawy chór w refrenie. "Save Me Save Me" wypadło fatalnie. Na szczęście jest to bodaj jedyny zły element krążka. Prawdziwa siła kapeli leży w takich kawałkach jak chociażby Days Of Our Lives oraz Symbol Of Love. W dość dobry sposób ukazują one oblicze kapeli. Jest ono typowo AORowe, z ładnymi i niebanalnymi partiami gitary oraz wyjątkową melodyjnością. W dodatku otrzymujemy rewelacyjne chórki i przebojowe refreny. Czego można chcieć więcej? Tytułowe Midnight In Paradise to utwór, który jako pierwszy został nagrany na potrzeby krążka. Jest to bardzo pogodny i spokojny numer, od którego po prostu czuć ducha łagodnego hair metalu. Zaczynające go słowa "I feel wolf rising in my heart" są genialne w swojej prostocie. Dalej jest już tylko lepiej. This Game Of Lifezaczyna się od klawiszy, które jednoznacznie kojarzą się z Van Halen. Uwielbiam to klawiszowe intro, chyba nawet bardziej od samego numeru, który notabene trzyma wysoki poziom. It's Just Another Day to utwór nawiązujący do "nowszego" AORu i nie jest moim faworytem. Romantyczne brzmiące i smutne w swojej wymowie Valentine's Day opowiada historię mężczyzny, którego ukochana opuściła w dniu Walentynek. Jest to najspokojniejszy utwór z krążka i zawiera nieźle zaśpiewane przez wokalistę fragmenty. Po drodze do końca płyty natrafiamy jeszcze na jednego wypełniacza, aby na końcu usłyszeć prawdziwego killera, czyli inaczej mówiąc utwór mordercę, który zwala z nóg i zabija słuchacza na miejscu. Piłą mechaniczną. Steamin' to najlepszy kawałek z Midnight In Paradise. Zaczyna go klimatyczne intro, a numer przeradza się soczystego rockera, o jakim wiele kapel może pomarzyć. Ma on w sobie odrobinę Dokkena i Bon Jovi. I brzmi po prostu rewelacyjnie. Do tego następujące po sobie solówki klawiszy i gitary brzmią niesamowicie. Szczególnie klawiszowiec się popisał, gitarzysta zresztą też dał czadu, a najlepiej słychać to w końcówce utworu. Pewnego dnia, jadąc samochodem, przesłuchałem Steamin' kilkanaście razy z rzędu i numer nie znudził mi się. Perełka na zakończenie płyty.
Jest to pozycja przeznaczona dla miłośników skandynawskiego AORu i ogólnie pojętego melodyjnego hard rocka w stylu chociażby TNT, Van Halena czy też momentami Gianta . Mamy tu do czynienia z zespołem, który gra tak jakby jego członkowie nadal żyli w latach '80 i nie patrzyli na obowiązujące dzisiaj trendy. Co więcej, muzycy znają się na rzeczy i potrafią grać dobrze. Midnight In Paradise nie stanowi żadnej rewolucji, jest to jednak solidna porcja cholernie dobrej muzyki. Warto dać jej szansę. Za zakończenie dodam również, że prawdopodobnie w październiku 2007 roku wydana zostanie druga płyta w historii zespołu. Sądząc jednak po samplach, które ją reklamują, Winter Parade nie zdoła powtórzyć swojego sukcesu. Z werdyktem poczekam jeszcze trochę, być może Norwegom uda się mnie pozytywnie zaskoczyć.
Oficjalna strona zespołu: www.winterparade.com
Guciomir sierpień 2007
|