|
Relacja z koncertu Winger (festiwal muzyczny Rockołajki: Nutshell, Carrion, Totentanz, Markonee, Winger), 06.12.2009, Warszawa, klub Progresja
Wreszcie chętni do podejmowania polemiki z kreskówkowymi postaciami Mike'a Judge'a (jak również antagonistami z obozu fanatyków Metalliki) mogą wydobyć z przysłowiowego rękawa prawdziwego asa - 6 grudnia, na finiszu bardzo udanego koncertowo roku (żeby wspomnieć choćby Saxon, trasy Budgie i Nazareth, Deep Purple czy Richiego Kotzena), Winger zagrał długo oczekiwany koncert w warszawskiej Progresji. Koncert jak dotąd jedyny - jestem jednak pewna, że wszyscy, którzy tamtego wieczoru machali grzywą przy największych hitach formacji i równie dobrze bawili się przy supportowym Markonee, już z utęsknieniem czekają na - oby jak najrychlejszą - powtórkę...
Początkowo trudno było uwierzyć w nadchodzące z obozu Wingera wieści o trasie promującej najnowsze wydawnictwo zespołu Karma - długo jeszcze potrwa, nim uwzględnianie w rozpiskach europejskiego tournee Warszawy stanie się dla hard rockowych tuzów zza oceanu czynnością rutynową. Wkrótce potem, do terminarza koncertu - obejmującego w pierwszej chwili, prócz gwiazdy głównej, włoski support Markonee i polski Nutshell - dopisano jeszcze dwie rodzime formacje, które pierwotnie, jeszcze przed ogłoszeniem planów koncertowych Wingera, miały owego wieczoru zagrać w Progresji. Tak oto liczba trzech koncertów jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wzrosła do pięciu, o zgrozo, w większości nie mających ze stylistyką Wingera nic wspólnego - a publiczności ściągającej do stolicy 6 grudnia pozostało tylko przełknąć jakoś fakt, że prócz Nutshell i Markonee wystąpią jeszcze, na prawach tzw. gości specjalnych, Totentanz i Carrion. Całość objęto nazwą "Rockołajki" i rozreklamowano jako mini-festiwal rockowy. Gdyby każdy z wyżej wymienionych zespołów nie pochodził z innej muzycznej półki - byłoby fantastycznie, w rzeczywistości jednak ten fakt okazało się być sporym zgrzytem.
Nim jednak mieliśmy okazję przekonać się z nieukrywaną zgrozą, jak to wszystko wypadło w praktyce, czekały nas miesiące skreślania dni i godzin dzielących nas od spotkania z muzyką Wingera na żywo. W międzyczasie trawiły nas liczne obawy o odwołanie koncertu z powodu niewystarczającej sprzedaży biletów - w końcu nikt nie spodziewał się na rzeczonym koncercie rzucającej na kolana frekwencji, a takie "gorzkie pigułki" przełykaliśmy już przy okazji tych czy owych kapel już nie raz - czy wreszcie, po odwołaniu rosyjskiej części trasy, z powodu zapalenia gardła wokalisty formacji, Kipa Wingera. Szczęśliwie jednak Kipowi najwyraźniej posłużyło greckie powietrze i tak, po grudniowych koncertach w Ioaninnie, Atenach i Tessalonice oraz w Kopenhadze przyszedł czas na Warszawę. Polscy wielbiciele Wingera sięgnęli więc do kieszeni, mocno już nadszarpniętych przez tegoroczne koncertowe podboje, i 6 grudnia ruszyli z bodaj najdalszych zakątków kraju do stolicy.
Osobiście uwierzyłam w fakt przyjazdu Wingera do Polski dopiero na miejscu, w Empiku na Nowym Świecie, gdzie zespół przybył na krótkie spotkanie z fanami, podpisanie płyt i plakatów oraz pamiątkowe zdjęcia. Rzeczone spotkanie przebiegło bez zarzutu - booklety CD, zdjęcia, plakaty i bilety krążyły wśród członków grupy składających nań swoje podpisy, a przy tym żaden z członków zespołu nie odmawiał nam chwili przed obiektywem nieustannie błyskających aparatów. Chłopaki, choć już zapewne nieco znużeni podróżą i próbą mającą miejsce nieco wcześniej, nie okazywali zniecierpliwienia swoim zagorzałym wielbicielom. Przy okazji miałam okazję osobiście podziękować liderowi za wywiad udzielony dla Hard Rock Service w październiku, jak również - wraz z towarzyszącymi mi koleżankami - dopytać się o szczegóły setlisty i wieczornego występu. W trakcie spotkania odśpiewałyśmy także spontanicznie Miles Away z towarzyszącym nam podkładem z telefonu komórkowego, co wywołało lekką konsternację u samego zespołu :). Po wyjściu z Empiku - gdzie, docierając do drzwi, znów niemal zderzyłyśmy się z ewakuującym się zespołem - przyszedł najwyższy czas na to, by w grupie współtowarzyszy zdążających na ten sam koncert udać się na Bemowo, do klubu Progresja.
Mimo niezbyt entuzjastycznych oczekiwań względem koncertowej frekwencji, szczególnie w obliczu dzielącej nas jeszcze od Wingera całej serii supportów, na miejscu przywitał nas widok kilkunastu, może dwudziestu osób smętnie sączących piwo. Na takie dictum bezwarunkowo należało zająć sobie dobre miejsca, co też rychło uczyniłyśmy, przez następne minuty nawiązując spontaniczne znajomości tudzież co rusz wpadając na starych znajomych, z którymi grzechem byłoby się nie przywitać. Wreszcie pogaduchy o minionych koncertach i ulubionych kapelach, prowadzone tuż przy zajętych już przez nas barierkach, przerwały około 18.00 odgłosy ze sceny. Tam instalował się już pomału pierwszy zespół wieczoru - polska formacja Nutshell. Właściwie trudno mi się bezstronnie odnieść zarówno do supportowego Nutshell, jak i do dwóch kolejnych tzw. gości specjalnych - nigdy nie przepadałam za taką muzyką, nie ma ona również nic wspólnego z jakimikolwiek dokonaniami głównej gwiazdy wieczoru i generalnie rzecz biorąc, rodzima scena ma dość znamienitych zespołów z gatunku hard/melodic rock (pokroju choćby Hetmana, IRY, Oddziału Zamkniętego czy Shouta), by spośród nich wybrać lokalny support dla Wingera. Krótko mówiąc, występy trzech kolejnych polskich zespołów wspominam dość traumatycznie, podobnie jak większość zgromadzonych pod sceną znajomych. W dodatku, większość wielbicieli Totentanz i Carrion zapewne odpuściła sobie koncert ulubieńców za 70 zł, w związku z czym pierwszy zespół grał do przysłowiowego kotleta, reszta zaś - ku coraz bardziej rosnącej irytacji publiczności. Ani Totentanz, ani Carrion na dłuższą chwilę nie przykuli naszej uwagi ani brzmieniem, ani wokalem, ani liryką tekstów (które w przypadku tego ostatniego zza instrumentalnego łomotu trudno było wychwycić). Jedyne, czym zaskoczył Carrion, były ekstremalne wersje Enjoy The Silence Depeche Mode oraz... Wonderful Life Black. Tak czy inaczej, myślę, że zdecydowanie lepsze przyjęcie czekałoby obie kapele na osobnym koncercie, gdzie gimnazjaliści w czarnych koszulkach mogliby oddać się radosnemu pogo w bliżej nie zidentyfikowanym celu w takt muzyki swoich faworytów rodzimej sceny ;).
Gdy około 21.10 ze sceny schodził Totentanz, wystawieni na ekspozycję dziesiątek decybeli, znużeni i - delikatnie mówiąc - zirytowani barierkowicze mieli już serdecznie dość wszelkich supportowych zakusów i entuzjazm zaczynał powoli gasnąć. Na scenie zaczęli pojawiać się kolejni muzycy - jak wywnioskowaliśmy, był to włoski skład Markonee, pełniący rolę bezpośredniego supportu przed główną gwiazdą wieczoru. Jako że dwudziestosekundowy sampel singlowego Way 2 Go z najnowszej płyty Włochów nie dał mi bodaj bladego pojęcia o twórczości zespołu, a "hard rock z chrześcijańskim przesłaniem" można interpretować sobie na dowolną ilość sposobów - zniechęcona poprzednimi supportami, podobnie jak inni z lekką obawą wyczekiwałam rozpoczęcia czwartego występu Rockołajek. Swojsko nazwani przez nas "Makaronami", Markonee przygotowali nam jednak sporą niespodziankę - ich koncert okazał się być tym, na co tak długo czekaliśmy; potężną dawką gitarowych riffów i tradycyjnych solówek, świetnych melodii, wyluzowanych tekstów, gromkich "stadionowych" refrenów śpiewanych wraz z publicznością... Słowem, był to hair metal na najwyższym poziomie. Całości, prócz idealnie sprawdzającej się koncertowo muzyki, dopełniły wokalne starania Gabriela Gozziego, obdarzonego silnym i wysokim głosem oraz kipiącego wręcz koncertową energią. A wszystko to w klasycznie hard rockowej oprawie, z dużą ilością biegania po scenie, wywijania mikrofonem i gitarami, rzucania grzywami i wszystkich tych chwytów, które ogląda się na płowiejących teledyskach z archaicznych odcinków Headbanger's Ball... Markonee nie mieli najmniejszego problemu z rozruszaniem publiczności i nawiązaniem z nimi kontaktu - wkrótce już wszyscy śpiewali z nimi refreny Marconi, Way 2 Go czy Brand New Day. Znakomity był także dobór coverów - Włosi zaprezentowali swoją wersję Dirty White Boy Foreignera, gdzieś przewinął się także refren z Ain't No Love In The Heart Of The City zainicjowany przez wokalistę. Któż nie zna klasyku Whitesnake'a? Po chwili znów cała Progresja zdzierała gardła, jak gdyby w hołdzie Coverdale'owi. Zresztą - pewnie ze względu na "drugi etat" gitarzysty Winger, Reba Beacha - sporo koncertowiczów, w tym także i ja, obnosiło na koncercie z dumą koszulki Białego Węża - rzecz jasna, obok t-shirtów innych jakże "egzotycznych" na koncertach w Polsce zespołów, takich jak Danger Danger, Gotthard, Saxon... Na odchodnym jeden z dwóch gitarzystów Markonee, Carlo, wręczył jeszcze ludziom z pierwszego rzędu firmowe kostki "Makaronów". W sumie wszyscy przystaliby jeszcze choćby na kwadrans rock'n'rollowej zabawy z Włochami (albo odstąpili im czas koncertowy Carrion i Totentanz) - bez najmniejszego baczenia na już na wstępie zdarte gardła. Szybko otarliśmy jednak łzy; w końcu wraz z ich zejściem ze sceny zbliżał się czas wyjścia gwiazdy wieczoru. WINGER!
Po zakończeniu występu Markonee frekwencja urosła do około 200 osób. Niezbyt to zachwycające - wychodząc na scenę Kip Winger, Reb Beach, Rod Morgenstein i John Roth nie wykazali jednak zdziwienia - po prostu z miejsca zabrali się do grania. Choć niezbyt imponująca liczebnie, rozgrzana machaniem piórami i zdzieraniem strun głosowych wraz z Makaronami publiczność dała prawdziwego czadu. Wingerowa czwórka na scenie za to konsekwentnie udowadniała utwór po utworze, że androny Beavisa i Buttheada nijak mają się do rzeczywistości nawet dwadzieścia jeden lat od nagrania sztandarowego Seventeen - muzycy pokazali prawdziwą klasę, zarówno w czasie największych przebojów zespołu, jak i indywidualnych popisów. Zaczęło się od średnio lubianego przeze mnie numeru Pull Me Under z nowej płyty, dalej mogło być już jednak tylko lepiej - zespół sięgnął do wypróbowanej klasyki w postaci Blind Revolution Mad i Easy Come, Easy Go, z refrenem gromko odśpiewywanym przez publiczność, by znów nawiązać do repertuaru z Karmy w miażdżącym Stone Cold Killer. Następna pozycja setlisty wymagała niewielkiej "zmiany dekoracji" na scenie - pojawił się na niej basista Markonee, JJ Frati, by zastąpić przy czterech strunach Kipa - ten zaś udał się do keyboardu. Gdy rozbrzmiał charakterystyczny wstęp i słowa "...deep inside, my hunger grows..." nie mieliśmy już wątpliwości, że oto zaczyna się jeden z najlepszych utworów koncertowego repertuaru grupy i znakomity "śpiewaniec", Rainbow In The Rose.
Nim jednak zdążyliśmy nieco ochłonąć i zwolnić tempa - Kip podszedł znów do mikrofonu z basem w ręku, by zapowiedzieć kolejny numer. Pozwolił sobie na króciutką opowieść o tym, jak przy nagrywaniu najnowszej płyty formacji szukali z Rebem nowych inspiracji - gdy mięsisty, potężny riff Deal With The Devil zagłuszył koniec jego wypowiedzi, wiedzieliśmy już, że zbliża się prawdziwe szaleństwo. Hard rockowy hymn, przypominający, że "in a rock'n'roll heaven there's hell to pay", opowiadający o szaleństwach rock'n'rollowca, wykrzykiwaliśmy razem z dającym z siebie wszystko przy mikrofonie liderem Wingera.Później znów nastąpił moment lekkiego zwolnienia tempa wraz z Down Incognito - moją absolutną faworytką z Pull. Oczywiście, brakowało tam znanej z wersji studyjnej harmonijki, tak jak w Easy Come Easy Go nieodżałowanych dęciaków - John ozdobił jednak utwór krótkim, aczkolwiek widowiskowym i bardzo ciepło przyjętym przez publiczność popisem gitarowym. Nieco słabszym momentem była reprezentacja płyty IV - Your Great Escape, wkrótce jednak rozbrzmiało znakomite, tappingowe solo Reba Beacha, które udowodniło po raz wtóry niesamowitą klasę tego szczególnego gitarzysty. Lekkim zgrzytem było wygaszenie wszystkich świateł w momencie przystępowania Reba do solówki - wyglądało na to, że ekipa Progresji widząc usuwającego się w cień lidera uznała ów akt za koniec koncertu, sam zainteresowany zresztą skomentował to bardzo dowcipnie. Już w chwilę po partii solowej Beacha, znów reszta składu powróciła na scenę, by zainicjować wśród publiczności gromki śpiew o "świętych i grzesznikach". You Are The Saint, I Am The Sinner znów dało nam okazję koncertowego szaleństwa przy barierkach i usłyszenia Reba w akcji, nie mówiąc już o podziwianiu osobowości scenicznej Kipa (którego charakterystyczny, "baletowy" sposób poruszania się po scenie nie zmienił się drastycznie od czasu nagrywania na wideo legendarnego koncertu z Tokio 1991...). Po tym numerze nastąpiło solo Roda na perkusji - wypadło ono dość blado zwłaszcza w odniesieniu do solówek gitarowych reszty chłopaków, niemniej jednak stanowiło dobry wstęp do następnego "zwolnienia obrotów". Znów na scenie wyszedł JJ Frati, by zastąpić Kipa - ten zaś rozpoczął przy keyboardzie Headed For A Heartbreak z gromkim śpiewem publiczności w refrenach i miażdżącym, lirycznym outrem gitarowym Beacha. Już w kilka minut później znów powróciliśmy jednak do machania piórami i rock'n'rollowego szaleństwa - Can't Get Enuff, niegdyś zapewne hymn rozkochanych w Kipie Wingerze fanek zespołu, po latach wciąż brzmi tak drapieżnie i erotycznie, jak studyjny oryginał z In The Heart Of The Young. Nim zdołaliśmy złapać oddech, Can't Get Enuff przeszło płynnie w pewniak wieczoru, sztandarowy utwór grupy - słynny riff z Seventeen...
Po kolejnej dawce niesamowitej zabawy Winger zaczął - ku naszej zgrozie- zbierać manatki i wycofywać się ze sceny; nie trwało jednak długo, nim powrócili... Kip ponownie zasiadł do keyboardu, by zagrać kolejny pewniak, co do którego bytności w secie nikt chyba nie miał wątpliwości - Miles Away ze świetną solówką Reba, znów powrót do czasów największej chwały i znów wyzwanie dla zmasakrowanych gardeł publiczności. Według setlisty, wśród bisów powinno znaleźć się Junkyard Dog, które zresztą Reb obiecywał fanom podczas spotkania w Empiku. Gitarzysta okazał się być jednak niesłowny - w ostatniej chwili zestaw uległ zmianie i tak, zamiast perły z Pull usłyszeliśmy... '... I hear the ticking on the clock... counting everyday I've been alone...' oraz następujący po tym wrzask publiki. Mało kto wierzył, że słyszy słynne Hungry z debiutu, które grane jest stosunkowo rzadko. Zespół pozostał jeszcze na moment w klimatach pierwszej płyty, grając rewelacyjne Madalaine, również jedną z najbliższych mi piosenek. Wreszcie, na finiszu koncertu, przyszedł czas na uwieńczenie obu świetnych występów - Wingera i Markonee - wspólnym odegraniem Beatlesowskiej klasyki Helter Skelter (w tym wydaniu bliższej jednak aranżacji Motley Crue z Shout At The Devil), w którym perkusista Włochów Ivan bębnił wraz z Rodem na dwie perkusje, a Gabriel i Kip stworzyli rewelacyjny duet wokalny. Po perełce z gatunku 'all-star-jam' został jeszcze mocny akcent na koniec - żegnając się z fanami, Kip po raz kolejny zaczął przybijać piątki widzom, na co dalsze rzędy zareagowały natychmiast - niemal wciskając w barierki pierwszy. Zmęczona, zachrypnięta, wgnieciona w barierki przez napierający tłum, czując rozmach, z jakim Kip przybił mi piątkę, nie wiedziałam, w ilu częściach jestem i czy jeszcze żyję. Wiedziałam za to jedno - spełniło się jedno z moich największych marzeń, by usłyszeć na żywo Kipa Wingera, Reba Beacha i Roda Morgensteina, wspomaganych w obecnym składzie przez kolejnego znamienitego muzyka - Johna Rotha. Marzenie, by oddać się koncertowemu szaleństwu w rytm Seventeen, Madalaine, Easy Come, Easy Go' i uronić łezkę przy Miles Away... Dodatkowymi plusami był rozłożony już w momencie bytności Wingera na scenie kramik z memorabiliami oraz możliwość ponownego spotkania już po koncercie zarówno Kipa, Reba i Roda, jak i Włochów z Markonee i podziękowania jednym i drugim za wspaniałe występy, świetny kontakt z publicznością i niezapomniane wrażenia.
Dowiedziawszy się o koncercie Winger w Polsce, nie wahałam się ani chwili i - mimo różnych okołowyjazdowych trudności i absolutnie nietrafionego składu zespołów poprzedzających na Rockołajkach koncert Markonee - nie żałuję ani sekundy bytności tuż pod sceną w warszawskiej Progresji. Od zawsze ceniłam ogromnie Kipa, Reba i Roda; Winger był jednym z pierwszych zespołów hair metalowych, których zaczęłam słuchać jako dzieciak, i kolejnym na długiej liście tych, dla których mam ogromny sentyment. Konfrontacja na wpół dziecięcych marzeń z rzeczywistością wypadła jednak jeszcze na korzyść lidera formacji i jego nie mniej utalentowanych kolegów oraz zwróciła moją uwagę na świetne włoskie Markonee. Wspominając dwa ostatnie występy na tegorocznych Rockołajkach w stolicy, powiedzieć mogę jedno: klasa, czad, rock'n'roll i jedno z wydarzeń koncertowych mijającego roku.
Lista utworów Markonee:
Back On Me; Brand New Day; Way To Go; See The Thunder; Women & Whisky; Dirty White Boy (cover Foreigner); Ain't No Love In The Heart Of The City (cover Whitesnake); Marconi; The Big K; The Cross Between The Lines
Lista utworów Winger:
Pull Me Under; Blind Revolution Mad; Easy Come, Easy Go; Stone Cold Killer; Rainbow In The Rose; Deal With The Devil; Down Incognito (John Roth outro - guitar solo); Your Great Escape; Reb Beach guitar solo; You Are The Saint, I Am The Sinner; Rod Morgenstein drum solo; Headed For A Heartbreak; Can't Get Enuff; Seventeen
+ Bisy: Miles Away; Madalaine; Hungry; Helter Skelter (w/Markonee)
Twisted 14 grudnia 2009
|