Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

WILLIAMS/FRIESTEDT - Williams/Friestedt [2011]
Wydawca: AOR Heaven

  1. Swear Your Love
  2. Say Goodbye
  3. Sometimes You Win
  4. Where To Touch You
  5. Going Home
  6. Stay With Me
  7. One More Night
  8. Gotta Find It
  9. Letter To God
Williams/Friestedt

Skład: Joseph Williams - śpiew; Peter Friestedt - gitary, instrumenty klawiszoweGuitars, Keyboards
Gościnnie: Bill Champlin, Tommy Denander, John "JR" Robinson, Randy Goodrum, Bill Cantos

Produkcja: Peter Friestedt i Joeseph Williams

Co może powstać, gdy do wspólnej pracy zabiera się dwójka utalentowanych muzyków? Albo klapa, albo coś zupełnie innego niż obydwaj do tej pory robili, albo... świetny album. Ponieważ jednak ani ex-wokalista Toto, Joseph Williams, ani uznany kompozytor i gitarzysta Peter Friestedt fuszerki raczej nie odwalają, przeto musiało powstać dzieło znakomite. Album "ST", bo to o nim właśnie mowa, mógłby spokojnie powstać sobie w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku i dziś byłby klasykiem.

Równie dobrze mógłby być kolejną płytą sidemanów z Toto. Dlaczego? Bo tu wszystko tym pachnie. Są doskonałe, melodyjne i świetnie zaaranżowane kompozycje, są uznani goście, którzy wsparli obu panów (Bill Champlin, Tommy Denander, John "JR" Robinson, Randy Goodrum, Bill Cantos), jest także doskonała produkcja i miks wykonany przez znanego producenta, pana Ronni Lahti (pracował m.in. dla Talisman czy Lake Of Tears). Jeśli komuś mało, to obecny jest tu także Björn Engelmann, który odpowiadał za mastering, a współpracował z Rammsteinem, tudzież Roxette. Ufff, przyznacie sami, że lista znanych ludzi, którzy pracowali przy tym krążku, jest dość długa. Ponieważ jednak nazwiska same nie grają i aby Was dłużej nie zanudzać szczegółami, zajrzyjmy do środka i przekonajmy się, co też "ST' słuchaczowi oferuje. Wkładam więc srebrny krążek do odtwarzacza. Już od progu wita nas uśmiechnięte Swear Your Love. Tak, rację mieli ci, którzy twierdzili, że ta płyta mogłaby być kolejnym wydawnictwem Toto. Bo tu do pełni szczęścia brakuje tylko charakterystycznej gitary i wokalu Lukathera. Wszystko inne jest właściwie takie samo. A Joseph Williams bez problemu w całym utworze swobodnie i bez absolutnie żadnego napinania się, udowadnia, że gorszym wokalistą od Kimballa na pewno nie jest. Podobnie będzie w kolejnym kawałku, zatytułowanym Say Goodbye. To znów mogłoby być po prostu Toto... A tak w ogóle to słyszałem, że Joseph jest obecnym wokalistą Toto, mimo, że formalnie ogłoszono zakończenie działalności tej ekipy. Muzycy rozeszli się po innych zespołach, a Bobby wraz z członkami Yes i Circa utworzył supergrupę Yoso, która rok temu wydała już swój pierwszy album długogrający. Wracając do utworu - utrzymany w charakterystycznej manierze Toto, spokojnie można by go prezentować jako ich zaginiony lub mało znany kawałek. Sometimes You Win to taki leciutki utwór. Mało w nim rocka, więcej łatwo strawnego popu, ale słucha się tego bardzo przyjemnie. Na pewno pasuje do określenia romantycznej ballady, których lubią słuchać nasze panie. W latach '80 ubiegłego wieku pełno było takich utworów, a o znacznej ich liczbie pamięta się do dziś i słyszy czasem w radio. Można to nazwać chyba sentymentalną wycieczką w przeszłość. Bardziej żwawym, ale wciąż lekkim i przebojowym nagraniem jest kolejne na trackliście Where To Touch You. Zwrotka może aż tak w ucho nie wpada, ale w refrenie znów mamy nasze ulubione Toto. Podoba mi się to jak Joseph udaje Kimballa, a Friestedt swoim sposobem gry naśladuje solówki Lukathera. Do tego ładne chórki i mamy kolejną, udaną pozycję. A płyta jak się podobała, tak się podoba. Wycieczkę sentymentalną, nie tylko z powodu tytułu, ale także z powodów muzycznych kontynuujemy w Going Home. Tym razem jest to ścieżka instrumentalna. Lekka, przyjemna, wywołująca uśmiech i wspomnienia. Idźmy dalej. Takie utwory jak Stay With Me często pisywał i śpiewał Lukather. Nie tylko na płytach Toto, ale także na swoich solowych wydawnictwach. Tu jednak tej charakterystycznej otoczki jest już jakby mniej i czuje się ją tylko w refrenie. Całość jest bardzo dobrą, choć lekko AOR-ą kompozycją. Peter ładnie ozdabia go zgrabną solówką. Patrząc na listę utworów i dostrzegając tytuł One More Night w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że kojarzy mi się z przebojem Phila Collinsa. Rzecz jasna nie jest to cover naszego ulubionego łysola, choć niektóre nuty, jakie słychać w tym kawałku, są właśnie dla niego zarezerwowane. No, te pianino to jakby spod jego palców. Całość znów pachnie Toto, choć tu i ówdzie może kojarzyć się z pewnym bardzo znanym i lubianym utworkiem The Police. Nie powiem, o co konkretnie mi chodzi, chcę byście sami tego posłuchali i ocenili. Ja nawet nie chcę myśleć, co można by z tego wycisnąć, gdyby pojawił się tu Phil w formie... Obydwaj panowie zaskoczyli mnie w Gotta Find It, w którym więcej jest rockowo ujętego soulu, a całość przypomina mi (nie bijcie) dokonania Simply Red. Przyznam, że bardzo podoba mi się ten kawałek. Wydawnictwo zamyka bardzo nastrojowy Letter To God. Lekki utwór, w którym słychać tylko pięknie śpiewającego Williamsa i pianino. I znów - gdyby tu pojawił się Collins! Choćby tylko na moment, choćby po to by wspomóc grą na pianinie i wokalem w refrenie.

I już koniec - pierwsze wrażenie: już? Ten LP jest zdecydowanie za krótki, przydałoby się więcej, choćby tylko dwa lub trzy utwory. Ale może właśnie o to chodzi? By zaczarować słuchacza, porwać go do muzycznego świata i zostawić z niedosytem? To jest piękna płyta, może nie będzie wysoko w podsumowaniach, ale każdy fan dobrego powinien jej posłuchać. Nikt nie powinien być rozczarowany. Panowie na tym wspólnym wydawnictwie odwalili kawał dobrej roboty. Mi podoba się od początku do końca. Jedyną wadą jest to, że trwa tak krótko. Ale potem znów można wcisnąć przycisk "Play" i wszystko zacznie się od początku. Z rozmysłem nie stawiam oceny, wierzę, że tak jak spodobała się mi, tak spodoba się Wam. Z okładki spoglądają twarze naszych bohaterów. Oni ze swojego dzieła są zadowoleni. Wy też będziecie. Serdecznie polecam.

Oficjalna strona Petera Friestedta: www.peterfriestedt.com

Vincent
maj 2011