|
Skład: Mike Tramp - śpiew; Vito Bratta - gitary; James Lomenzo - gitara basowa, chórki; Greg D'Angelo - perkusja
Produkcja: Michael Wagener
Nadszedł czas, by rozprawić się z jedną z najbardziej kultowych płyt w historii hair metalu i zarazem jedną ze sztandarowych produkcji Michaela Wagenera. Pride to drugi w dyskografii White Lion album, ale z racji tego, że pierwszy krążek nie został w terminie wydany w USA, tylko czekał na swą edycję trochę czasu (wyszedł za to w Japonii), można uznać go za właściwy debiut kapeli. Płyta odniosła całkiem spory sukces, bowiem w samych Stanach sprzedała się w ponad dwóch milionach egzemplarzy i otrzymała tytuł platynowego albumu, a dwa single z wydawnictwa dotarły do dość wysokich pozycji na liście Billboardu.
Rasowy hard rockowy riff otwiera pierwszy numer, Hungry. Od razu słychać, że fenomenalny gitarzysta Vito Bratta musiał we wczesnej młodości zasłuchiwać się Van Halenem, bo jego styl gry daleko nie odbiega od stylistyki Eddiego. Bratta rozwinął jednak jego technikę w nieco innym kierunku, tappingi nie są dominujące, więcej jest kombinacji legato / staccato, ale nadal przy użyciu dość dużych interwałów. Są to jakby arpeggia, ale na szczęście nie brzmią one neoklasycznie i nie przypominają aż tak bardzo Malmsteena. Jak widać, Vito bardzo sprytnie wyszedł z całej sytuacji, zachował twarz, rozwinął własny styl i nie stracił swej tożsamości stając się jednym z najbardziej rozpoznawalnych wioślarzy lat '80. Skoro już rozwodzimy się na temat brzmienia, to nie sposób nie wspomnieć o wokaliście. Jak dla mnie jest to najsłabsze ogniwo w zespole, nie trawię kompletnie jego barwy głosu. Facet jak na mój gust śpiewa za mało dynamicznie, jest zbyt ospały i spisuje się znakomicie tylko w dwóch kawałkach, w tym w jednym na niniejszym krążku. O ile muzycznie to nic specjalnego, o tyle rozumiem rację stanu i zatrudnienie go do grupy. Tramp jest przystojny, więc to dobry lep na panienki, poza tym posiadanie mało atrakcyjnego wizualnie wokalisty byłoby w czasach ekspansji MTV i spektakularnych teledysków komercyjnym samobójstwem... Wracając do muzyki, to odnoszę wrażenie, że wiekszość utworów White Lion silnie nacechowana jest smutnymi melodiami. Słychać to nie tylko w pierwszym numerze, ale i w kolejnym, Lonely Nights. Ten kawałek jest ogólnie wolniejszy od poprzednika, pojawiają się gitary akustyczne, co sprawia wrażenie, jakby to była ballada. Zresztą takich utworów w karierze Lwa, które brzmią jak pół-ballady, była cała masa. Nic dziwnego, nie posiadając klawiszowca w składzie grupa musiała jakoś łagodzić ostre brzmienie gitar, a akustyki do tego znakomicie się nadawały. W Don't Give Up znowu błyszczy Bratta, jego gitara wygrywa różne cuda, a technika gry może wprowadzić niejednego gitarzystę w kompleksy. Mam tylko pewną uwagę co do brzmienia gitary rytmicznej, która była dogrywana w studiu, bowiem w zespole poza Vito nie ma drugiego wioślarza. Otóż zlewa się ona bardzo z partiami basu, co z tła czyni dość bezkształtną masę. Przydałaby się zatem jeszcze jedna gitara, która by stworzyła ciekawy podkład pod te bombowe solówki Bratty, od jakich przecież aż się roi. A propos sola, to przypomina mi ono w tym kawałku momentami solówki grane przez Derry'ego Grehana z Honeymoon Suite, nadmienię, że obie kapele grały i święciły swe największe triumfy w mniej więcej tym samym czasie. Nieco power metalowy początek i oto nadchodzi jeden z najbardziej znanych kawałków Lwa - Lady Of The Valley. Gdyby nie wokal Trampa, mógłby to być jeden z najlepszych numerów hard rockowych świata, a tak, właśnie ze względu na te niemrawe linie wokalne, dużo traci. Bardzo udana solówka, tym razem wraz z podkładami, Vito pobawił się tu ramieniem tremolo, odszedł jakby nieco od swego stylu, ale wyszło to zgrabnie. I oto nadciąga promowane teledyskiem Wait. Partie gitar w zwrotce przypominają trochę te z pierwszego utworu, ale że brzrmią dobrze, to nie będę się czepiał. We wstępie mamy dość ciekawy riff pojawiający się po akustykach, kiedy to gitara rytmiczna wytłumia dźwięki nie pozwalając im do końca wybrzmieć. Nie wiem, czy Bratta uzyskał ten efekt bramką szumów, czy może szybko skręcił potencjometr głośności, grunt że zadbał o wiele smaczków, które pojawiają się nie tylko tutaj i urozmaicają płytę. Coś jakby country z pijackimi odgłosami i następuje All You Need Is Rock 'N Roll, chyba najsłabsza pozycja w zestawie. Nie dam za to głowy, ale brzmi to jak jakiś cover, bowem Vito gra inaczej niż zwykle, odgrywa bluesową solówkę, inaczej brzmią zwrotki, a refren wypada dziecinnie, jak jakaś parodia KISS. Dobra forma wraca wraz z Tell Me, pierwszym utworem WL, jaki dane mi było poznać, a to za sprawą teledysku. Pamiętam, pod jakim byłem wrażeniem solówki, kiedy widzialem jakie wywijańce wycina tam Bratta i szczerze mówiąc, nadal jestem pod wielkim wrażeniem. To solo jest dla mnie jedną z ikon takiego grania obok "ostatniego odliczania" Europe i "hymnu Top Gun" Steve'a Stevensa, po prostu wiekopomne dzieło. Szkoda tylko, że Tramp tradycyjnie psuje całość, oj, wielka szkoda. All Join Our Hands to też żywioł, otwierająca go melodia przypomina mi nieco Woman Def Leppard, dalej trochę popisów Vito i bardziej klasyczny Lew. W refrenach nawet Tramp spisał się dobrze, ciekawie zaaranżował linie melodyczne, które aż się proszą o odśpiewanie ich na tysiąc gardeł na jakimś stadionie lub w wielkiej hali. Na zakończenie jedna z najwspanialszych ballad lat '80 - When The Children Cry. To mniej więcej ten sam poziom co Silent Lucidity Q'ryche, wysoki kunszt, wszystko zagrane i odśpiewane z odpowiednim wyczuciem i to jest właśnie ta perełka z dobrze wypadającym Trampem, o której wspomniałem na początku recenzji.. Ballada, której można słuchać bez końca, która miażdży jak czołg gąsienicami przejeżdzający serce.
Gdyby pokusić się o sporządzenie listy pozycji kluczowych dla hair metalu lat '80, płyta ta powinna znaleźć się w pierwszej dziesiątce. Nawet jeśli nie jest jedna z najlepszych, to z pewnością jest jedną z klasycznych pozycji tego gatunku i po prostu nie wypada jej nie znać. Wielbiciele tego okresu z pewnością już wydawnictwo znają, reszta powinna czym prędzej nadrobić zaległości.
Oficjalna strona Mike'a Trampa: www.miketramp.com
Guitarrizer luty 2008
|