|
Skład: Davide “Dave Rox” Barbieri - śpiew i instrumenty klawiszowe; Stefano Zeni - gitary; Roberto Galli - gitara basowa; Andrea Zingrillo - perkusja
Gościnnie: Michele Luppi - pianino akustyczne w [3, 4, 8], fortepian w [11], gitara basowa w [1, 2], chórki; Frank Nemola - aranżacje instrumentów strunowych w [11]
Produkcja: Michele Luppi i Davide Barbieri
Karnawał w pełni! Czy chcielibyście poszaleć na parkiecie wymachując kudłami, wymęczyć tańcem Wasze drugie, skąpo/elegancko odziane połówki, napić się kolorowych drinków i paść ze zmęczenia dopiero wtedy, gdy za oknami już świta? W tym celu wymyślono i nagrano płytę, która będzie stanowiła idealny (mam na myśli dokładnie: idealny) akompaniament do tego typu bachanaliów. A że uczyniono to akurat we Włoszech? Co z tego? Rzućcie okiem na okładkę albumu Hollywood Rocks grupy Wheels Of Fire. Nie robi się Wam cieplej w środku męczącej zimy? Takie opakowanie musi mówić wiele o zawartości muzycznej krążka, który nie może zawieść. I nie zawodzi!
Pierwotnie projekt ów zrodził się w głowach dwóch włoskich muzyków, udzielających się wcześniej w raczej niezbyt sławnych ansamblach grających melodyjne odmiany metalu, a tymi panami są wokalista i klawiszowiec w jednym Dave Barbieri (ex- Seventh Archangel i Liquid Shadows) oraz wokalista, multiinstrumentalista i klawiszowiec Michele Luppi (ex- Vision Divine). Ten drugi usłyszał demówki pierwszego, zaproponował mu wyprodukowanie jego radosnej twórczości, wkrótce potem do składu dokooptowano basistę Roberto Galliego, perkusistę Andreę Zingrillo i tak się zaczęło. Jeśli mamy się trzymać porównań wysokoprocentowych, efekt tego spotkania przypomina raczej koktajl o nazwie "Sex on the beach" niż "TGV"... Budowlę utworzoną z połączenia klocuszków o wdzięcznych nazwach Danger Avenue, Danger Danger, Brother Firetribe czy Firehouse. Czyli ogólny klimat jest wesoły, imprezowy, a przy tym bombastyczny, jak na dzisiejsze czasy pełen aranżacyjnego rozmachu. Na inaugurację mamy tu bujający jak wszyscy diabli kawałek tytułowy, stanowiący przepyszny "fikołek" powstały w wyniku zmiksowania gitarowo-klawiszowych elementów twórczości wyżej wymienionych kapel (pod względem wokalnym najbliżej mu jednak do Brother Firetribe). Błyskawicznie wpada w ucho, a przy tym zawiera porządne riffy i takąż solówkę. A za nim sunie numer dwa, You’re So Cool - dumny, oparty na lekko "patatajowych" rytmach i riffach łagodzonych gładziutką melodią, mogącą się kojarzyć ze Skandynawami z Europe, czy nawet wczesnym M.ill.ion. Niech Was nie zmyli bardzo nastrojowe wejście do What I Want z towarzyszeniem pianina. Dalej tempo przechodzi w średnie, a utwór w porcję melodyjnego scandi rocka z domieszkami AOR-u. Ciepła melodia i pogodne solo grzeją niczym promienie wiosennego słońca... Spokojny, wręcz akademicki początek I Can’t Live Without You zwiastuje, że teraz panie proszą panów. Pościelówka to całkiem zgrabna, a super-profesjonalne wokalizy w refrenie chyba nie tylko mi przypominają te znane z wykonań Firehouse. "Tequila Sunrise" wysączona, więc pora ruszać w tany. Najlepiej przy akompaniamencie interesująco skonstruowanej melodii Everywhere I Go scalonej z "dangerowym" riffem (nawiasem mówiąc Andy Timmons mógłby być dumny ze stworzenia pewnego wzorca solówki, który tu wykorzystano). Z kolei wyraźne brzmienie basu, struktura kompozycji i jakby kręcona korbą praca gitar w Live Again przywodzą na myśl stary kawałek Torbena Schmidta, Good Day To Be Living, z tym że tutaj wokalizy bardziej podążają ku AOR-owi. Na lekki powiew współczesności w postaci brzmienia gitar natraficie w The Reason, reszta jest jak najbardziej tradycyjna i dobrze, bo tutejsze solo znów raduje serce i duszę. Jeśli już się spociliście, pora na chill out i "Pina Coladę" w jednym w postaci klasycznej power ballady, z obowiązkową gitarą akustyczną i pianinem. W subtelnej Little Prayer pojawiają się pewne akcenty country, na szczęście podane w przystępnej formie. Na tle pozostałych piosenek następny w zestawie Relax wyróżnia się pulsującym riffem i jakąś unikalnie estradową, koncertową atmosferą. Udało się tu uwolnić ducha starego TNT (rzecz jasna nie na aż takim poziomie instrumentalnym, choć na ten ostatni narzekać nie sposób). W Rock The World chłopaki nie kombinują i jadą równo do przodu, wyczarowując kolejnego prostego, acz szlachetnego hiciora - tym razem prym wiodą gitary lekko podbarwione klawiszami. Takie podejście trafi bez pudła w oczekiwania zwolenników Talisman, wypijmy więc za to solidną "Zieloną Żabę"... Kiedy już będziecie zupełnie wykończeni, a świt zacznie nadchodzić milowymi krokami, puśćcie sobie delikatną, romantyczną, bogato zaaranżowaną, płynącą jak obłoczek balladę Love Nest i mocno przytulcie swoją lepszą połówkę. Wrażenia gwarantowane.
Nie da się ukryć, że Hollywood Rocks musuje jak bąbelki szampana. Urzeka i porywa swoją bezpretensjonalnością, zwiewnością popartą solidnym warsztatem i perfekcyjnym brzmieniem. Szanowni redaktorzy działów muzycznych "opiniotwórczych" gazet: właśnie taka powinna być solidna rozrywka, odrzućcie herezję, że cokolwiek alternatywnego albo dyskotekowego może bawić lepiej, wróćcie na ścieżkę party rockowej prawdy! Tak będzie lepiej. I dla publiczności i dla Was.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/wheelsoffiretheband
Hardlover styczeń 2011
|