Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

W.E.T. - W.E.T. [2009]
Wydawca: Frontiers Records

  1. Invincible
  2. One Love
  3. Brothers In Arms
  4. Comes Down Like Rain
  5. Running From The Heartache
  6. I'll Be There
  7. Damage Is Done
  8. Put Your Money Where Your Mouth Is
  9. One Day At A Time
  10. Just Go
  11. My Everything
  12. If I Fall
W.E.T.

Skład: Jeff Scott Soto - śpiew; Erik Mårtensson - gitary, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, chórki; Robert Säll - gitara prowadzaca w [5]
Gościnnie: Robban Back - perkusja; Magnus Henriksson - gitara prowadząca w [3, 4, 6, 9, 10, 12]

Produkcja: Erik Martensson

Za każdym razem, kiedy w jakimś artykule pada nazwa W.E.T., autor tekstu z radością rozwija skrót odpowiadający za szyld formacji. Osoby interesujące się tematem z pewnością znają już trzy składowe zespołu na pamięć i prawdopodobnie z chęcią odpoczęłyby od tej obowiązkowej formułki. Dlatego też, pisząc o kapeli zdecydowałem się nie zanudzać czytelnika oklepanymi zwrotami i przejść od razu do tematu. Liczę przy tym na to, że zaintrygowani, acz nieuświadomieni laicy domyślą się sami w czym tkwi tajemnica W.E.T.. Nie będzie to trudne.

Zacznijmy może od tego, że mamy do czynienia z płytą wybitną i jednocześnie taką, w której można zakochać się już od pierwszego przesłuchania. Uczucie początkowo jest głębokie, ale po jakimś czasie mija zauroczenie i zaczynamy dostrzegać pewne wady ideału. Posługując się analogią, mężczyzna odkrywa wówczas, że jego ukochana nie jest aniołem i że nieobce są jej ludzkie przywary. Jak każdy człowiek puści czasami bąka, czy też odpyskuje, zła na cały świat i na tak zwany ZNP. W ostatecznym rozrachunku uświadamiamy sobie jednak, że do perfekcji zabrakło bardzo, ale to bardzo mało i że należy wybaczyć maleńkie niedoskonałości. Debiut W.E.T. posiada w sobie ten rodzaj magii, który powoduje, że do nagranej przez zespół muzyki ma się ochotę bardzo często wracać. Czym zachwyca płyta? Na pierwszy ogień niech pójdzie Soto. W jednym z wywiadów stwierdził, że chciałby pobić Journey na ich własnym terenie i w tym stwierdzeniu jest sporo prawdy. Odpowiednio zmotywowany, chcący udowodnić, że zastąpienie go przez Arnela Pinedę nie było najlepszym zagraniem ze strony legendarnego Journey, wspiął się na własne wyżyny wokalne, dostarczając słuchaczom jeden ze swoich najlepszych występów. Muzyk śpiewa pięknie, cudownie, a w jego głosie można się zakochać. Po drugie, trzej tworzący trzon formacji muzycy, a więc wspomniany Soto, Mårtensson oraz Säll stworzyli idealne momentami kompozycje, pełne pasji, melodii i ani przez chwilę nie nudzące, dopieszczając je jednocześnie niemal idealnym brzmieniem. AOR-owa delikatność Journey oraz Work Of Art spotkała się z drapieżniejszymi aranżacjami kojarzącymi się z Eclipse. Słychać to idealnie przy okazji pierwszego numeru z płyty. Invincible zaczyna się spokojnie, aż nagle, ni stąd ni zowąd atakują mocniejsze aranżacje. Czuć rękę Mårtenssona. One Love to jeden z moich kandydatów na najlepszy tegoroczny utwór. Jest to rewelacyjny hymn poświęcony melodyjnemu graniu i na wszelki wypadek dodam, że nakręcono do niego teledysk, z kawałkiem łatwo jest się więc zapoznać. Gorąco polecam. Często się zdarza, że zespoły po tak dobrych numerach proponują nagrania gorsze, słabsze. Nie W.E.T., gdyż Brothers In Arms okazuje się godnym następcą poprzednika. Grupa serwuje w nim to, co potrafi najlepiej, czyli wszechogarniającą melodię i niezłe, zadziorne brzmienie. Czwóreczka wcale nie zamierza ustępować i Comes Down Like Rain zachwyca delikatnością oraz dojrzałym podejściem do tematu. Muzycy udowadniają, że potrafią tworzyć ciekawe, dopracowane ballady, umiejętnie budując i dopieszczając klimat. Zaczyna się niewinnie i nim ktoś się spostrzeże, grają już wszystkie instrumenty. Żeby było lepiej, piątka wcale nie jest gorsza. Running From The Heartache zostało nagrane w duchu minionej epoki, a lata '80 ponownie pokazują, na co tak naprawdę je stać. Wystarczy posłuchać refrenów. Dopiero wtedy W.E.T. kończy się amunicja i zespół raczy nas dwoma mniej ciekawymi kawałkami. Damage Is Done nie jest już takie radosne jak poprzednie numery i słychać w nim inspirację AOR-em z dwudziestego pierwszego wieku. Na myśl przychodzi mi Crystal Blue i płyta Detour. Put Your Money Where Your Mouth Is próbuje bardziej rockowego podejścia, ale zespół nie do końca gra z przekonaniem. Z drugiej strony, pozytywnie zaskoczył mnie początek numeru, kiedy pomyślałem, że zaraz zacznie się płyta hard rockowego Quiet Riot. W.E.T. na szczęście powracają do swojego ulubionego grania i staje się to za sprawą drugiej ballady, a mianowicie One Day At A Time. Oba wyciskacze łez mogą się bić między sobą o miano najlepszej, ale numer dziewiąty ma u mnie dużego plusa, za to, że nie tylko potrafił mnie rozkołysać, ale także udało mu się mnie wzruszyć. Rockowy pazur pojawia się wraz z Just Go i choć zespół niczym nie zaskakuje, to jednak słucha się tego z przyjemnością. My Everything to kawałek przy którym mam wrażenie, że duży udział miał Robert Säll, z kolei If I Fall kojarzyć będzie się wreszcie z Journey. Trzy ballady na dwanaście kompozycji to wynik w miarę rozsądny. Tym bardziej, że są to trzy całkiem udane bujańce i stuprocentowa skuteczność może budzić podziw.

Brawo, brawo, brawo. Debiutancki krążek W.E.T. jest płytą wyjątkową dojrzałą i zarazem przebojową. Udzielający się w projekcie muzycy pokazują się od najlepszej strony, a od ilości spotykanego tu talentu może się zakręcić w głowie. Gdyby wymienić albo usunąć z płyty dwie ścieżki, to wydawnictwo byłoby idealnym AOR-owym krążkiem. Tym bardziej cieszy fakt, że w wywiadach panowie zapowiadają, że W.E.T. nie jest jednorazową przygodą.

Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/wetrocks

Guciomir
grudzień 2009