|
W.A.S.P.,
17.11. 2004, Warszawa - Klub Studencki "Stodoła"
20 lat obecności na światowym rynku hard'n'heavy. Bezsprzeczny tytuł legendy tego gatunku, legendy żywej, bo wciąż dającej z siebie wszystko i utrzymującej się na wysokim poziomie w tych jakże ciężkich czasach dla muzyki zrodzonej w latach osiemdziesiątych. Wiele takich zespołów można by wymienić, ale jeśli do powyższego opisu dodać jedno słowo: Blackie, wszystko staje się jasne. W.A.S.P.
Siedemnastego listopada tego roku nazwa ta stała się najbardziej w historii wyrazista dla polskich fanów tej grupy. Godzina 21:30, Klub Studencki "Stodoła", ponad 500 osób wykrzykujących to jedno, znaczące dla nich tej nocy chyba najwięcej, słowo: W.A.S.P.! Na środku sceny, tam gdzie zwykle znajduje się mikrofon, który zbiera śpiewane przez wokalistę głoski, stał odarty ze wszystkich, poza czaszką, kości S-kształtny kręgosłup. Stopień jego zniekształcenia odpychał mnie od prób wyobrażenia sobie, jak mógłby wyglądać zbudowany na nim człowiek, ale cóż, to jeden z tych elementów, które pasują do wizerunku zespołu, na okładkach płyt którego takie widoki nie są rzadkością. Nie zdziwiło więc nikogo to, że do szyi tegoż kościotrupa przymocowana była konstrukcja, mająca chyba wyobrażać kierownicę motocykla.
Grupka technicznych kręciła się jeszcze w pobliżu, ochroniarze zajmowali swoje miejsca pod sceną, a ci którzy zdołali się już znaleźć na korzystnych ze względu widoczności miejscach zdzierali sobie gardło próbując wywołać zespół, kiedy przedzierając się przez gąszcz ludzkich postaci udało mi się zająć pozycję w drugim rzędzie, tuż naprzeciw głośników stanowiących później odgłos dla gitarzysty. Ociągający się maruderzy wychodzili jeszcze z klubowych łazienek, skończywszy nakładanie na włosy ton lakieru, ich tapirowanie i przyczernianie konturów oczu. W powietrzu dało się wyczuć tą niepowtarzalną, towarzyszącą nieustannie tego typu wydarzeniom, euforię.
Okrzyki z widowni coraz bardziej nabierały na mocy, aż w końcu stało się. Światła zgasły. Brawa, piski publiki i jeden tylko wyraz: "W.A.S.P.". Teraz do akcji wkroczyła aranżacja świetlna i scena rozbłysła mnóstwem kolorów z których prym wiodła, nie trudno zgadnąć, czerwień. Z zaciemnionych kątów sceny wyłoniły się gwiazdy wieczoru. W mojej głowie zrodziło się chyba to samo pytanie, co w myślach pozostałych uczestników koncertu: "Co zagrają?". Śledząc listy utworów, jakie pojawiły się na innych europejskich koncertach można było spodziewać się konkretnego zestawienia. Z drugiej strony jednak sam Blackie Lawless zapowiadał zmianę repertuaru dla państw, w których koncertować będzie po raz pierwszy, czyli dla Polski również. Zaczęło się, ostry początek i On Your Knees. "On your knees that's where we all should be..." i właśnie tak się stało, bo publika z nieopisaną radością przywitała ten kultowy już kawałek. To był jednak dopiero początek, bo bardzo płynnie, prosto z pierwszej kompozycji zaproszono nas do "Wnętrza Elektrycznego Cyrku". Pomimo, że nagłośnienie na sali pozostawiało wiele do życzenia, ogromną niespodzianką było dla mnie jak fantastycznie radził sobie przy mikrofonie wokalista. Fakt faktem Blackie piastuje to miejsce od prawie 20 lat, co mogłoby wiele usprawiedliwiać, ale tym razem nie było takiej potrzeby. Chyba nie pomylę się wiele, jeśli powiem, że śpiewał niemal identycznie z nagraniami studyjnymi. Niemal, bo usłyszeć mieliśmy okazję sporo ozdobników, przedłużeń i innych swego rodzaju "ulepszeń" zaprezentowanych utworów.
Równie płynnie jak rozpoczął się Inside The Electric Circus, miał swój początek kolejny numer wykonywany przez legendę zza oceanu: Hate To Love Me. Tutaj za to zwróciła moją uwagę doskonale prowadzona przez Frankiego Banali sekcja rytmiczna. Sam perkusista był bardzo słabo widoczny z racji ciągle mieniących się barwnych świateł, ale w końcu nie przychodzi się na koncert, aby śledzić wzrokiem wszystkie ruchy każdego z członków zespołu. Dalej nastąpiła chwila ciszy, ale tylko ze strony gwiazd. To co działo się pośród publiczności trudno opisać. Chyba wszyscy wyczuliśmy przez skórę, że następnym, co usłyszymy tego wieczoru, będzie kawałek, na który wiele osób czekało. "I ride, I ride the wind that brings the rain..." rozległ się niski głos Blackiego, a zaraz po tym otwarło się 500 gardeł wydając melodyczny okrzyk: Wild Child!. Co prawda liczyłam na to, że właśnie przy dźwiękach tego utworu będziemy mieli okazję nawiązać głosowy kontakt z zespołem, to miało jednak miejsce tylko po części, bo wokalista pozwolił nam zaśpiewać samodzielnie tylko raz i to doskonale znany wszystkim refren, ale i tak publiczność bawiła się przy tym świetnie, a i wyglądać musiało to pociesznie, skoro Darrell Roberts uśmiechał się szeroko obserwując ten tłum krzyczących ludzi. Chyba najbardziej zabawnym fragmentem było to wydłużone "youuuu...", przy którym sam Lawless lekko zafałszował. Mimo tego na koncercie czułam się jak gdybym słuchała najlepszego w historii wydania "The best of W.A.S.P.", bo trudno inaczej określić zestawienie jakim uraczyli nas panowie tego wieczoru. Jednym słowem posypały się hity: Animal (Fuck Like A Beast), później L.O.V.E. Machine i znowu szaleństwo pod sceną.
Niezmordowana publika dawała na każdym kroku odczuć zespołowi jak dobrym posunięciem z ich strony była wizyta w "Stodole", po raz pierwszy i ustanowienie 17.11.2004 znamienitą datą w historii muzyki rockowej w Polsce. Długa solówka dała Robertsowi i Mike'owi Duda okazję do pokazania się wszystkim. Bieganie po scenie to nieodłączny element każdego widowiska tego typu i na szczęście i tutaj nie obyło się bez tego. Show stał się jeszcze bardziej widowiskowy kiedy Blackie począł wspinać się na wspominany wcześniej szkielet, służący dotąd jako ciekawe rusztowanie dla mikrofonu. Stojąc na samej górze, wysoko ponad naszymi głowami, oświetlony zielonym światłem, wyglądał w samej rzeczy, jak "Neonowy Bóg" wyśpiewujący do tego słowa nowej kompozycji Come Back To Black. W końcu ta trasa koncertowa ma na celu promocję najnowszego albumu, toteż nie mogło się obyć bez choć jednego (jak się później okazało tylko jednego) utworu z tegoż albumu. Publika kupiła kawałek od razu, po niedługim czasie sami zaczęliśmy wykrzykiwać powtarzające się słowa refrenu. I znowu powrót do klasyki: Headless Children jeszcze nigdy nie podobał mi się tak bardzo jak wtedy.
Atmosfera w klubie była gorąca i chyba ku jej ochłodzeniu zespół postanowił zagrać coś wolniejszego. Mnie osobiście najbardziej na to miejsce pasowałby Sleeping (In The Fire), ale oto usłyszeliśmy zapowiedź: "This one's from The Crimson Idol" i wszystko było jasne. Dynamiczna, jedna z najpiękniejszych ballad jakie słyszałam, The Idol. Chyba nie tylko mnie przeszedł dreszcz podczas odsłuchiwania niesamowitego solo Darrella Robertsa. Grom oklasków, jaki nastąpił po zakończeniu utworu, był jak najbardziej zasłużony. Właśnie zdążyłam się, jak to w moim zwyczaju przy tego typu utworach, rozmarzyć, kiedy światła zgasły. Demoniczny szkielet zaczął jarzyć się na niebiesko, a twarz i dłonie Blackiego fosforyzowały zieloną barwą. Poza tym widokiem nastała całkowita ciemność. Oto tło jakie przygotowali członkowie W.A.S.P. do odegrania Kill Your Pretty Face. Wymowa utworu i scenografia wydawała się przenosić do kadru z filmu o Freddym Kruegerze, bo huśtające się na elastycznym kośćcu elementy ciała mogą przerażać, a efekt potęgowany był przez tajemniczość dźwięków w tle. Około 4 minutowy show zakończyło ponowne pojawienie się barwnych świateł i początkowe dźwięki następnego na liście utworu: The Real Me. Ludzie pod sceną, już prawie godzinę podskakujący i śpiewający znane sobie na pamięć teksty piosenek, nadal próbowali przekrzyczeć artystów dla nich występujących, tak podczas tej kompozycji, jak i następnej: I Wanna Be Somebody. Tutaj aż prosiło się by Blackie "pobawił" się z nami w śpiewanie, ale niestety, znowu doznałam zawodu. Nie oznacza to, że nie bawiłam się świetnie. Niestety utwór jak szybko się zaczął, tak szybko skończył, a grupa bez słowa zniknęła ze sceny. "Koniec?" przewinęło mi się przez myśl. "Nie, nie możliwe, trochę za krótko..." i mimowolnie podczas przejmującej ciszy spowodowanej zaskoczeniem publiczności krzyknęłam: Blind In Texas!. Kilka osób powtórzyło za mną, a może na myśl po prostu przyszło im to samo w tym samym czasie...
Scena pociemniała, a z tłumu zaczęły dochodzić zniecierpliwione krzyki: "W.A.S.P., Blackie, W.A.S.P., Blackie, W.A.S.P., Blackie, W.A.S.P., Blackie ...!". Udało się, wykrzyczeliśmy ich, bo wywołanie to za małe słowo. "The last one before we go: Blind In Texas. Tak, właśnie ten kawałek miał zakończyć warszawski koncert amerykańskiej legendy. Ostatnie wersy wyśpiewane równo z zespołem, ostatnie piski i brawa, koniec. Pomimo, że próbowaliśmy wyprosić jeszcze jeden bis, nie udało się i przyszło nam skierować się w stronę szatni, dzieląc się po drodze wrażeniami z tego niezapomnianego wydarzenia. Blackie Lawless i grupa na żywo. Największe hity W.A.S.P. w genialnej oprawie wizualnej. Mnóstwo fanów z wypiekami na twarzy. Tak chyba w kilku słowach streściłabym to co działo się siedemnastego listopada w warszawskiej "Stodole". Oby takich widowisk więcej i zapraszamy ponownie, mamy nadzieję, że polscy fani wypadli z najlepszej strony w oczach składu do tego stopnia, że będzie on odwiedzał nas częściej i grać będzie dłużej, bo to chyba jedyny zauważalny minus tego występu. Dziękujemy i zapraszamy!
Nienor 21.11.2004
|