|
Skład: Brad Sinsel - śpiew, gitara akustyczna; Tommy McMullin - gitara prowadząca, chórki; Guy Lacey - gitara rytmiczna, chórki; Shawn Trotter - gitara basowa, chórki; Richard Stuverud - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: Benmont Tench i Mike "Bubba" Abercrombie - instrumenty klawiszowe; Mike Lennon, Mark Lennon, Kip Lennon i Todd Cerney - chórki; Thom Panunzio - instrumenty perkusyjne
Produkcja: Thom Panunzio
Kiedyś w odległych latach '80 był sobie wokalista o imieniu Brad Sinsel, frontman formacji TKO, która cieszyła się wielkim uznaniem w swoim rodzinnym Seattle. Wówczas tamte rejony nie kojarzyły się z grunge, a rockowe życie kwitło w najlepszym stylu. Niestety całych Stanów (a to wtedy stanowiło o statusie zespołu) nie udało się im podbić. Z pomocą wokaliście przyszedł nie kto inny jak frontman KISS Paul Stanley. Mniej interesowny niż Gene Simmons napisał dwa kawałki dla nowej grupy Brada War Babies.
Hang Me Up jest pierwszym z nich. To tak dobry numer, że powinień zawstydzić nie tylko Simmonsa, ale także Ace Frehleya (członka KISS, któremu solowe projekty wychodziły najlepiej). Z drugiej strony Hang Me Up nie jest zbytnio kissowe. Więcej tutaj W.A.S.P. Bardzo mocny wokal Sinsela, który dysponował tak potężnym gardłem, że spokojnie mogłby zmierzyć się z Joe Cockerem. Nie przez przypadek przywołałem tu tego pana, gdyż następny utwór na płycie In The Wind zaśpiewany jest z iście cockerowską ekspresją. Muzycznie jest także rewelacyjny, dla mnie numer jeden na całym krążku. Trochę refleksyjny, nie tak agresywny, tutaj można dopatrzeć się wpływów KISS, choć Stanley go nie tknął. Jest za to autorem trzeciego na płycie, singlowego Cry Yourself To Sleep. To już ballada, ale ballada w stylu jaki akurat lubię. Często zarzucam zespołom hard rockowym, że ballady pakują na zasadzie - musi być coś, przy czym fajnie jest pomiętosić tyłek partnerki podczas tańca. Tymczasem Cry Yourself To Sleep jest stosunkowo monumentalne jak na hard rockowy band. Podoba mi się ta formuła, nie jest to jakaś miękka balladka, zadowoli pewnie fanów KISS, bo Sinsel w refrenie próbuje naśladować Stanleya. Wychodzi mu to bez trudu, z takim głosem można wszystko (łącznie z wygraniem milionów na giełdzie licytując na parkiecie;)). Sweetwater pobrzmiewa mi motleyowsko, aczkolwiek partie gitary są nieco bardziej rozbudowane, nieźle buja ten kawałek i na dodatek kolejny świetny, łatwo zapamiętywalny refren. Pewnie gdyby płyta ukazała się ze 2 lata wcześniej, War Babies osiągnęliby znaczący sukces. Nie widzę przeciwskazań z takimi numerami. Sea Of Madness jest trochę ostrzejszy, bardziej metalowy, specyficzne pochody basu nasuwają mi konkretne skojarzenia - W.A.S.P. Następny świetny refren, skąd oni to brali? Z drugiej strony zamykanie się w samych skojarzeniach byłoby dla zespołu krzywdzące. Choćby z tego względu, że wokalista nie próbuje nachalnie korzystać z jakiegoś jednego wzorca, gitary za to wychylają się poza pojedyczne uderzenia całych akordów, często wyodrębniając poszczególne dźwięki. Tak jest w otwierającym Hang Me Up, tak jest też w Sea Of Madness. Wolny i przydługawy Blue Tomorrow ma balladowy charakter, aczkolwiek partie gitary momentami uzyskują monumentalne brzmienie, podobne do tego jakie znamy z płyt Metal Church. Sam numer choć specjalnie mnie nie porywa, wpadką napewno nie jest. Ciężka sekcja rytmiczna prowadzi ten utwór w odpowiednim kierunku, po prostu hard and heavy. Za to Satellite mnie nie rusza zupełnie. Kawałek sprawia wrażenie nieco wymęczonego, zwłaszcza refren. Jakby zabrakło pomysłu. Dla mnie to bez znaczenia, gdyż nawet jeśli by tak miało być do samego końca płyty, to kilka pierwszych numerów stawia ją wysoko w moich zestawieniach. Tymczasem Death Valley Of Love przywraca nadzieję, że krążek okaże się jednak w swojej znakomitej części genialny. To bardzo oryginalna kompozycja na płycie. Całości patronował chyba Carlos Santana, gdyż mamy tutaj zwyczajnie hard rockowo potraktowaną salsę. Riffy bujają w charakterystyczny sposób, zagrane z latynowskim zacięciem. Uwielbiam takie smaczki. Założę się, że gdyby wujek Carlos był ze 100 lat młodszy, grałby coś takiego. Czasami historia jest okrutna;). W Big Big Sun wraca California. Ot co, krzyżówka Mötley Crüe i W.A.S.P. Myślę, że War Babies jednak poszli nieco dalej pod pewnym względem. Jest to po prostu bardziej skomplikowane mimo wszystko niż Mötley Crüe, chociaż pamiętajmy, że dalej mamy do czynienia z muzyką rozrywkową, jaką przecież jest hard rock. Killing Time to już bardziej oficjalne zasysanie stylu W.A.S.P. Świadomie czy nieświadomie, nie wiem. Mnie się bardzo podoba. Oficjalnie album kończy się utworem Care (Man I Just Don't). Myślę, że mógłby być to spokojnie przebój, gdyby dano mu takową szansę. Tutaj ekipa Sinsela najbardziej zbliża się do Mötley Crüe (gdzieś z okresu Girls Girls Girls, Dr. Feelgood). Specyficznie powtarzane sylaby w refrenie są tak motleyowskie, że fani zespołu Sixxa będą z pewnością posiusiani;). Wersja zremasterowana krążka poszerzona została o 3 kompozycje, jednak są to po prostu alternatywne wersje numerów znanych z płyty. Dodam, że prawie nie różnią się od wersji oficjalnych, nie wiem jaki był cel ich zamieszczania. Chętnie w to miejsce wstawiłbym sekcję multimedialną z teledyskiem do utwóru Hang Me Up.
Tytułem podsumowania. Debiutancki (i zarazem jedyny) krążek w dyskografi War Babies uważam za doskonały i tym bardziej zaskakuje mnie to, że nie zdobył większego uznania. Może rzeczywiście ukazał się w niezbyt właściwym czasie, może po prostu zabrakło trochę szczęscia. Tak czy owak, z takimi utworami jest to pozycja absolutnie wskazana, album dobry praktycznie na każdą okazję.
Brak oficjalnej strony zespołu
LSDisease sierpień 2007
|