|
Skład: Robert “Bobby” Sisk - śpiew; Eric “Cruise” Saylors - gitara prowadząca i rytmiczna; Tad Wilson - gitara prowadząca i rytmiczna; Erikk D. Lee - gitara basowa; Scott Cole - perkusja
Produkcja: RJeffrey A. Diehl i Stephen Craig
Fortuna kołem się toczy i zawsze można tylko zgadywać, czy jakaś ekipa uzdolnionych chłopaków się przebije, czy też pozostanie niedoceniona i szerzej nieznana. To ostatnie stało się udziałem Wanted - hair metalowej grupy założonej w latach 80. w Indianapolis, w tamtym okresie próbującej szczęścia poprzez otwieranie koncertów bardziej znanych kolegów z branży, takich jak Enuff Z’Nuff, czy Bad English.
W pewnym momencie kwintet przyciągnął nawet uwagę Geffen Records, jednak do podpisania kontraktu nie doszło z powodu nieporozumień pomiędzy wytwórnią a managerami zespołu. Dopiero po 20 latach zarejestrowany wówczas materiał (częściowo studyjny, a częściowo koncertowy) odkurzyli łowcy "starych, ale jarych" rzeczy z Eonian Records. Pisząc o tych piosenkach nie sposób uniknąć porównań Wanted z Mötley Crüe, którzy najwyraźniej byli dla amerykańskiej załogi najważniejszym wzorem do naśladowania (choć na płycie pojawiają się również pewne zapożyczenia z twórczości Keel, Sweet F.A., Guns N’ Roses czy Aerosmith). Nosowy i gładki, ale jednocześnie nie pozbawiony zadziorności głos Roberta "Bobby’ego" Siska stanowił jakby odpowiedź na wokalizy Vince’a Neila. Sekundował mu dzielnie duet gitarzystów i trzeba docenić fakt, że Saylors i Wilson potrafili zagrać naprawdę porządne rzeczy. A co z samą zawartością muzyczną krążka? No cóż, jego odpalenie zapewni wrażenia porównywalne z podpaleniem lontu od laski dynamitu. W siekącym równo Whiskey & Women rozkołysane riffy w stylu wspomnianego Mötley Crüe spotykają się z wykrzykiwanymi partiami wokalnymi a’la Keel. Po tym krótkim, huraganowym ataku mamy szybki, energetyczny Too Hot To Handle, gdzie gardłowy wciela się w skórę brata bliźniaka Neila, a sam kawałek kojarzy się z szalonymi, imprezowymi rockerami z Dr. Feelgood. Mogę wybaczyć chłopcom bezczelną zrzynkę riffu z Walk This Way Aerosmith w kolejnym Another Day, bo sam bezkompromisowo i brutalnie zagrany numer podnosi ciśnienie niczym mocna kawa. Barowy, "brudny" i zgrzytliwy Mr. Right oparto na dominującej roli rytmów wygrywanych przez świrującą perkusję, pożenionych z bazującymi na bluesie riffami - tak smakowite połączenia tworzyło niegdyś Sweet F.A.. Blue Jean Baby odtwarza tę samą formułę, jaką zastosowano z powodzeniem w Kickstart My Heart pewnego bardziej znanego zespołu - ozdobę utworu stanowi perfekcyjne solo. Aby co bardziej wrażliwi nie dostali palpitacji serca, na pozycji szóstej umieszczono dość schematyczną balladę - w swoim charakterze bardzo zbliżoną do pościelówek Guns N’ Roses - mimo to broniącą się poprzez szczere emocje, które przekazuje. Be Still My Heart to kolejny party rockowy kawałek oparty na "podskakujących" rytmach - tym razem zapatrzony w dokonania kolesi z D’Molls i Keel. W tym momencie pierwsza część albumu się kończy, a dźwięki syren przenoszą nas na estradę - dalej mamy okazję posłuchać Wanted w wersji live. Chociaż od tego momentu jakość dźwięku dramatycznie spada, możemy się przekonać, że nasza piątka była prawdziwym zwierzęciem koncertowym - nieprzewidywalnym, pełnym dzikiego entuzjazmu, energii, witalności. Anchors Aweigh swoimi zdecydowanymi riffami i charakterystycznym śpiewem łączy tradycje wymienionych wcześniej Motleyów i Gunsów. Z kolei konstrukcja Don’t Play With My Head przypomina strukturę Rhythm Of Action Sweet F.A. - tyle, że tutaj riffy są jeszcze cięższe, jakby chciały nas poboksować. W See It Through mamy przeplatankę łagodnych, pseudo-akustycznych partii gitary, z typowo sleaze rockowymi, ostrymi wejściami gitar i perkusji, a wykorzystane tu rytmy i tonacje przywodzą na myśl podejście Love/Hate - co razem daje znakomity numer, w dodatku ze świetną solówką. Krótki, walący prosto z mostu, okraszony metalowymi riffami Sidewalk Seducer to kolejny ukłon w stronę Rona Keela i spółki. Raczej nic nowego nie wnosi motleyowo-bluesujący Rhythm & Rhyme (poza robiącą wrażenie pracą perkusji, rzecz jasna). Podobnie sprawa się ma z Life In The City - solidnie wykonanym, zadziornym, ale sprawiającym wrażenie jednego z tysiąca klonów kawałków panów Neila, Sixxa i Marsa i Lee. I to by było na tyle...
Aby uciec od nudnych podsumowań napiszę tylko, że o ile Too Hot To Handle nie pozwala zaliczyć kwintetu z Indianapolis do kategorii "poszukiwani żywi lub martwi", to zasłużyli oni na zdecydowanie większą rozpoznawalność.
Brak oficjalnej strony zespołu
Hardlover grudzień 2010
|