Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

VOODOO CIRCLE - Broken Heart Syndrome [2011]
Wydawca: AFM Records / King Records

  1. No Solution Blues
  2. King Of Your Dreams
  3. Devils Daughter
  4. This Could Be Paradise
  5. Broken Heart Syndrome
  6. When Destiny Calls
  7. Blind Man
  8. Heal My Pain
  9. The Heavens Are Burning
  10. Don't Take My Heart Again
  11. I'm In Heaven
  12. Wings Of Their Fury
  13. Strangers Lost In Time [bonus track]
Broken Heart Syndrome

Skład: Alex Beyrodt - gitary; David Readman - śpiew; Mat Sinner - gitara basowa; Markus Kullmann - perkusja; Zlatko "Jimmy" Kresic - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Alex Beyrodt

Czy ktoś pamięta album ekipy Voodoo Circle, który ukazał się bodaj w grudniu 2008 roku? Album został skromnie zatytułowany Voodoo Circle. Nikt nie pamięta? Szkoda, bo w tym zespole pan Alex Beyrodt, znany skądinąd z udzielaniach się w Silent Force, Sinner i także w Primal Fear, pokazuje po raz drugi swoje inne, i tak sobie myślę, że najprawdziwsze, muzyczne oblicze.

Jakie? W Voodoo Circle porusza się on w rejonach hard rocka, heavy metalu, metalu klasycznego silnie zakorzenionego w latach 70-tych i nawet liźnie co nieco metalu neoklasycznego. Uff, sporo tego prawda? Niemniej tym, którym już coś tam świta w głowie, zapewne kojrzą, że ta pierwsza płyta taka właśnie była. I o ile tamten album był jeszcze dość nieśmiałym przedsięwzięciem, to na krążku Broken Heart Syndrome już tej tremy nie ma. Ukazał się on 25 lutego br. i od razu został owacyjnie przyjęty przez krytykę. Dlaczego? Już Wam tłumaczę. Drugie wydawnictwo tej formacji jest wypadkową muzyki prezentowanej przez Rainbow, Yngwie Malmsteena, Deep Purple, Whitesnake i tu zaryzykuję - nawet Black Sabbath. Z tego powodu nie boję się już dziś powiedzieć, że ten LP już w momencie wydania jest klasykiem. I nie ważcie się myśleć, że jest on stworzony na zasadzie kalki. Nie. To jest raczej przeniesienie tego specyficznego klimatu i tego jak się wtedy grało w czasy obecne. Zachowano wszystko to, co było niezbędne, by nie stracić ducha lat minionych, napisano świetne kawałki, które spokojnie mogą konkurować z klasykami lat ''70, dodano staranną produkcję, zawodowy, elegancki, "brytyjski" sposób gry i ozdobiono owo dzieło skromną okładką. Brzmi to wszystko bardzo przyjemnie i co najważniejsze - mimo wrażenia deja vu - nie nudzi. Jestem oczarowany tym, jak zespół potrafił to podać. Bez silenia się, napinki i niepotrzebnego dmuchania balona. Miło, że właściwie nie slychać tu, że grają niemiaszki. Przysięgam, że zamorduje każdego, kto powie, że to tylko jeszcze raz napisane, stare kawałki, a całość jest wtórna i polega tylko na zagraniu tego jak najlepiej. Ja się nie zgadzam na to, by w taki sposób potraktowac tę płytę. Z pewnością zespół włożył w nagranie sporo serca, podał to po swojemu, bez ogladania się na innych. Po prostu odwalili kawał świetnej roboty. Płytę otwiera dynamiczny No Solution Blues i od pierwszych taktów wita nas Whitesnake w czasach największej świetności. Świetny rockowy numer z genialnymi wokalami Davida Readmana, który bardzo fajnie udaje tutaj Coverdale'a. Posłuchajcie tej gitary Beyrodta. Proste, pozbawione fajerwerków granie. Ale jak buja. Uczucie oczarowania nie mija w King Of Your Dreams. Czyste Deep Purple, z wysmakowanymi, "lordowskimi" klawiszami i gitarą, wypisz-wymaluj jakby samego Blackmore'a. Jeśli komuś mało, to dołóżmy tę nutkę zadumania z Rainbow i mamy obraz całości. To już drugi kawałek, a ja nie mogę wyjść ze zdumienia. Wsłuchajcie się w solówkę i te klimatyczne tło klawiszy. Posłuchajcie basu Sinnera. To wszystko brzmi genialnie. Nie wiedziałem jeszcze, że najlepsze dopiero nadejdzie. Pora na iście sabbathowo zatytulowany Devil's Daughter. MAGIA. Nie da się inaczej określić tej kompozycji. To tak jakby wyobrazić sobie niszczącą siłę z Mistreated albo When A Blind Man Cries i doprawić to tym "czymś", co cechowało stare nagrania Whitesnake. Z tego powodu właśnie napisałem, że ten album już w momencie wydania stanie się klasyką takiego grania. Pulsujący bas, eleganckie, purpurowe tło, wciągajaca rozmowa gitarzysty z klawiszowcem i te wokale... Całość zakończona stosownym wyciszeniem. Fani Whitesnake mnie zabiją, ale to jest lepsze niż największe tego typu numery ekipy Coverdale'a. Nie można się przyczepić do może i typowego, heavy metalowego This Could Be Paradise, ale nie zrażajcie się tym. Raczej posłuchajcie tego, jak zespół znalazł wyjście i ładnie opakował to w przebojowe ramy Whitesnake. Tytułowy Broken Heart Syndrome to powrót do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Mamy tu coś na modłę Rainbow za kadencji Dio, zwłaszcza w obrębie gitar, choć Ronnie lubił śpiewać takie kawałki, a dziś w podobnych rejonach porusza się przez wielu uwielbiany Jorn. Nie chcę się doszukiwać tu na siłę Deep Purple, choć z pewnością coś by się dało wygrzebać. Whitesnake? Może tylko za sprawą przegenialnych wokali Davida Readmana. Zaryzykuję tu i napiszę, że można usłyszeć coś z Rush. Wspominałem o Black Sabbath. Jest tu coś z Iommiego w tych agresywnych riffach w When Destiny Calls, choć całość pasuje na krążki Deep Purple, za czasów gdy śpiewał u nich Coverdale. Idźmy dalej. Wybaczcie mi, ale nie umiem się pozbyć natrętnych skojarzeń z wokalami Tony'ego Martina. Zastanawiam się ,co by się stało, gdyby dać tę kompozycję w stanie surowym obu Tomkom. Ile oni zdołaliby z niej wycisnąć. Blind Man i znów.... MAGIA. Można mieć tu skojarzenia z odpowiednim utworem Purpli czy też Whitesnake, ale czy to źle? Myślę sobie, że nie ma absolutnego sensu się czepiać. Raczej zamknijcie oczy i dajcie się porwać melancholii i zadumie. Bo takie kawałki nie powstają już zbyt często w dzisiejszych czasach. Po prostu bluesowo-rockowy klasyk z wyśmienitymi, purpurowymi klawiszami jakby spod palców Lorda. Nie wiem, co mam napisać o Heal My Pain. Może tak. Jest to po prostu bardzo dobry rockowy kawałek z tym czymś, co pojawiało się na albumach Whitesnake. Takie to trochę głośne, jeśli wiecie co chcę powiedzieć, ale te elementy wokalnej ekspresji wokalnej Coverdale'a są ciągle obecne. Można się umówić, że to taka przeszkadzajka przed The Heavens Are Burning. Piękne, floydowskie, pastelowe barwy klawiszy jakby spod palców Richarda Wrighte'a muszą zaciekawiać. I szkoda trochę, że tak nagle wchodzi gitara i nie pociągnięto tego jakoś delikatniej. Muszą jednak podobać się te zadziorne riffy i przebojowy refren. Posłuchajcie, jak mistrzowsko brzmi tu basista. Podobać się także muszą popisy Jimmiego Kresica i Alexa, którzy po raz kolejny tu ze sobą rozmawiają. Jakże nowocześnie to brzmi, rodem z najlepszych neoklasycznych metalowych płyt. Poza tym znów tu i ówdzie kłania się Deep Purple i Rainbow. I nawet co nieco z Dio by się znalazło. Don't Take My Heart to znów Whitesnake w manierze Coverdale'a. Nośne, przebojowe i bujające. Takie, jakie ma być i trudno wymagać od tego nagrania czegoś więcej. Po dobrym rockowym kawałku zespół znów serwuje bujający utwór. I'm In Heaven w pewnym momencie zwrotek kojarzy mi się ze znakomitą kompozycją śpiewaną przez Tinę Turner, choć całość utrzymana jest w Purplowskiej manierze. Zadziwiające jest to, ileż panowie zdołali upchnać w tym wszystkim pomysłów i rozwiązań i ani przez moment nie znudzić słuchacza. A to przecież jeszcze nie koniec. Wings Of Fury ze swoim akustycznym początkiem czaruje, ale zaraz potem wchodzą gitary. Wiecie co? To jest mega-przebojowa kompozycja i powinna zostać zaśpiewana nie przez Davida, ale Ralfa Scheepersa. Bo w swojej, było nie było, power metalowej konwencji byłaby dla niego w sam raz. Byłaby, gdyby nie znajdowała się na tejże płycie. To dla mnie kolejny dowód, ze czasami Sinner niepotrzebnie miesza się do pisania kawałków dla innych wykonawców, lub bierze czynny udział w ich przygotowywaniu. Oczywiscie utwór na zamkniecie płyty jest jak znalazł. Na limitowanej edycji Broken Heart Syndrome znajduje się jeszcze jedna ściezka. Strangers Lost In Time, bo o niej mowa, to takie Rainbow za kadencji Dio. Znów lordowskie klawisze i gitara jakby Blackmore'a. No i kapitalne, orientalne zwolnienie całkiem w jego stylu. A poźniej raz jeszcze refren i koniec. Tym razem już na dobre.

Jak widać na przykładach tej płyty, ubiegłorocznych Black County Communion, a także Royal Hunt oraz chyba też Steel Seal, ciągle można grać tak, by przywołać ducha ubiegłej epoki. Zgodzę się, że tylko BCC nagrało płytę stricte w tym stylu, a pozostałe dwie tylko w jakiś tam sposób się odnosiły do przeszłości. Nie zmienia to jednak faktu, że da się tak grać w sposób przystępny i ciekawy. W przypadku Voodoo Circle trzeba przyznać, że wspięli się oni na swoje wyżyny na poziom tak wysoki, że strach pomyśleć, co będzie dalej. Płyta wysmakowana do granic możliwości. Po prostu piękna. Z pewnością będzie wysoko w podsumowaniach roku 2011. W tej chwili jest to dla mnie moja płyta roku. Polecam gorąco wszystkim fanom dobrego, klasycznego grania. Naprawdę nikt nie powinien być zawiedziony. Ocena maksymalna.

Oficjalna strona zespołu: www.voodoocircle.de

Vincent
luty 2011