Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

Von Groove - Von Groove [1992]
Wydawca: Chrysalis Records / EMI / Capitol

  1. Once Is Not Enough
  2. Better Than Ever
  3. Can’t Get Too Much
  4. Once In A Lifetime
  5. Every Beat Of My Heart
  6. House Of Dreams
  7. C’Mon, C’Mon
  8. All The Way Down
  9. Arianne
  10. Slave To Sin
  11. Love Keeps Bringing Me Home
  12. Smaug
  13. Sweet Pain
Von Groove

Skład: Michael Shotton - śpiew, perkusja; Mladen - gitara, mandolina, chórki; Matthew Gerrard - gitara basowa, instrumenty klawiszowe, programowanie, chórki
Gościnnie: Scott Humphrey - instrumenty klawiszowe; Dean Castronovo - perkusja w [1, 4, 5 i 6]; Norm Arnold - instrumenty perkusyjne; Tommy Funderburke, Al Langdale, Grant Cummings, John Metherell, Steve McPhail – chórki

Produkcja: Von Groove i Richie Zito

Kanadyjskie trio Von Groove znają w Polsce chyba jedynie zaprzysięgli fani melodyjnego hard rocka. Pewnie jest to spowodowane faktem, że grupa zadebiutowała na muzycznym rynku dość późno (w 1992 roku), a to co miała do zaproponowania, miało się nijak do modnych wówczas, dołujących utworów spod znaku grunge. Dlatego też nie doczekała się większego rozgłosu, mimo że ze wszech miar na niego zasługiwała. W niniejszej recenzji postaram się w miarę obiektywnie (choć przychodzi mi to z ogromną trudnością) opisać jej eponimiczny debiut.

Piosenki Kanadyjczyków rozkładają na łopatki od pierwszych taktów. Artyści postanowili bowiem wymieszać i zmiksować ze sobą najlepsze elementy obecne w dokonaniach takich tuzów jak Winger, Danger Danger, Firehouse, Lynch Mob oraz trochę mniej sławnych, choć zacnych ekip, jak Tyketto czy Heaven’s Edge. Większość numerów zbudowano na kontraście gładkich, niekiedy ocierających się o AOR melodii i specyficznego wokalu Michaela Shottona (który można określić jako hybrydę Kipa Wingera i Marka Evansa ze wspomnianego Heaven’s Edge) z kąśliwymi, dość ostrymi gitarowymi zagrywkami Mladena i soczystą pracą perkusji. Po odpaleniu płyty słyszymy damski głos, namawiający do... no właśnie, do tego, co sugeruje nieprzypadkowy tytuł Once Is Not Enough. Ten kawałek to żartobliwy, radosny, kipiący młodzieńczym entuzjazmem party rock, swoimi świetnymi riffami i całą konstrukcją przypominający nieco wykwity z "jedynki" Danger Danger. Better Than Ever również bezkompromisowo zanurza się w estetyce lat 80-ych; tym razem jest to ballada, nie mająca jednak nic wspólnego z pościelówą, a to za sprawą zdecydowanego, mocnego motywu gitarowego, na którym ją osadzono. Te zagrywki zderzają się z popisowo zaśpiewaną, błyskawicznie wpadającą w ucho melodią. Rozkołysane, funkowe rytmy i żywa sekcja rytmiczna w Can’t Get Too Much w połączeniu z trochę połamanymi riffami, a także charakterystyczne przejście w mostku muszą nasuwać skojarzenia z twórczością Winger; trzeba przyznać, że numer zagrano na tyle dobrze, że Kanadyjczycy wychodzą z tego porównania obronną ręką. A dalej zespół przymila się płci pięknej balladą-cudem, przepiękną Once In A Lifetime, w której akustyczne gitary i pseudo-smyczki doskonale uzupełniają pełną pasji i szczerych emocji melodię. Co zaskakujące, ani w tych wokalizach, ani nawet w słodziutkim solo na mandolinie nie wyczuwa się, żeby cokolwiek grano tu na siłę (co było częstą przypadłością power ballad). Coś takiego mogliby napisać muzycy Firehouse, gdyby wznieśli się na wyżyny swoich możliwości... Mający średnie tempo i aksamitne wokalizy Every Beat Of My Heart, jest dalej niby hardrockowy, ale przez ten styl śpiewania zahacza już mocno o AOR. Poprzez scalenie spokojnego wokalu z mocnym riffem przewodnim kojarzy mi się z numerami z debiutanckiego albumu Tyketto. Poziom krążka nie spada w dół nawet o centymetr w kolejnym potencjalnym hicie, House Of Dreams. Tym razem metalicznie brzmiące riffy i specyficzne, nieco tajemnicze motywy, przewijające się we wstępie, po drugim refrenie i w outro, brzmią jakby wyszły spod palców George’a Lyncha. Biorąc pod uwagę, jak rasowo je odegrano, tej kompozycji nie powstydziłby się ani Dokken, ani Lynch Mob. Imprezowy, zawadiacki i żwawszy C’Mon C’Mon utwierdza w przekonaniu, że muzycy chcieli umiejętnie żonglować nastrojami, tak żeby słuchacz, broń Boże, się nie znudził. Ze znakomitym efektem, gdyż połączenie "dangerowego" śpiewu i solo z trochę surowymi riffami a’la wczesne Lillian Axe zmusza do podrygiwania. W All The Way Down kapela powraca do huśtającej, "wingerowej" estetyki, znanej z pierwszych dwóch płyt Kipa i spółki. Doskonałym pomysłem było tu dopasowanie zagrywek slide do pulsującej gry sekcji rytmicznej, jak również bezczelnie rockandrollowe przyspieszenie w finale. W kolejnej balladzie, Arianne, cukierkowa zwrotka szybko ustępuje miejsca łatwemu do zapamiętania i na szczęście znacznie mocniejszemu refrenowi. A solo pasuje tu jak dobrze dobrany krawat do garnituru. Skradający się, "tupiący" rytm Slave To Sin idealnie spleciono z rozwijającą się powoli melodią, prostym riffem i klasowym solo (który to już raz?). Wyczuwalna pogoda ducha tria przechodzi tu na słuchacza, momentalnie odprężając. W Love Keeps Bringing Me Home kanadyjska załoga jeszcze raz uderza w tony liryczne. I znowu wygrywa, co zawdzięcza głównie wokalnemu talentowi Michaela Shottona, niepospolitemu wyczuciu Mladena oraz kapitalnym chórkom. W instrumentalnym Smaug chłopaki sobie trochę pofolgowali, pokazując, że jako instrumentaliści nie wyszli sroce spod ogona. Nagrali dziwacznie pokręcony gitarowy motyw przewodni, łamiąc rytm i w kilku momentach okraszając całość niespodziewanymi popisami na basie (co przywodzi na myśl wyczyny Extreme). A na deser pozostawiono nam opowiadający o nietypowej obsesji Sweet Pain, ze wspaniałymi riffami, z lekka przypominającymi te z kawałków Ratt, chociaż pod względem linii melodycznej to inna bajka. Bardzo spodobało mi się tu zwolnienie po drugim refrenie z atmosferycznymi klawiszami i ciekawie zaaranżowane outro. Niby prosty refren powtarzałem sobie długo po zakończeniu krążka.

Niektórzy miłośnicy melodyjnego hard rocka piszą na forach, że pierwsza odsłona twórczości Von Groove to pozbawiony słabych punktów, absolutny klasyk. Zwykle takie opinie są przesadzone, ale w tym przypadku muszę się z nimi zgodzić. Odpalając tę płytę naciśniecie spust, a nabój z muzycznym ładunkiem Kanadyjczyków trafi w Wasze serca i na długo w nich pozostanie. Satysfakcja gwarantowana!

Oficjalna strona zespołu: www.virtualnoise.com/vongroove
Oficjalny profi na MySpace: www.myspace.com/vongroove1

Hardlover
czerwiec 2010