Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

VICTORY - Culture Killed The Native [1989]
Wydawca: Metronome / Rhino / Rampage / WEA

  1. More And More
  2. Never Satisfied
  3. Don’t Tell No Lies
  4. Always The Same
  5. Power Strikes The Earth
  6. Lost In The Night
  7. On The Loose
  8. Let It Rock On
  9. So They Run
  10. Standing On The Edge Of Time
  11. The Warning
  12. Into The Darkness
Culture Killed The Native

Skład: Herman Frank - gitary; Fernando Garcia - śpiew; Fargo Peter Knorn - gitara basowa; Tommy Newton - gitary; Fritz Randow - perkusja

Produkcja: Albert Boekholt

Niemiecka formacja Victory nie funkcjonuje w powszechnej świadomości jako jeden z gigantów lat '80, a szkoda, bo na taką opinię grupa solidnie sobie zapracowała. Po nagraniu kilku udanych albumów i ryzykownej wolcie ze zmianą gardłowego muzycy zaprezentowali światu nieco inny materiał, podnosząc poprzeczkę jeszcze wyżej. Idąc w ślady swoich amerykańskich kolegów, Victory wykorzystało znane w hardrocku i hair metalu pomysły, unikając jednak ich prostego kopiowania i nadając im własny, rozpoznawalny charakter.

Wbrew malkontentom zmiana wokalisty (Charliego Kuhna zastąpił Fernando Garcia) okazała się strzałem w dziesiątkę. Garcia, będący wokalną hybrydą Joe Elliotta i Anthony’ego Cordella z Tora Tora, śpiewa bardziej melodyjnie i doskonale odnajduje się w nowym repertuarze zespołu, który w porównaniu z materiałem zawartym na wcześniejszych płytach jest nieco bardziej wygładzony, melodyjny, komercyjny. Nie oznacza to jednak, że kapela zrezygnowała z drapieżności. Duet gitarzystów - Herman Frank i Tommy Newton - sprawia, że po prostu czuje się, że muzyka wykonywana przez Victory wyrasta wprost z heavy metalu. Dzieje się tak dlatego, że zagrane na albumie riffy przypominają te z kawałków Accept, czasem również Lion lub wolniejszego Leatherwolf, a współtworzone przez gitarę prowadzącą tła i solówki w jeszcze większym stopniu uświadamiają, że mamy do czynienia z rasowym hard n’ heavy. Jeśli chodzi o poszczególne utwory, właściwie każdy z nich stanowi gotowy materiał na radiowy hit. Już znajdujący się na samym początku, mocno hairmetalowy More And More musi wprowadzać w dobry nastrój. Słychać w nim wszystkie patenty, zastosowane z powodzeniem na całym longplayu - znakomite, marszowe riffy, idealne przejścia między poszczególnymi elementami utworu, krótką, lecz ognistą solówkę. Ten kawałek okazuje się być jedynie preludium do tego, co będzie się działo dalej. Never Satisfied na poziomie struktury i melodii ma w sobie sporo zapożyczeń z Tora Tora i Def Leppard - widać, że chłopaki pozazdrościli ekipie Elliotta Pour Some Sugar On Me i postanowili stworzyć coś równie rajcującego, ale na turbodoładowaniu (znów ze świetną współpracą gitar). Jakoś zupełnie nie przeszkadza mi, że numer bazuje na hairmetalowych kliszach. Oparty na bluesującym rytmie Don’t Tell No Lies to jeden z nieśmiertelnych klasyków zespołu, ze świetnymi: melodią i chórkami, współtworzącymi refren. Garcia może wielkim gardłowym nie jest, ale śpiewać naprawdę potrafi i nie stara się zanadto szarżować. Jest prosto, ale bardzo melodyjnie i chyba o to chodziło. W kolejnym numerze jest już ostrzej, gitary pracują jak w Accept lub nawet w Lion, a wokalista wyśpiewuje kolejny rewelacyjny utwór. W Always The Same zwraca też uwagę urozmaicona solówka zagrana z elementami tappingu. Popisowy Power Strikes The Earth ma w sobie dużo z solowych dokonań Davida Lee Rotha - ten sam zadziorny wokal w zwrotce, charakterystyczne chorusy i przejścia, rockandrollowe, nieco "vanhalenowskie" riffy. Prawdziwa to perełka, a za nią znajduje się następna. Mowa oczywiście o wspaniałej power balladzie Lost In The Night z niezapomnianą melodią, kojarzącą się trochę ze Scorpions (w zwrotce), a trochę z Vinnie Vincent Invasion (w przedrefrenie). Refren jest tu po prostu taki, że chciałoby się śpiewać na jakimś koncercie z zapaloną świeczką w dłoni. Jednym z najoryginalniejszych utworów na albumie jest z pewnością On The Loose, rozpoczynający się w łagodnym, nieco melancholijnym tonie, współtworzonym przez gitarę i klawiszowe tło, by potem przejść w klasowy superprzebój w średnim tempie. Właściwie popowy rytm wygrywany przez perkusję łączy się w sposób doskonały z riffami. To jeden z najmocniejszych punktów całej płyty (obok Don't Tell No Lies, Power Strikes The Air i Lost In The Night), zresztą czy w ogóle są jakieś słabe? Jej dalsza część dowodzi, że nie! Po kilku spokojniejszych chwilach grupa serwuje nam mocniejszego rockera w postaci Let It Rock On. Przyznam, ze tym razem zwrotka (mająca trochę wspólnego z MSG) jest lepsza od refrenu, jednak całości znów słucha się dobrze, może dzięki "lionopodobnym" riffom i solówce z popisowym shreddingiem. Dostojnie kroczący So They Run ma w sobie coś z dokonań Scorpions, zwłaszcza w refrenie współtworzonym przez obsługującego mikrofon Garcię i chórki; podobać może się tu również bridge. Wesoły Standing On The Edge Of Time jest z kolei hybrydą twórczości wczesnego Def Leppard (zwłaszcza w zwrotce, w której Garcia śpiewa podobnie do Elliotta) i Van Halen, zrobioną z premedytacją, ale bardzo melodyjną, w sam raz do puszczenia sobie podczas jazdy samochodem. The Warning z bombastycznymi riffami najlepiej opisuje stwierdzenie "Leatherwolf spotyka Fifth Angel" i myślę, że jest to świetna rekomendacja dla tej chwytliwej piosenki. Płytę kończy mocny akcent w postaci Into The Darkness, w którym rajcująca jest przede wszystkim współpraca gitar (partie wygrywane przez gitarę prowadzącą umiejętnie podbarwiają dynamiczne riffy, czyli znowu jak w Fifth Angel); po dość przeciętnej zwrotce mamy eksplozję radości w postaci prostego, chociaż wyśpiewanego ze stadionową mocą, refrenu.

Opisywany album jest - nie waham się użyć tego określenia - komercyjnym dziełem. Zrobionym z premedytacją, niby prostym, ale za to niesłychanie przebojowym, czadowym i w zasadzie pozbawionym jakichkolwiek słabych punktów. Z czystym sumieniem stawiam go na półce z najlepszymi albumami nie tylko roku 1989, ale też całej tamtej dekady. To jedna z tych płyt, które od razu po pierwszym przesłuchaniu ma się ochotę odtworzyć jeszcze raz. I jeszcze raz... Wyszedłby z tego całkiem przyjemny "Dzień Świstaka".

Oficjalna strona zespołu: www.victory-music.com

Hardlover
marzec 2009