Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

VENOM - Temples Of Ice [1991]
Wydawca: Under One Flag

  1. Tribes
  2. Even in Heaven
  3. Trinity MCMXLV 0530
  4. In Memory Of (Paul Miller 1964–90)
  5. Faerie Tale
  6. Playtime
  7. Acid
  8. Arachnid
  9. Speed King
  10. Temples Of Ice
Temples Of Ice'

Skład: Tony "Demolition Man" Dolan - śpiew, gitara basowa; Jeff "Mantas" Dunn - gitara; Al Barnes - gitara; Anthony "Abaddon" Bray - perkusja

Produkcja: Kevin Ridley i Venom

Venom to kontrowersyjny zespół. Może nie tak kontrowersyjny jak Manowar, jednak wielu krytyków muzycznych zarzucało im, że "nie potrafią grać", że pozują na satanistów nie przykładając wielkiej wagi do zawartości muzycznej swoich płyt. Mimo tej krytyki debiutancki krążek Welcome To Hell zdobył uznanie wśród wielu fanów metalu, także tych, którzy później wystartowali z własnymi zespołami.

Drugi album także osiągnął status kultowego i dał początek gatunkowi nazwanemu od tytułu tej płyty black metalem. Późniejsze wydawnictwa nie zyskały już takiego uznania, co nie znaczy, że jakość kawałków Venom uległa pogorszeniu. Wręcz przeciwnie. Złośliwi powiedzieliby, że chłopaki nauczyli się w końcu grać. Co prawda ze składu znanego z debiutu na Temples Of Ice gra tylko dwóch muzyków, a od czasów Calm Before The Storm grupa poszerzyła skład o drugiego gitarzystę, ale trzeba przyznać, że progres po dekadzie występów jest znaczący. Album otwiera szybki, agresywny, ale i melodyjny Tribes. Kawałek przypomina trochę kompozycje z Calm Before The Storm, ale brzmi znacznie lepiej. Poza tym mamy tutaj solówkę zagraną na gitarze basowej, co nie zdarza się często w metalu. Mimo że w zespole nie ma już Cronosa, jego następca Dolan doskonale wpisuje się w charakterystykę wokali Venom. Sprawdził się już na Prime Evil, tutaj po prostu kontynuuje stare tradycje. Jak ktoś lubi Motörhead, to myślę, że znajdzie na tej płycie coś dla siebie. Jeśli lubi Iron Maiden, także. No właśnie, gitara basowa w wielu momentach wygrywa w stylu, z jakiego słynie Steve Harris. Doskonale słychać to w In Memory Of, utworze klasycznie metalowym, który powinien zatkać usta krytykom. Kawałki Even In Heaven i Trinity przynajmniej przy pierwszym odsłuchu nie specjalnie zapadają w pamięć, niemniej jednak pierwszy z nich to taki mały venomowy majstersztyk. W jakim punkcie były ówczesne grupy black metalowe? Czy aby zapomniały o tym, że metal tak naprawdę wywodzi się w prostej linii od hard rocka? Najlepszym i najbardziej przebojowym fragmentem płyty jest Faerie Tale, kompozycja bardzo melodyjna (jak na Venom to niemal ballada, chociaż oczywiście nie jest to nagranie w stylu Clarrise z The Waste Lands). Utwór można śmiało nazwać hard rockiem. Tony śpiewa nieco inaczej w zwrotce. Używa swojego naturalnego głosu i brzmi to prawie jak melodeklamacja. Playtime to kawał rocka dla starych zboczuchów, w sumie numer w stylu znanym z płyty Possessed, więc jednym się spodoba, inni stwierdzą, że kwasowych kawałków wystarczająco było na tamtym albumie. A propos kwasu. Acid rozpoczynają jakieś śmieszne sample kojarzone z muzyką disco. Później jest już metal. Szablonowy, ale całkiem niezły. W Arachnid niestety już trochę gorzej. Zespół łoji jak zwykle, ale czegoś tutaj brak. Speed King to cover grupy Deep Purple i muszę przyznać, że zrobiony jest z prawdziwym jajem. Widać, że to prawdziwe fascynacje muzyków i nie sądzę, by chłopaki z Venom chcieli mieć w owym czasie cokolwiek wspólnego z grupami pokroju Mayhem. Na koniec kawał porządnego, dobrze zaaranżowego metalu w postaci utworu Temples Of Ice. Pierwsza klasa. Potężne brzmienie i swego rodzaju rozmach obrazują nam ambicje muzykow do tworzenia bardziej monumentalnych, podniosłych numerów. W sumie nie ma to nic wspólnego z wcześniejszą twórczością zespołu, natomiast w późniejszym okresie znajdziemy podobne kawałki.

I tak kończy się ten album, niezbyt długi, bo trwający niespełna 40 minut, ale wydaje mi się, że wystarczy to, by docenić w końcu klasę Venoma. Nie ma tu żadnego black metalu, natomiast mamy sporą dawkę energetycznego acz klasycznego metalu, jak na Venom bardzo melodyjnego i co najważnejsze - nie chaotycznego. Ile bym dał, by któryś ze współczesnych metalowych zespołów coś takiego nagrał. W sumie wirtuozerii tutaj nie ma, ale jest moc i melodia. Mnie to wystarczy.

Oficjalna strona zespołu: www.venomslegions.com

LSDisease
grudzień 2009