|
Skład: Nick Workman - śpiew; Tom Martin - gitary; James Martin - instrumenty klawiszowe; Dan Chantrey - perkusja
Produkcja: John Greatwood
Fani melodyjnych odmian muzyki rockowej mogą się poczuć rozpieszczeni przez Anno Domini 2010. W roku tym wyszła cała masa dobrych albumów w takich gatunkach jak AOR czy melodyjny hard rock, a do szeregu godnych uwagi wykonawców dołącza u progu roku projekt o nazwie Vega.
Pod nazwą Vega ukrywa się kilka znanych nazwisk z kręgu melodyjnego rocka. Przede wszystkim mamy tu kompozytorską parę braci Toma Martina i Jamesa Martina, którzy współpracowali już z House Of Lords, Tedem Poleyem (Danger Danger), Khymerą i Sunstorm. Wspomagają ich wokalista Nick Workman (ex- Kick, Eden) oraz długoletni przyjaciel braci, perkusista Dan Chantery (ex- Kryah, The Station Club). Bracia Martinowie spotkali Workmana dziesięć lat temu i planowali współpracować z nim już wczesniej, jednak okazja ku temu nadażyła się dopiero w maju 2009 r., kiedy to podczas rockowego festiwalu w Wielkiej Brytanii muzycy mieli okazję pogadać o filmach, muzyce i tym podobnych sprawach, wreszcie o wspólnym graniu. Następnego dnia powstało Vega. Grupa skomponowała 25 piosenek, z czego finalnie na debiutancki album wybrano 12 najlepszych. Produkcję dzieła powierzono Johnowi Greatwoodowi, który ma na swym koncie wiele wyprodukowanych krążków i singli szturmujacych europejskie listy przebojów, natomiast nie powinno być też zaskoczeniem, że masteringiem zajął się Dennis Ward, dyżurny technik wytwórni Frontiers Records. Przedpremierowa notka prasowa towarzysząca wydaniu płyty Kiss Of Life głosiła, że materiał ma oscylować wokół klasycznych nagrań Bon Jovi i Def Leppard oraz zawierać pewne nawiązania do U2 i Journey. Po zapoznaniu się z wydawnictwem mogę stwierdzić, że jest raczej odwrotnie - dominują te dwie ostatnie kapele, a wpływy dwóch pierwszych są tylko jak przyprawa do dania głównego. Słychać to już w otwierającym album nagraniu zatytułowanym Into The Wild. Można sobie wyobrazić granie na wzór Journey (podkłady i refreny), do którego domiksowano nieco linii wokalnych z U2 (słyszalne jest to szczególnie w zwrotkach i w niektórych momentach podkładów). Z Bon Jovi czy Leppardów tym razem ani grama. Utwór bardzo przebojowy i jeszcze 20 lat temu miałby szansę zawojować stacje radiowe. W tytułowym Kiss Of Life od początku dominują wpływy wspomnianych Irlandczyków, chociaż w refrenach zaczynają wkradać się aranżacje na wzór Bon Jovi z czasów płyty Slippery When Wet. Główną zasługę tego stanu rzeczy ponoszą charakterystycznie aranżowane instrumenty klawiszowe i sekcja rytmiczna. Pomijając może wstęp, sam numer jest nadzwyczaj dobry i ma fajną, nastrojową solówkę. One Of A Kind podoba mi się już choćby z tego powodu, że jego pierwsze nuty przypominają mi o utworze Anytime Anywhere Gottharda. Dalej jakieś dyskretne nawiązania do Def Leppard, ale naprawdę trzeba wytężać ucho, by je dosłyszeć. Wiadomo, dużo robią wokale, a te akurat Joe Elliotta nie przypominają, za to, gdy się wsłuchać, słychać leppardowskie rytmy (pogłosy gitar itp.) z domieszką Journey. Zobaczmy, czy muzykom starczy pary na więcej kompozycji. Staring At The Sun to klimatyczny AOR, w którym również doszukać można się nawiązań do wspominanych wcześniej wykonawców. Wpadające w ucho melodie są mocno wzbogacane odpowiednim brzmieniem. Oczywiście mam świadomość, że gdyby wszystko było zagrane na brzmieniu prosto z garażu, cała magia mogłaby gdzieś uciec, ale nie ma co sobie zawracać głowy takimi rozważaniami, bo grający tu muzycy amatorami nie są i nie pozwolą sobie na takie lapsusy. Dalej mamy balladę Too Young For Wings, która jakoś nieszczególnie do mnie przemawia. Jest wprawdzie poprawna, ale brak w niej czegoś porywajacego. Ostateczny osąd zostawiam amatorom pościelówek. Może się podobać kolejne Another, zwłaszcza gdy ktoś lubi miksowanie Bon Jovi z Journey, względnie z niewielka domieszką TNT i paru kapel AOR-owych. Ja tu mam mieszane odczucia, niektóre momenty do mnie trafiają, do innych zaczynam się pomału z czasem przekonywać. Przy Headlights panowie przypomnieli sobie, że mieli grać również pod U2. Wsłuchując się w tę piosenkę można łatwo wyobrazić sobie, jak może brzmieć AOR, gdy dołoży się do niego śpiewanie w stylu tej irlandziej kapeli. Niech to diabli, łapię sie na tym, że mi się takie granie podoba. Może to oznaki "wymiękania" na stare lata ;). Hearts Of Glass to też fajny numer, odnajduję w nim jakieś echa po Aviatorze i Boulevard, ale też mamy tu coś z nowszych ekip, chociażby z Brother Firetribe. Możliwe, że moje skojarzenia wywołuje sposób obsługi klawiszy, kto wie... Tę kompozycję również uważam za udaną. Następne w zestawie jest Stay With Me. W sumie to dość typowy AOR, ale gdzieniegdzie znów daje o sobie znać U2 (względnie The Cure tym razem, bo ich wokalista też miewal podobną barwę głosu i podobnie artykułował dźwięki), co przenosi piosenkę w nieco inny wymiar. Na kolana nie upadnę, ale z chęcią posłucham. Wonderland to bardziej dynamiczna kompozycja, ale również z bardzo malowniczym tlem, jakie często towarzyszy nagraniom z tego krążka. Tutaj doszukałbym się też wpływów The Cure , R.E.M. i Sisters Of Mercy, może to przez to brzmienie... Jeszcze jedna ballada na płycie - What It Takes. Cóż, nie jest to mój typ pościelówki, myślę natomiast, że spodoba sie ona po prostu fanom AOR-u jako takiego. Ostatnim utworem w secie jest S.O.S.. Piosenka niewątpliwie udana, choć nieszczególnie porywająca. Nawet po kilku przesłuchaniach ciężko utrzymać ja w pamięci, nie dorównuje po prostu większości nagrań z tego wydawnictwa. No, ale jest na samym końcu, jakby ukryta, więc nie ma się co czepiać.
Płyta powinna spodobać się sympatykom Journey i U2, fanom ogólnie pojętego AOR-u i melodic rocka. Wbrew zapowiedziom niewiele tu z wczesnego Bon Jovi, a jeszcze mniej lub prawie nic z Def Leppard. Album godny polecenia miłośnikom melodyjnego, nastrojowego grania.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/vegaofficia
Guitarrizer listopad 2010
|