|
Skład: David Lee Roth - śpiew; Alex Van Halen - perkusja; Eddie Van Halen - gitary, chórki; Michael Anthony - gitara basowa, chórki
Produkcja: Ted Templeman
Amerykańska grupa Van Halen hard rocka wprawdzie nie wymyśliła, ale pchnęła ten gatunek w nieco inny kierunek stylistyczny. Wszyscy wiemy, jak wyglądał hard rock prezentowany przez Led Zeppelin, Deep Purple czy KISS. Wielu muzykologów uważa, że ten ostatni i właśnie Van Halen przyczyniło się do powstania tzw. hair metalu, mainstreamu hard rocka lat '80. Osobiście nawet większą zasługę ku temu przypisywałbym bardziej ekipie Eddiego. Studiując dźwięki tej epoki przemożny wpływ "architekta tappingu" łatwo dostrzec można w twróczości takich zespołów jak Ratt czy White Lion, nie wspominając już o powstaniu Guitar Oriented Rocka.
Sam poznałem muzykę Van Halena dość późno, bo gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Wprawdzie samą nazwę słyszałem gdzieś wcześniej, niemniej jednak zainteresowałem się tą kapelą dopiero po usłyszeniu koncertowej wersji Eruption. Co Eddie tam wyprawiał, to był szok dla młodego gitarzysty, jakim wtedy byłem... Od razu pobiegłem do sklepu i zakupiłem "jedynkę" w formie kasetowej, bo kompakty z taką muzą nie były jeszcze tak łatwo dostępne, jak kilka lat później. Słuchając teraz tej płyty próbuję sobie przypomnieć, co wtedy czułem. Przede wszystkim znałem już takich wioślarzy jak Satriani i Vai, ale mialem świadomość, że Eddie wynurzył się conajmniej kilka lat przed nimi, to on był prekursorem wirtuozyjnego grania. Tym bardziej szanowałem więc Edwarda. Rok 1978 i takie dźwięki... Już otwierające album Runnin' With The Devil zadziwia przede wszystkim doskonałym poziomem technicznym. Tłumienia strun, sztuczne flażolety, dźwięki wyciszane potencjometrem głośności, podciąganie strun i co tam jeszcze. Niewątpliwie Eddie połączył tutaj pomysłowość Hendriksa z dążeniem do perfekcji wykonawczej, co, jak już wiadomo, odbiło się na całej kolejnej dekadzie. Głos Lee Rotha jakoś szczególnie mnie nigdy nie zachwycał, z drugiej strony i tak wolę jego niż Sammy'ego Hagara. Rozumiem jednak, że w roli showmana Lee Roth spisywał się znakomicie i jego popisy były dość istotnym elementem występów na żywo. Dalej dochodzimy do wspomnianego już Eruption. No tym kawałkiem to Eddie "pozabijał" wszystkich ówczesnych gitarzystów i nadal zabija niejednego. Szybkie kostkowanie, precyzyjne jak wysokoobrotowa wiertarka, flażolety, no i legendarny pokaz tappingu - techniki oburęcznego legato z odpowiednim dodatkiem pogłosu, to po prostu musi robić wrażenie. Szkoda tylko, że sama kompozycja nie trwa nawet dwóch minut. Na krążku zamieszczono dwa covery, z czego jeden to You Really Got Me z repertuaru The Kinks, dalekich prekursorów hard rockowego grania. Tutaj całość zagrana została nieco ostrzej, co jest zrozumiałe, bo musiało to pasować pod względem stylistyki do reszty albumu. Z równie zrozumiałych względów Edek dorzucił tu nieco właściwej sobie pirotechniki, ostatecznie wydaje mi się, że ta wersja jest lepsza od oryginału. Kolejny dynamit na płycie wybucha w postaci Ain't Talkin' 'Bout Love. Młodsza część sluchaczy zna motyw przewodni przerobiony przez Apollo 440 pod podobnym tytułem, ale tutaj oryginał to poprostu dzieło sztuki. Tematyka miłosna, a jakże, w końcu to już tradycyjny motyw w piosenkach rockowych i pewnie tak pozostanie jeszcze przez wiele lat. Znowu Eddie pokazał światu, ile można zdziałać jedną tylko gitarą. Tak, ja też jestem zdania, że co dwie gitary (lub gitara + klawisze) to nie jedna, ale tutaj wszystko dobrze brzmi dokładnie tak jak jest, nadprodukcja mogłaby tylko zaszkodzić. Na uwagę zasługuje też ciekawa praca sekcji rytmicznej, zwłaszcza że partia basu nie gra unisono z gitarą. Ktoś kiedyś powiedział, ze Alex Van Halen to jeden z najbardziej niedocenionych perkusistów na świecie i miał pewnie rację. Zespół nie gra muzyki typowo rytmicznej, główna rolę odgrywa tu gitara, a perkusista ma po prostu robić swoje.. i Alex swoje robi dobrze. Wspaniały riff z zakręconą gitarą to baza I'm The One. Kawałek ma coś w sobie, bo kilka lat później bardzo wiele formacji miało podobne w swoim repertuarze. Tempo zdecydowanie szybkie, z galopującą perkusją, solidna porcja szaleńczego rock'n'rolla. W drugiej połowie numeru jeszcze mały przejaw poczucia humoru muzyków, czyli wstawka zaczerpnięta z muzyki, hmm, kabaretowej(?). "Skradające się" dźwięki to z kolei podstawa rytmicznej kompozycji Jamie's Cryin'. Jest on raczej z gatunku tych wolniejszych, co oczywiście nie znaczy, że z gorszych, ba, to jedna z moich ulubionych piosenek z tego krążka. Wszystko wypada znakomicie tak jak jest, jednak moim zdaniem tutaj przydałaby się druga gitara dla wzmocnienia brzmienia. Atomic Punk brzmi znajomo, ale to dlatego, że później wiele grup nagrywało podobne numery. Piosenka łączy ze sobą wpływy kilku epok, z jednej strony słychać tu echa takich zespołów jak Cream czy The Who (zwlaszcza w partiach gitary basowej), z drugiej trochę tu tego, co później usłyszymy w White Lion. Wspaniały riff otwiera Feel Your Love Tonight, dalej jest już różnie. Można tu wyczuć pewne specyficzne maniery wokalne Davida Lee Rotha, znane z jego solowych wydawnictw (chronologicznie późniejszych, rzecz jasna), co nie do końca trafia w mój gust. W porównaniu z wcześniejszymi kawałkami pozycja raczej słabsza, ale za to wyśmienita solówka. Coś w rodzaju pół-ballady mamy w Little Dreamer, jest to zarazem powrót do dobrej formy zespołu z początku albumu. Nawet Lee Roth wypada tu świetnie. Ponownie słychać, że przydałaby się druga gitara w zespole, zwłaszcza w momencie, gdy Eddie gra solo. Sam podkład z basu i perkusji sprawia wrażenie niewystarczającego. Drugi cover na krążku to Ice Cream Man, pozycja zapożyczona od Johna Brima. Jest to taki bluesior podany w sposób rozrywkowy, może nawet w swej dalszej fazie nieco musicalowy. Całości dopełnia ponownie wysoko oktanowe solo Van Halena młodszego. Na samym końcu mamy dość ostry numer, prawie że heavy metalowy - On Fire. Pomijając juz popisy gitarzysty, na uwagę zasługują wokale Lee Rotha. Zmienia on barwę swego głosu kilkukrotnie, co daje efekt dość schizofreniczny, bo słyszymy dźwięki i dość niskie i dość wysokie. W sumie bardzo udany eksperyment. Główna siła tego krążka leży moim zdaniem w tym, że poszczególne kompozycje są względnie różnorodne, tempa w zasadzie się nie powtarzają, same utwory są w rożny sposób zaaranżowane.
Biorąc pod uwagę rewolucyjność tej płyty i jej wpływ na rozwój muzyki hard rockowej jest to pozycja bezdyskusyjnie obowiązkowa w płytotece każdego jej fana. Polecam szczególnie jej zremasterowaną wersję na CD, bo naprawdę warta jest swojej ceny. Inżynierom dźwięku odpowiedzialnym za ten remastering należą się osobne brawa i wyrazy uznania. Dzięki temu procesowi album nadal skutecznie konkuruje z wydawnictwami współczesnymi, a z wieloma z nich bezsprzecznie wygrywa.
Oficjalna strona zespołu: www.van-halen.com
Guitarrizer sierpień 2007
|