Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

VAN DER GRAAF GENERATOR - Godbluff [1975]
Wydawca: Caroline / Virgin Records / EMI Japan

  1. The Undercover Man
  2. Scorched Earth
  3. Arrow
  4. The Sleepwalkers
  5. Forsaken Garden's (live) [bonus na remasterze]
  6. A Louse Is Not A Home (live) [bonus na remasterze]
Godbluff

Skład: Peter Hammill - śpiew, pianino, clavinet, gitara elektryczna; Hugh Banton - organy, pedały basowe, gitara basowa; Guy Evans - perkusja i instrumenty perkusyjne; David Jackson - saksofony, flet

Produkcja: Van Der Graaf Generator

W 1975 roku grupa Van Der Graaf Generator powróciła po długiej jak na owe czasy 4 letniej przerwie wydawniczej. Mimo że Peter Hammill wydał w międzyczasie kilka solowych płyt, żadna z nich nie dorównała Pawn Hearts, albumowi zdawałoby się nie do pobicia. Jednak muzycy zaskoczyli swoich fanów tak bardzo, że wielu z nich do dzisiaj uważa ten drugi etap działalności zespołu za lepszy niż pierwszy. Stało się to paradoksalnie mimo słabej kondycji rocka progresywnego w drugiej połowie lat '70 ubiegłego wieku. Pierwszą odsłoną wznowionego Generatora jest album Godbluff, przez wielu uważany za ich największe osiągnięcie, w tym przez niżej podpisanego.

Płyta składa się z czterech długich kompozycji, które zawierają niespełna 38 minut muzyki, a więc nie jest to jakieś przesadne wciąganie słuchacza w otchłań dźwięku, jak zrobiła choćby grupa Yes nagrywając 4 epickie w swoim rozmachu części na słynny album Tales From Topographic Oceans. Muzyka na Godbluff zawiera te same elementy, które zespół prezentował na wcześniejszych krążkach, tyle że tutaj udało się to wszystko na tyle uporządkować, że praktycznie nie ma improwizowanych partii (wyjątkiem jest wstęp do utworu Arrow). Kompozycje są zwarte i panuje w nich dyscyplina niczym w utworach Rush. Oczywiście lekkość, z jaką panowie podchodzą do wykonywania tych nagrań, jest wprost niesamowita. Jakże dobrze musieli znać wszystkie jazzrockowe patenty i muzykę klasyczną. Na płycie dominuje umiarkowany patos połączony z rock and rollowymi zagrywkami. Jak dla mnie Van Der Graaf Generator byli mistrzami takiego mariażu i jedynie Emerson Lake And Palmer udało się w tak niegitarowym graniu umieścić tyle rockowego zacięcia. Ale na początek liryczny utwór The Undercover Man. Kawałek przebojowy jak na tego typu granie. Nie ma w nim pędu, nie ma ciężkości. Jest smutny i najkrótszy w zestawie (choć i tak ponad 7 minut). Hammill mimo tego, że muzyka raczej stara się koić zmysły, walczy. Tak w sumie można opisać jego wyczyny na tym albumie. To walka. Walka na śmierć i życie. "Zapora pękła, rozstrzaskała się i zostałeś zalany, nie było powodu by spodziewać się takiej klęski". Peter Hammill. Przez cały album snuje te swoje apokaliptyczne wizje niczym człowiek kompletnie obłąkany. Robi to z pełnym przekonaniem i charyzmą godną lidera rockowego zespołu. Mesjasz rocka, chciałoby się rzec. Ale nie taki jak Jim Morrison. Bardziej teatralny, świadomie dający do zrozumienia, że mamy do czynienia z teatrem. Teatrem bólu i trwogi. Myślę że dzięki takiemu podejściu człowiek ten nagrywa płyty po dzień dziesiejszy, kiedy po szalonym Jimie zostały już tylko wspomnienia. Bez przerwy w muzyce wchodzi numer dwa na płycie, Scorched Earth. Utwór bardziej rozbudowany, z pozoru opowiadający o wojnie, jednak Hammill jak zwykle korzystając z licznych metafor przedstawił swoją wizję walki opartą o desperację i chęć przeżycia (temat poruszany także na płycie World Record w utworze A Place To Survive). Muzycznie grupa brata się tutaj z angielskim folkiem, ale podporządkowuje go agresywnej rockowej stylistyce. Oczywiście to tylko jedno z obliczy tego nagrania, bo momenty wyczekiwania w napięciu też są. Muzyka na sąd ostateczny. Na analogu kończy się tutaj pierwsza strona. Drugą otwiera kawałek Arrow, powinienem raczej rzec, kawał porządnego grania. Utwór rozpoczyna kwasowe intro, w którym prym wiedzie David Jackson i jego saksofon. Dalej mamy kompozycję skonstruowaną w sposób prosty, ale niezwykle przemyślany. Przemyślany na tyle, że prawie 10 minut zlatuje bardzo szybko. Numer rozkręca się dość długo, stąd nie ma poczucia, że coś zostało wymęczone, a pod koniec kompozycji Hammill się już po prostu wydziera. W ogóle jego głos nawet spokojnym fragmentom potrafi nadać ostrości. To niekoniecznie głos faceta z bolącym sercem. Prędzej z bolącą wątrobą od przepicia. Oczywiście Peter potrafi też zaśpiewać płynnie, np. falsetem. Ale Arrow to jego wielki wokalny popis. Głos obłąkanego maniaka wzywającego demony. Cóż, wielu metalowych wokalistów mogło mu pozazdrościć takiej maniery, ale Hammill nie chciał tego wykorzystywać w tak prymitywnej z natury rzeczy muzyce jak metal. Opus magnum albumu i chyba najlepszym utworem w całej twórczości zespołu jest The Sleepwalkers. Najdłuższy na płycie, chociaż nie jest znacząco dłuższy od dwóch wcześniejszych numerów. Jest to utwór wielowątkowy, który w głównym zamyśle dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich przecina go w połowie kaskadą dziwnych dźwięków, które także zamykają całość kompozycji. W pewnym momencie słyszymy fragment 'czaczy' zgrabnie podłożony między bardzo złowrogie dźwięki. No właśnie. Muzyka ma coś z demonicznego folku, ma coś z jazzu, ma też i coś naturalnie z rocka. To posępne, tajemnicze i niezwykle wciągające granie. Peter śpiewa jak nawiedzony balansując na granicy wrzasku. Kawałek opowiada o lunatykach, czy też po prostu ludziach obłąkanych targujących się gdzieś nad przepaścią z demonami. Jeśli wszystko stracone, nic nie zostało poznane, ale jak możemy stracić coś czego nigdy nie posiadaliśmy?" Dziesięć minut z okładem, grozy, tajemniczości i wszystkiego co kojarzy się horrorem, więc jak się zapewne domyślacie, nie polecę tego krążka ludziom lubującym się w piosenkach z klubu Myszki Mickey, chyba że chcą ową myszkę porządnie nastraszyć.

Nie jest to muzyka mainstreamowa, ani nigdy prawdę mówiąc nie była. Nie jest to album, który oczaruje fanów KISS czy Aerosmith. Po prostu ta muza ma inny klimat i jest kierowana do innego odbiorcy. Natomiast jeśli ktoś po progresywnej kapeli spodziewa się wyciszenia i uspokojenia emocji, to także nie jest płyta dla niego. Zatem kto może sięgnąć po ten album? Myślę, że przede wszystkim fani progresu z lat '70 a także wszyscy ci, którzy lubią walki na noże ;). Płyty Godbluff słucha się najlepiej w ciemnym pokoju i przy świecach. Tworzy się wtedy iście grobowy nastrój. Ale sama muzyka oczywiście broni się o każdej porze dnia i nocy. Dla mnie to arcydzieło, jeden z najlepszych albumów w gatunku. A następne dwie płyty Generatora też zasługują na podobne słowa uznania, ale o tym innym razem.

Oficjalna strona zespołu: www.vandergraafgenerator.co.uk

LSDisease
lipiec 2010