|
Skład: Hugo - śpiew; Neil Christopher - perkusja; Adam Holland - gitary; Craig Pullman - instrumenty klawiszowe; Gerard Zappa - gitara basowa
Produkcja: Neil Kernon
Zdobycie debiutu Valentine nie jest zadaniem łatwym. Mój własny egzemplarz dość drogo mnie kosztował (jak to większość "japończyków)", ale na szczęście było warto. W pewnych kręgach album uchodzi za jednego z klasyków przełomu dekad i z pewnością jest obowiązkowym elementem płytoteki szanujących się fanów muzyki AORowej. Czy oznacza to, że debiutancki krążek zespołu Hugo należy do grona najlepszych wydawnictw z tego gatunku? Niekoniecznie. Jest to jednak płyta dobra i zarazem dojrzała.
Album powstawał w bólach, a przed jego wydaniem zespół zrezygnował ze współpracy z Columbia i nawiązał kontakt z wydawnictwem Giant Records. Po wydaniu krążka o Valentine zrobiło się głośno, a ballada Never Said It Was Gonna Be Easy zdobywała liczne wyróżnienia. Brytyjski magazyn Kerrang uznał ją nawet za najlepszą balladę wszechczasów. Wydawnictwo zaczyna się od fenomenalnego, pełnego AORowej żywiołowości Runnin' On Luck Again. Kiedy do gry dochodzą gitary, czuje się, że dzieje się coś niezwykłego. Dobre, zdecydowane riffy są jednak spychane na drugi plan za sprawą ogromnych dawek melodyjności. Co ciekawe, nie ma tutaj ani kropli czegoś, co niektórzy określają mianem "plastiku". Zastanawiać może tylko przydługie,
kosmiczne intro. No Way, chociaż stosunkowo typowe dla epoki, nie przyciąga już tak bardzo mojej uwagi. Fanatycy będą z pewnością zadowoleni. Tears In The Night zaczyna się od przejmujących partii gitary elektrycznej. Całość charakteryzuje się melancholijnym, spokojnym klimatem wzbogacanym delikatnymi dotknięciami klawiszy. Niektórzy widzą tu Journey, ja dostrzegam raczej Bad English, szczególnie w zwrotkach i refrenach. Najbardziej urzeka wspomniany wcześniej klimat. Muzyka Valentine tworzy bardzo delikatny, przyjemny nastrój. Aranżacje typowe dla Bad English są na płycie dość liczne, na szczęście Hugo jest wielokrotnie lepszym wokalistą od Waite'a. Czwarty numer na płycie nosi nazwę Too Much Is Never Enough i może walczyć z Runnin' On Luck Again o miano jednej z lepszych ścieżek na płycie. Brzmienie oraz melodia ponownie są przednie, klawisze bardziej są widoczne i chwilami przypominają wbijane z zaskoczenia igły. Numer momentami zaskakuje, łącząc w sobie orgazmiczne kobiece wzdychanie wraz z gitarą imitującą odgłosy wydawane przez słonia oraz przez inne zwierzęta. Widocznie muzycy dużo czasu spędzali w zoo ;). W końcu przychodzi czas na osławione Never Said It Was Gonna Be Easy. Moim zdaniem jest to podróbka ballad Skid Row, choć nie zaprzeczę, że całkiem przyjemnie się jej słucha. Nie podniecam się nią jednak tak bardzo jak co niektórzy recenzenci. Akustyki i gitary elektryczne nieźle się sprawdzają, a Hugo jak zawsze potrafi być przejmujący. Ciekawie prezentują się klawisze, przywołując mi na myśl zapomniane przeze mnie Procol Harum. Muszę sobie trochę odświeżyć klasyki. Where Are You Now kojarzy mi się z twórczością niezbyt znanego Prophet. Podobne aranżacje, rytm, brzmienie oraz klawisze. Naughty Girl przypomina mi umieszczone wcześniej i niezbyt lubiane przeze mnie No Way, ale sprawia mi więcej przyjemności. Właściwie to sam nie wiem czemu, gdyż nie gustuję na co dzień w takich kompozycjach. Once In A Lifetime to AORowy hymn, wykorzystujący w pełni siłę klawiszy. Świetny numer, bardzo melodyjny, posiadający ekstra przebojowe refreny. Kawałków takich nie powstydziłoby się AORowe oblicze King Kobra. Someday to ponownie utwór dość typowy dla epoki. Można by rzec, że na kawałkach takich wzorowało się bardzo wiele współczesnych kapel, z Winter Parade na czele. Takiej melodyjności nie da się zignorować. Przedostatnim numerem na krążku jest ciekawe We Run. Dość dobrze zagrane, imitujące z sukcesem skandynawski AOR. Szkoda, że utwór momentami zwalnia, brzmi to sztucznie i chciałoby się, aby całość była utrzymana w tempie refrenów. You'll Always Have Me to journeyowa balladka zagrana w sposób podobny do Never Said It Was Gonna Be Easy. Niestety brzmi to w mdły, nudny sposób i choć kompozycja ma pewien potencjał, to uważam że nie został on zrealizowany. Z pewnością znajdą się jednak osoby, uważające że jestem w błędzie i zasłuchujące się często You'll Always Have Me. Po prostu bardziej kręci mnie dynamiczna wersja Journey.
Czy zamieszane związane z debiutem Valentine jest słuszne? Na problem można spojrzeć w dwojaki sposób. Podchodząc do tematu z jednej perspektywy możemy dojrzeć pewne bolączki, przeszkadzające w odbiorze płyty. Można by je zcharektyryzować w prosty, krótki sposób jako "obecność wypełniaczy". Z drugiej jednak strony, na krążku znajdą się również kawałki potrafiące wzbudzić przyspieszone bicie serca. Zdeklarowani fani AORu pewnie posiadają już ten album w swojej płytotece, a jeśli nie, to prawdopodobnie się do tego przymierzają. Dla innych miłośników hard rocka, nie jest to jednak pozycja obowiązkowa.
Oficjalna strona zespołu: www.valentinetheband.com
Guciomir luty 2009
|