|
Skład: James Scott - gitary; Ashley Mitchell - gitara basowa; Danny West - gitary; Davy Vain - śpiew; Tom Rickard - perkusja
Gościnnie: Eric LeMoyne - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Paul Taylor i Paul Northfield
Californijski region Bay Area zasłynął na początku lat '80 ubiegłego wieku tym, że stał się wylęgarnią zespołów thrash metalowych, żeby Metallicę, Slayer czy Exodus wspomnieć. Grupa Vain grająca hard rock byłaby może i rodzynkiem wówczas, ale debiutancki album nagrali dopiero w 1989 roku, kiedy scena muzyczna LA rozwinęła się na tyle, że wchłaniała wszystko, co było wystarczająco melodyjne a zarazem mocne. Filarem zespołu od samego początku był ekscentryczny frontman Davy Vain, którego fryzura odwzorowywała dokładnie trendy panujące u schyłku sleaze rockowej dekady. Taka ciemnowłosa wersja Jimmy'ego Gillette, jednak skupiająca się na śpiewaniu, a nie parodiowaniu śpiewu, jak to miało miejsce w Nitro. Warto jeszcze na wstępie zaznaczyć, że rolę jednego z gitarzystów przejął wiosłowy heavy metalowego Vicious Rumours - Jamie Scott.
Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu pasuje wokal Vaina. Śpiewa dosyć wysoko, ale czysto i ekspresyjnie. Ekspresją mogę go porównać z Jackiem Russellem z Great White, chociaż barwa głosu bliżej nieżyjącego frontmana Mother Love Bone Andrew Wooda. Tak czy owak, mnie ten styl wokalny się podoba, bowiem pasuje idealnie do całkiem oryginalnej wersji hard rocka, jaką grupa Vain prezentowała. Z jednej strony niby szablonowy hard rock końca lat '80, z drugiej tendencje do sleazu są tutaj zauważalne. Jednak nie to stanowi o oryginalności tej muzyki, bowiem zespół grając hard rock zdaje się opracował sobie gitarowe tematy na wzór U2 czy nawet The Cure. Może to dziwić fanów hard rocka, ale bez obaw, bowiem No Respect to w 100% heavy rockowe granie. Pierwsze 3 kawałki są bardzo podobne do siebie, właśnie ze względu na te gitary. Do tego Davy śpiewa z identyczną egzaltacyjną manierą Bono, gdzieś z okresu Unforgettable Fire. Mimo to mamy do czynienia z niezłym czadem. Beat The Bullet i Who's Watching Who były zresztą zobrazowane wideoklipami. Mamy tu szybkie i średnie tempa, muzyka z pazurem i dobrymi melodyjnymi motywami (nie tylko refrenami). W 1000 Degrees gitarowo się na tyle zmienia, że najbliżej zespołowi do takiego Ratt z najlepszego okresu. Grupa ciosa kolejne riffy, a robi to z niemałym czadem. Rzecz jasna nic tu nie dzieje się kosztem melodii. W Aces Davy rzuca kilkoma "fuckami", co nadaje agresywności temu całkiem dobremu kawałkowi. Muzycznie grupa nawiązuje trochę do hard rocka lat' 70, zwłaszcza w solówce, ale nie odstaje to bardzo od przyjętego na płycie schematu. Trochę mnie rozczarowuje Smoke And Shadows. Wolny, smętny kawałek mógłby być świetnym numerem, gdyby zagrano go z większym nerwem, a tak to brzmi trochę jak Ratt z trzeciego długograja. Za to dalej mamy utwór tytułowy, moim zdaniem bardzo mocny, może najmocniejszy punkt programu. Muzyka dalej oscyluje w obrębie tego, co prezentował Ratt, ale to nie koniec takich klimatów. No Respect jednak powinien promować to wydawnictwo, bowiem po pierwszym przesłuchaniu najbardziej utkwił mi w pamięci obok kawałka Icy, o którym za chwile. Solówka No Respect jest dla mnie absolutnie numerem jeden na płycie. Widać, że została skomponowana, bowiem składa się z mocno dopracowanych motywów następujących po sobie płynnie. Genialnie pokazano tutaj też siłę tremolo, co mnie niezwykle cieszy. Dalej mamy Laws Against Love, wolny cieżki i nieco dokkenowski. Myślę, że to całkiem dobre porównanie. Można powiedzieć, że to już wcześniej było, ale dobrych kawałków nigdy za wiele. Down For The 3rd Time, opracowany nieco na wzór pierwszych trzech numerów. Gitara coś tam sobie wyodrębnia i generalnie klimat zachowany. Szkoda, że sam kawałek nie zwraca specjalnie mojej uwagi ze względu na brak dobrego refrenu. Trochę ten patent zespołu na oryginalność zawodzi, w momencie kiedy powinien być atutem, bowiem następny na płycie kawałek to Icy, za który po honorarium powinni się zgłosić panowie z Ratt. Riff w pewnym momencie bardzo podobny do motywu znanego z największego przeboju Gryzoni Round And Round. Przebojowość zresztą ta sama. Uwielbiam ten numer i jak wspomniałem, to on obok tytułowego powinien był promować to wydawnictwo. Without You to ballada, raczej przeciętna, chociaż nie tragiczna. Vain ze swoim delikatnym głosem brzmi momentami niesmacznie ;). Wolę go w bardziej zadziornej sleazowej wersji. Na koniec trochę szybkiego rock and rolla w postaci Ready. Może być, całkiem udany kawałek i poprawia krążenie.
Podsumowując No Respect. Dla mnie to jeden z kluczowych albumów hard rocka lat '80. Nagrany w dobrym roku, przez dobrych muzyków, wprowadzający trochę nietypowych rozwiązań do dobrze znanych schematów. Jest to też moja ulubiona płyta Vain, chociaż późniejsze dokonania zespołu też mi pasują. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.davyvain.com
LSDisease marzec 2008
|