Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

UZI - Madhouse [2009]
Wydawca: Eönian Records / Nightmare Distribution

  1. Madhouse
  2. American Dream
  3. Mutha’s Knockin’
  4. Rocker
  5. Do What I Do
  6. Away From My Heart
  7. Raise Hell
  8. From The Gutter
  9. Wreckerd Man
  10. For The Money
Madhouse

Skład: Nicholas Flynt - śpiew, gitary, perkusja; Gary Vail - gitary, chórki; Jimmy Nelson - gitara basowa, chórki w [1, 3-6, 8-10]; P. Blaze - perkusja w [1, 8-10]; Ben Taylor - gitary w [3, 5]; Keith Johnson - gitary, talkbox w [2, 7]; Pete Angelos - gitary w [7]; Ken Shattuck - gitara basowa w [2, 4, 6]; Chip Z’Nuff - gitara basowa w [7]; Dan Parker - perkusja w [2, 4, 6]; Paul Petrillo - perkusja w [3, 5]; Frank Liva - perkusja w [7]

Produkcja: Stephen Craig

Drogi Czytelniku, wyobraź sobie, że siedzisz w restauracji i otrzymujesz piekielnie pikantną potrawę, którą początkowo Twój organizm chce odrzucić, ale w miarę jedzenia podchodzi Ci coraz bardziej i odkrywasz w niej wiele smaków miłych podniebieniu. Co więcej, po napełnieniu żołądka prosisz jeszcze o dokładkę. Podobne odczucia towarzyszą słuchaniu pochodzącego z Chicago UZI, kapeli niegdyś grywającej na Sunset Strip, której w latach 80-ych nie udało się wydać regularnego albumu (pomimo zdobycia nagrody dla najlepszego nowego zespołu metalowego!), a której piosenki niedawno przypomniała światu specjalizująca się w wyławianiu zapomnianych pereł wytwórnia Eönian Records.

Madhouse nie jest raczej materiałem przeznaczonym dla grzecznych dziewczynek i metroseksualnych chłopców. Zgaduję, że nie będzie również atrakcyjny dla fanów wygładzonych kawałków, podlanych gęstym, klawiszowym sosem. Ten zbiorek dziesięciu kompozycji lat 1984-1990 (dodajmy, że zaskakująco spójny, mimo dużego przedziału czasowego i różnic w składzie wykonującym poszczególne utwory) poraża bowiem swoją bezkompromisowością, surowym, pulsującym pod czaszką, ostrym brzmieniem. Zadziorne, brutalne riffy świetnie korespondują tu ze zdzierającym gardło, siłowo rozkrzyczanym wokalistą i hałaśliwą sekcją rytmiczną. Na początku atakuje słuchacza konkretny, nabuzowany energią riff numeru tytułowego, jakby wskrzeszający duch Skid Row w połączeniu z bardziej piosenkowym, ale jednocześnie przepełnionym ciemnymi tonami podejściem Herazz. Czyli jest prosto, z wykopem i do przodu na typowo sleaze rockowy sposób, a solówka Gary’ego Weila doskonale komponuje się z całością. Wolniejsze, z lekka marszowe tempo American Dream skonfrontowano z ostrymi jak brzytwa, ale też kołyszącymi zagrywkami gitar i prawie że skandowanymi wokalizami Nicholasa Flinta. Mutha’s Knockin’ łączy w sobie tradycję niemal metalowych, surowych riffów wspomnianej ekipy Sebastiana Bacha z "imprezowym" zaciąganiem w śpiewie w stylu kojarzącym się nieodparcie z Tigertailz (warto tu zwrócić uwagę na dość przebojowy refren). Agresja i wyczuwalny, wściekły bunt są wyznacznikami chyba najcięższego na całym krążku Rocker, którego brudne, gitarowe brzmienie i specyficzna artykulacja wokalisty sprawiają, że zespół mógłby uchodzić za klon wspomnianego Skid Row. Jeszcze troszeczkę pieprzu i chilli, poproszę... Oparty na transowych, powtarzających się motywach i nieco rozmytych wokalach z pogłosami Do What I Do przywodzi na myśl najlepsze dokonania wczesnego Vain, a wrażenie to potęguje trochę opętańcze solo i szalone crescendo w końcówce utworu. Emocje zostają ostudzone (ale tylko na chwilę) w jedynej na albumie, słodkiej, akustycznej balladzie Away From My Heart, na której z jednej strony swoje wyraźne piętno odcisnęło Poison, z drugiej wyczuwalny jest również wpływ hipnotycznych rozwiązań... alternatywnego The Jesus And Mary Chain, które w tej formule sprawdzają się znakomicie. Prosty strukturalnie, ale bardzo przebojowy Raise Hell utrzymuje niezły poziom wyznaczony przez poprzedników. Podoba mi się w nim klimat, wprawiający w mimowolne zamyślenie. Szorstkie gitarowe frazy i takież linie wokalne dudniącego From The Gutter z pewnością perfekcyjnie wpasowałyby się w estetykę pierwszego wynurzenia wspomnianej powyżej kompanii Bacha i spółki. Mocno punkowy w swojej budowie, mało selektywnie brzmiący Wreckerd Man jest moim zdaniem zbyt mało pomysłowy i monotonny; przechodzę koło niego obojętnie. Grupa powraca do dobrej formy wraz z pełnym energii, gniewnym For The Money, gdzie za kotarą pozornej nieprzystępności skrywa się melodyjność, którą trzeba odkryć na własny rachunek, do czego serdecznie zachęcam.

W dzisiejszych czasach trudno jest odnaleźć wydawnictwa, które dawałyby takiego kopniaka, jednocześnie nie pogrążając się w bezmyślnej agresji, prowadzącej donikąd. Tym bardziej należy docenić Madhouse, pokazujące, że czasem nawet nieznane, starsze zespoły swoim poziomem zawstydzały wielu dzisiejszych młodych gniewnych. Album chicagowskich muzyków polecam w ciemno wszystkim fanom ostrzejszej formy hair metalu/sleaze rocka.

Brak oficjalnej strony zespołu

Hardlover
marzec 2010