Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

URIAH HEEP - Wake The Sleeper [2008]
Wydawca: Sanctuary Records / Universal / Noise

  1. Wake the Sleeper
  2. Overload
  3. Tears Of The World
  4. Light Of A Thousand Stars
  5. Heavens Rain
  6. Book Of Lies
  7. What Kind Of God
  8. Ghost Of The Ocean
  9. Angels Walk With You
  10. Shadow
  11. War Child
Wake The Sleeper

Skład: Mick Box - gitary, chórki; Trevor Bolder - gitara basowa, chórki; Bernie Shaw - śpiew; Phil Lanzon - instrumenty klawiszowe, chórki; Russell Gilbrook - perkusja, chórki

Produkcja: Mike Paxman

Ilekroć powraca na scenę legendarna załoga, pojawiają się obawy, czy może odgrzeje starego kotleta, czy też wyskoczy z jakimś średnio udanym eksperymentem. Ciężko jest zadowolić wszystkich, zarówno tych czekających na coś nowego i tych którzy chętnie usłyszeliby zespół w starej odsłonie. A jednak są tacy, którym się to udaje i do takich zalicza się powracająca brytyjska legenda rocka Uriah Heep. Wake The Sleeper to już 21 album w dyskografii tej grupy, ale nagrany po prawie dziesięcioletniej przerwie (ostatnim studyjnym krążkiem była jak dotąd nagrana w 1998 r. płyta Sonic Origami). Wydawnictwo zarejestrowane zostało już w 2007 r., ale musiało poczekać na swą edycję, gdyż w międzyczasie wytwórnia Universal Music zakupiła i przejęła Santuary Records.

Na początek wypada przekląć wszystkie bieżące mody, bo tak dobry album w rodzinnym kraju tego hard rockowego / progresywnego zespołu uplasował się na liście sprzedaży na 172 miejscu. Jest to strasznie daleka pozycja, ale coż zrobić, skoro dzisiejsi słuchacze wolą konsumowac jakąś muzyczną papkę, a prasa muzyczna nie jest zbytnio zainteresowana promowaniem "dinozaurów". Przyznam się szczerze, że znam tylko klasyczne płyty Uriah Heep, w zasadzie nie znam ich dokonań od połowy lat '80 aż po ten krążek. Najbardziej w pamięci utknął mi chyba album Abominog, a to za sprawą specyficznego stwora widniejącego na okładce (podobnego umieściła później Metallica na singlu do Jump In The Fire). Kiedy dowiedziałem się, że po długiej przerwie grupa powraca z premierowym materiałem, miałem jak zwykle mieszane uczucia. Myślałem, że panowie po tylu latach nie będą już mieli niczego ciekawego do przekazania, że to wypaleni muzycy, obawy te okazały się zupełnie bezpodstawne. Płyta się broni i w tym gatunku jest to chyba jedno z najsilniejszych wydawnictw tego roku. W czasie istnienia zespołu wielokrotnie dochodziło do zmian w składzie, nie ominęły one i tym razem załogi, w której szeregach pojawił się perkusista Russell Gilbrook (najbardziej znany ze współpracy z Tonnym Iommi i Van Morrison), zastepując Lee Kerslake'a, bębniarza grającego z grupą od 1972 r., Kerslake musiał się bowiem rozstać z kolegami z powodów zdrowotnych. Na otwarciu krążka wita nas tytułowy Wake The Sleeper, bardzo szybka, dynamiczna kompozycja, chciałoby się rzec, że power metalowa. Połączono w niej wiele elementów, które razem tworzą niesamowity klimat. Z jednej strony są tu przesterowane gitary mocno podrasowane efektem Wah-Wah, z drugiej pędzaca perkusja, diabelsko wybrzmiewajace chórki, wręcz demoniczne klawisze momentami stylizowane na dzwony kościelne, do tego w zasadzie nie ma tu normalnych linii wokalnych, wokalista wyśpiewuje tylko tytuł kawałka. Już taki początek płyty robi silne wrażenie. Wraz z drugim w zestawie Overload klimat zmienia się diametralnie, grupa gra tym razem klasycznego hard rocka we własnym stylu, choc trochę przypomina to też i Deep Purple. Brzmienie niby odwzorowuje mody z końca lat '60 i niemal całych lat '70, ale jest w tym pewna świeżość współczesnych dźwięków. Głos Showa przypomina mi trochę Coverdale'a z różnych lat istnienia Whitesnake, natomiast gitarowa robota Micka nieodparcie kojarzy się z tą sama grupą z czasów, kiedy to pogrywali w niej panowie Moody i Marsden. Jakby zapożyczeń było jeszcze mało, w kolejnym numerze, Tears Of The World, mamy znowu sporo nawiązań do wczesnego Rainbow, to dokładnie ta sama stylistyka grania. Ponownie niemałą rolę odgrywają tu chórki, bardzo odpowiada mi zresztą ogólne brzmienie tego utworu. Jak to dobrze, że panowie nie silili się na jakieś nowomodne zagrywki i skomponowali coś klasycznego i odwołującego się do jak najlepszych wzorców. W Light Of A Thousand Stars prawdziwa potęga to organy Hammonda, znów pewne odwołania do Deep Purple i klasycznych płyt Uriah Heep, lecz wokalnie ukłon w stronę Coverdale'a. Charakterystycznie pulsuje bas i w ogóle sekcja rytmiczna, refreny wręcz stworzone do odśpiewywania na stadionach. W latach '70 mógłby to być niemały przebój, numer spokojnie by się wtedy obronił, co ciekawe, nawet dzisiaj się broni. Heavens Rain zmienia nieco klimat, zespół zwalnia tempo, najbardziej podobają mi się tu te niby "przyczajone" gitary tworzące specyficzny nastrój. Jest w tym jakby pewien dodatek muzyki folkowej, mającej po części swój rodowód w średniowieczu. Na myśl przychodzą wczesne lata '80 i kilka produkcji z Dio na wokalu, chociaż akurat śpiew niewiele przypomina głos czy manierę wokalną Ronniego, są też momenty rodem jak z Janis Joplin. Rasowy hard rock w klasycznym wydaniu to jeszcze Book Of Lies, chociaż chórki grupa mogłaby sobie tym razem podarować. Tak poza nimi, to bardzo zgrabny numer i ciężko jest mu coś zarzucić. Wspaniale musi się go słuchać po kilku piwach, niestety akurat nie mam pod ręką browarów, wrócę kiedyś do tego kawałka, jak już je będę miał ;). Formacja zaskoczy słuchacza kolejnym What Kind Of God, gdzie przez większą część czasu zaprezentuje piosenkę niemal AORową, nawet wokalista śpiewa tu z inna manierą niż dotychczas. Że to wciąż hard rock przypomina właściwie tylko solówka i końcówka kompozycji. Okazuje się, że i w takim repertuarze muzycy czują się jak ryba w wodzie. Powrót do wcześniejszej stylistyki grania następuje w Ghost Of The Ocean, utworze z trochę wymęczonymi solówkami. Nie należy się tym jednak przejmować, bo uwagę przykuwają tu za to inne momenty, mnie bardzo podobają się rytmy wybijane przez bębniarza, zwłaszcza wtedy gdy kunsztownie łączy wybrzmienie talerzy z centralkami, a także jeden fragment, gdzie grupa brzmi niemal heavy metalowo. Dobra passa płyty trwa dalej i nie ginie wraz z Angels Walk With You, niestety tym razem straszne niedostatki słychać w liniach wokalnych. Zupełnie jakby gardłowemu zabrakło pomysłów na ciekawe prowadzenie swoich ścieżek, przez co sporo traci cały kawałek. Właśnie z tego powodu wypada on słabiej od pozostałych pozycji, choć ratują go trochę Hammondy. Folkowo i średniowiecznie, jak w jednym z wcześniejszych numerów, jest również w Shadow. Wokalnie znów nawiązania do Coverdale'a, zwłaszcza do jego twórczości z początku lat '80. Utwór mógłby się znaleźć na płycie Saints And Sinner i byłby tam pewnie przy tym jedną z najlepszych kompozycji. Swoją drogą, piosenka kończy się we wspaniałym stylu i tak mogłaby się też zakończyć cała płyta. Jednak na końcu zamieszono jeszcze dość przeciętny kawałek War Child. Początek ze słowami recytowanymi na wzór jakiegoś księdza odprawiającego kazanie, refreny w miarę przyzwoite, koncówka prowadzona aż do wyciszenia. Ujdzie.

Album jest przede wszystkim bardzo wyrównany, w zestawie znalazło się 11 kompozycji, z których raptem 3 są słabsze od reszty, chociaż i w nich można się doszukać jakichś smaczków. Tak duża liczba dobrych kawałków sprawia, że płyta jest spójna i bardzo dobrze się jej słucha jako całości. Połowa 2008 roku jeszcze nie minęła, ale naprawdopodbniej w kategorii "klasyczny abum hard rockowy" będzie to pozycja najwyżej punktowana, zwłaszcza że takich krążków nie wychodzi zbyt wiele. Podobnej klasy płytę wydało wprawdzie w tym roku Nazareth, ale mając za sobą kilkukrotne przesłuchanie obu dzieł, jednak bardziej podoba mi się Uriah Heep. Dla fanów klasycznego hard rocka rzecz obowiązkowa.

Oficjalna strona zespołu: www.uriah-heep.com

Guitarrizer
lipiec 2008