|
Skład: Mick Box - gitary, chórki; Trevor Bolder - gitara basowa, chórki, śpiew w [6]; Bernie Shaw - śpiew; Phil Lanzon - instrumenty klawiszowe, chórki; Lee Kerslake - perkusja, chórki
Gościnnie: Piet Sielck - dodatkowe partie instrumentów klawiszowych; Rolf Kohler - dodatkowe chórki; Pete Beckett - dodatkowe chórki, aranżacje smyczków w [9]
Produkcja: Uriah Heep i Kalle Trapp
Rok 1995 przyniósł światu kilka wspaniałych płyt, niektóre z nich uzyskały nawet dobre recenzje w prasie, niestety brak odpowiedniej promocji i przede wszystkim kulawe gusta muzyczne słuchaczy tamtego okresu przyczyniły się do tego, iż mało kto o nich wówczas słyszał. Do takich wydawnictw zaliczyć można np. Stranger In Us All Rainbow i opisywany tu krążek Uriah Heep zatytułowany Sea Of Light.
Na Sea Of Light, swojej dziewiętnastej studyjnej płycie, brytyjska formacja prezentuje się w nadzwyczaj dobrej formie. Stylistycznie jest to pewnego rodzaju powrót do typowego dla zespołu grania z połowy lat '70, choć oczywiście sama produkcja albumu jest bardziej nowoczesna. Zresztą nawet symbolicznie grupa próbuje nawiązywać do czasów swej świetności, czego wyrazem jest ponowne zatrudnienie rysownika, który malowal okładkę do Demons And Wizards. Oczywiście zawsze będzie istnieć grupa fanów twierdzących, że Uriah Heep bez Byrona i Hensleya to już nie ten sam zespół, ja jednak będę się upierał, że skład nie jest zbyt istotny tak długo, jak grupa nagrywa doskonały materiał. Zresztą do składu przyczepić się nie mogę, bo śpiewa tu bardzo ceniony przeze mnie wokalista Bernie Shaw, a głównym kompozytorem nadal pozostaje Mick Box, chociaż na tej płycie Trevor Bolder zmajstrował aż cztery utwory. Album startuje dość szybkim numerem o tytule Against The Odds. Po krótkim wstępie muzycy grają bardzo dynamicznie i ostro, niby wciąż jest to hard rock, ale blisko mu do heavy metalu. Riff napędowy kawałka jest niemal na modłę Iron Maiden i gdyby tylko zmienić partie perkusji na bardziej galopujące, łatwo byłoby uwierzyć, że to nagranie inspirowane jest ekipą Harrisa. Warto zauważyć, że i w takim utworze świetnie spisuje się głos Berniego. Niesamowicie przebojową ścieżką jest kolejne Sweet Sugar. Sporo różnych wpływów można tu wychwycić. Pomijając same nazwiązania do klasycznego Uriah Heep, nasuwają się pewne skojarzenia chociażby z Nazareth, ZZ Top, a nawet do zespołów grających pod koniec lat '80 typu XYZ czy Junkyard. Tempo piosenki niby średnie, ale ma swój "drive" i wydaje się bardzo rytmiczne. Przy okazji Time Of Revelation mieszają się wpływy typowego Uriah z bardziej radosnym i skocznym Rainbow, nawet tym z wydanej w tym samym roku płyty Stranger In Us All. Tu też grupa postawiła na przebojowość i melodykę, numer naprawdę potrafi rozbujać. A refrenu mogłaby pozazdrościć niejedna formacja hair metalowa. Zaskakuje Mistress Of All Time, malownicza ballada, bliższa muzyce pop (to z racji specyficznych brzmień klawiszy). Nie brakuje tu momentów ilustracyjnych, nietypowo dla siebie śpiewa Shaw. W sumie, gdyby podmienić tu wokale na głos Davida Byrona, to kto wie, czy nie wyszłoby z tego coś na wzór nagrań z okresu Demons And Wizards czy The Magician's Birthday. Malowniczości dodają wstawki charakteryzowane na partię fletu. Od klasycznego materialu grupy odbiega Universal Wheels, które jest moim faworytem z tego krążka. Zespołowi bliżej tu do szybszych nagrań AOR-owych pokroju Aviatora, ale i w takim materiale jak widzę, panowie z dużyny Micka czują się jak ryba w wodzie. Szybszy numer z ciekawie pulsującą sekcją rytmiczną i wstawkami mówionymi na wzór Queensrÿche. Jak dla mnie, rewelacja. Prawdziwą niespodzianką możę być skomponowane przez Trevora Boldera Fear Of Falling, gdzie też on sam sięgnal po mikrofon. Dziwnie się słucha tego kawałka, bo jest on w ogóle nie w stylu Uriah Heep. Bliżej mu do dokonań Billy'ego Idola (ba, jedna z zagrywek bliźniaczo przypomina znaną linię z White Wedding), a sekcja rytmiczna zaaranżowana jest w sposób, jaki prezentowało tu i ówdzie popowe A-Ha. Trevor może nie jest najgorszym wokalistą, jednak wolałbym, by śpiewał Bernie (tak swoją drogą, to akurat Shawa sobie kompletnie w tym numerze nie wyobrażam). Przebojowe Spirit Of Freedom jakoś po części kojarzy mi się z twórczością KISS, ale może to wina charakterystycznie zmajstrowanych chórków i kilku zagrywek gitarowych. W sumie nagranie idealnie nadawałoby się do radia i też można mieć o to do radiowców pretensje, że jakoś nie pokusili się o jego emisję na antenie. Nic jednak straconego, można puszczać ten kawałek tak głośno, by i sąsiedzi usłyszeli. Logical Progression powinno zadowolić zarówno fanów AOR-u spod znaku Strangeways, jak i sympatyków rocka progresywnego na miarę Marillion. Pulsujący, wyraźnie słyszalny bas, ilustracyjnie ciągnące się w tle klawisze i przewaga czystych brzmień gitary. Nie wiem, czy na coś takiego zdecydowałby się skład formacji, kiedy jej frontmanem był Byron... Tak czy inaczej, kompozycja bardzo miła dla ucha i lubię jej słuchać. W zasadzie balladą jest Love In Silence i jakoś szczególnie mnie nie rusza, choć w samym środku kompozycji dzieją się ciekawe rzeczy. Jestem niemal pewien, że za tą ścieżką będą szalały przedstawicielki płci pięknej. Bardziej w moich klimatach jest Words In The Distance, gdzie grupa Micka umiejętnie balansuje między hard rockiem (udany, dość ostry, gitarowy wstęp na nutę Whitesnake z czasów Slide It In, a AOR-em (aranżacje w dalszej części utworu - klawisze i linia basu). Podoba mi się tu solo zagrane przez wioślarza, niby może nie za wiele wymiatania, ale za to mamy bardzo precyzyjne podciągnięcia strun i udane użycie "kaczki". Fires Of Hell (Your Only Son) to dość przeciętne nagranie jak na możliwości tej legendarnej kapeli, nie pozbawione jednak kilku smaczków, które powinny spodobać się fanom klasycznego hard rocka, również tego spod znaku Deep Purple. W zasadzie, im więcej go słucham, tym bardziej do mnie zaczyna trafiać. Może nie jest tak słabe, jak mi się na początku wydawało, może jeszcze mi się spodoba. Zestaw utworów zamyka Dream On, jeszcze jedna ballada. Przypomina balladowe wynurzenia zespołu z początku lat '70 i posiada ten sam "magiczny" klimat. Pewnie Byron uzbroiłby tę ścieżkę w jakieś nieprzeciętne zaśpiewy, ale i Bernie radzi tutaj sobie znakomicie.
Płyta bardzo łatwo "wchodzi", a to za sprawą swej przebojowości. Myślę, że Uriah Heep udało się połączyć nowocześniejsze brzmienia ze swoim klasycznym dźwiękiem i wyszedł z tego naprawdę znakomity krążek. Mogę go z czystym sumieniem polecić fanom melodyjnego, rockowego grania, zarówno tego spod znaku hard rocka, jak i AOR-u. Po kilku dość przeciętnych wydawnictwach legenda znów zrobiła coś wielkiego.
Oficjalna strona zespołu: www.uriah-heep.com
Guitarrizer lipiec 2010
|