Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

URIAH HEEP - Into The Wild [2011]
Wydawca: Frontiers Records

  1. Nail On The Head
  2. I Can See You
  3. Into The Wild
  4. Money Talk
  5. I'm Ready
  6. Trail Of Diamonds
  7. Southern Star
  8. Believe
  9. Lost
  10. T-bird Angel
  11. Kiss Of Freedom
Into The Wild

Skład: Mick Box - gitary, chórki; Trevor Bolder - gitara basowa, chórki; Bernie Shaw - śpiew; Phil Lanzon - instrumenty klawiszowe, chórki; Russell Gilbrook - perkusja, chórki

Produkcja: Mike Paxman

Into The Wild to studyjny następca wydanej w 2008 r. wspaniałej płyty Wake The Sleeper. W międzyczasie wprawdzie w 2009 r. ukazał się jeszcze bardzo ciekawy krążek o tytule Celebration - Fourty Years Of Rock, ale były to tylko nagrania hitów z dawnych płyt formacji ponownie zarejestrowane z Berniem Shawem za mikrofonem, plus jeden nowy utwór. Tym razem cały materiał jest premierowy.

W zasadzie byłem całkowicie spokojny co do kolejnego "dziecka" Uriah Heep. To kapela z wyrobiona marką, po której wiadomo, czego się spodziewać. Prawdopodobnie większość fanów oczekuje od niej dokładnie takiego grania, jakie prezentowała w klasycznych dla siebie czasach. Takiego grania grupa fanom dostarcza, łącząc je z nowocześniejszym brzmieniem (spokojnie, na szczęście nie z aż tak nowoczesnym, by miało to wzbudzać jakiekolwiek obawy). Wake The Sleeper było albumem, który bardzo przypadł mi do gustu i jak na dzień dzisiejszy to jedna z moich ulubionych płyt z dyskografii Brytyjczyków (aktualny wokalista wprawdzie pochodzi z Kanady, ale też z tej jej brytyjskiej części, dla ścisłści). Kawałków jak Tears Of The World czy Overload mógłbym słuchać na okrągło, tak więc poprzeczka postawiona Into The Wild była wysoko. Wydanie nowego krążka zbiegło się w czasie z kończącą się trasą koncertową upamiętniającą czterdziestolecie istnienia zespołu. To też do czegoś zobowiązuje, płyta nie mogła być zła. Nail On The Head rozpoczyna się majestatycznym riffem i prezentuje styl, do jakiego zespół zdążył już nas przyzwyczaić. Brzmienie instrumentów dość podobne do tego z wcześniejszego wydawnictwa i tu też na szczęście żadnych niespodzianek nie ma. Fajny numer, choć jeszcze nie najlepszy z całego zestawu, a jednak wybrany na promującego płytę singla. Pierwsza połowa refrenu niezbyt do mnie trafia, bo Bernie tu bardziej mówi niż śpiewa, druga jego część sto razy lepsza. Gitarowa solówka wyborna, w klasycznym stylu. Jeszcze bardziej odpowiada mi kolejna pozycja z setu, czyli I Can See You. To takie Uriah, jakie lubię. Mocne dźwięki, zagrane z kopem. Jak zwykle nie bez znaczenia pozostają hammondowe brzmienia klawiszy - też jeden ze znaków rozpoznawczych kapeli. Zacna rzecz. Na takie kawałki warto było czekać tych kolejnych parę lat. Radość fanów powinien wywołać numer tytułowy, Into The Wild. Zresztą nie tylko u nich, bo i miłośnicy blackmore'owskiego Rainbow z czasów, gdy śpiewali tam Ronnie James Dio i Doogie White, znajdą tu dużo dla siebie. Ja lubię zarówno klasyczne Uriah jak i Tęczę, dlatego jestem ukontentowany w 100 procentach. Utwór może nie szaleńczo szybki, ale z pewnością szybszy niż tempo średnie. Zespół prezentuje tu złotą formułę brzmienia, która sprawdziła się w latach '70 i która, przynajmniej w przypadku tej grupy, nadal się sprawdza. Money Talk jest kompozycją całkiem niezłą, chociaż trochę nie w moim typie. W porównaniu z poprzedniczkami wydaje się być nieco generyczna i mniej przemyślana. Z drugiej strony w wykonaniu koncertowym może okazać się prawdziwym dynamitem, bo mimo dość prostych struktur tkwią w niej całe pokłady energii. Trochę tu gitarowych szaleństw Micka, co mnie akurat cieszy. Wreszcie przychodzi numer, który najbardziej przypadł mi do gustu z tutejszego zbioru i którego z miejsca zaliczam do heepowskich nieśmiertelników. Mowa o I'm Ready. Kawałek mógłby spokojnie znaleźć się na Wake The Sleeper - nie wiem, czy przypadkiem nie został skomponowany kilka lat temu z myślą o tamtej sesji. Może został, tylko z jakiegoś powodu postanowiono go na "Sleepra.." nie wrzucać. Świetne linie melodyczne wszystkich instrumentów i wokali, klasyczne brzmienie przeniesione do świata współczesnego i zarazem tak świeże, że nadal rzuca na kolana. Jak dla mnie prawdziwa bomba. Grupa słynęła z epickich ballad, tutaj czegoś w tych klimatach również nie mogło zabraknąć. Słuchaczom zaserwowano Trail Of Diamonds, pół-balladę może nie typu pościelowego, ale z pewnością chwytającą za duszę. Bernie nawet zaczął wyśpiewywać słynne "a a a", jeden ze znaków rozpoznawczych kapeli jeszcze z epoki, kiedy wokalistą był David Byron. Około połowy ścieżki robi się ostrzej, wchodzą mocniejsze gitary, Shaw też śpiewa w mocniejszy sposób. Tak zostaje już do końca, chociaż zwolnienie tempa przy końcówce też przypomina, że miało być epicko. Southern Star przypomina mi dokonania innej klasycznej załogi, Deep Purple. Niekoniecznie jakieś konkretne melodie stają przed uszami, raczej chodzi o sam styl, w jakim piosenka jest wykonywana. Oczywiście i Uriah miewało już podobne nagrania w swojej karierze, niemniej jednak pierwsze skojarzenie i tak będzie podsuwało Purpli. Tempo utworu średnie, ale bliższe raczej wolnemu niż szybszemu. W rytm ścieżki da się pokołysać, a do refrenów po dwóch-trzech piwach można nawet dołączyć i śpiewać je z wokalistą. Szybsze, choć nie szaleńczo szybkie, jest Believe. Jakichś nieziemskich pomysłów grupa tu nie prezentuje, za to ten wielekroć oklepany patent na udaną kompozycję sprawdza się raz jeszcze. Numer wprawdzie nawiązuje brzmieniowo do lat '70, jednak jest na tyle melodyjny, że może spodobać się nawet miłośnikom stylistyki grania z lat '80. Mnie najbardziej urzeka końcówka tego kawałka. Lost to z kolei wędrówka w klimaty, jakie swego czasu prezentowały Deep Purple i Rainbow na swych klasycznych i nie tylko płytach. Ten posmak bliskowschodniej egzotyki, niby to z Babilionu czy Asyrii, bardzo mi odpowiada. Zawsze to jakieś urozmaicenie i odskok od współcześnie europejskiej rzeczywistości. Niestety jakoś nie spodobało mi się następne na liście T-bird Angel. Zbyt prosta rzecz jak na moje wymagania, sposób odśpiewywania chórków w refrenach też coś nie za bardzo podchodzi pod moje ucho, no cóż... Na razie odpuszczę sobie to nagranie, wrócę do niego podczas któregoś z wieczornych odsłuchów. Formacja zaskoczyła mnie piosenką Kiss Of Freedom, która bliższa jest bardziej typowym balladowym pościelówkom. Fakt, że organowe brzmienie instrumentów klawiszowych nie pozwala nam zapomnieć o klimatach z lat '70, jednak utwór sprawdza się doskonale i jak na współczesne wymogi stawiane balladom. Tak kończy się ta płyta, której okładkę postanowiono przyozdobić jakże modnymi tego roku odcieniami brązu.

Podsumowanie albumu może być tylko jedno: każde kolejne wydawnictwo Uriah Heep można kupować w ciemno. Wprawdzie Into The Wild wydaje mi się być krążkiem nieco słabszym od trzech poprzednich płyt studyjnych ("Sea...", "Sonic...", "Wake..."), ale trzyma bez wątpienia odpowiednio wysoki poziom. Dodatkowy plus dla grupy, że nie ulega modom i nie bawi się w dziwaczne eksperymenty. Robi swoje i robi to jak należy.

Oficjalna strona zespołu: www.uriah-heep.com

Guitarrizer
marzec 2011