|
Skład: Uli Jon Roth - wszystkie partie gitar, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, śpiew; Buffy North - skrzypce; Charles Nolan - skrzypce; Felix Tanner - altówka; Jonathan Hill - skrzypce; Lucy Shaw - kontrabas; Mark Boals - śpiew; Liz Vandall - śpiew; Nick Holland - wiolonczela; Rachel Robson - altówka, Sky Choir - chór
Produkcja: Uli Jon Roth
Uli Jon Roth to muzyk, o którym można napisać książkę. Sławę zdobył jako jeden z gitarzystów w niemieckiej grupie Scorpions nagrywając z nią pięć płyt, w tym jedną koncertową, by pod wpływem inspiracji twórczością Jimiego Hendriksa odejść i założyć Electric Sun, a nawet związać się z byłą dziewczyną Jimiego. Później zlecił wykonanie dla siebie specjalnej gitary zaopatrzonej w 32 progi (standardowe mają 22-24) zwaną Sky Guitar i zaczął komponować muzykę symfoniczną z przeznaczeniem na wykonanie wraz z orkiestrą i taki typ grania artysta wykonuje po dziś dzień, stąd też ignorowany jest przez media komercyjne. Najważniejszą chyba informacją może być fakt, że obok Blackmore'a Roth uważany jest za jednego z prekursorów stylu neoklasycznego w muzyce rockowej.
Trzeci etap kariery Uliego można śmiało nazwać muzyką poważną. Gitarzysta skomponował symfonie i koncerty, które wykonywał w ramach swego projektu Sky Of Avalon z orkiestrą i chórem. Under A Dark Sky jest kontynuacją całej sagi, chociaż w międzyczasie muzyk wydał też ciekawą interpretację "Czterech Pór Roku" Vivaldiego, dzieło również kierowane dla koneserów. Ostatni krążek to także płyta, jaka nie wychodzi codziennie i jakiej nie słucha się na co dzień. Dla przeciętnego odbiorcy muzyki rockowej może to być porcja nut bardzo ciężko strawna, ale zwolennicy wszelkiego rodzaju eksperymentów powinni być albumem zachwyceni. Roth łączy tutaj muzykę poważną, symfoniczną, wpływy folkowe i aranżacje operowe z rockiem progresywnym, pokazuje się bardziej od strony kompozytorskiej niż jako gitarzysta. Faktycznie, partie gitar są raczej nieliczne, a większa część dzieła to jakby mieszanka stylistyczna plasująca się gdzieś między Wagnerem, chóralną muzyką kościelną, a Kansas czy balladami Rainbow (niektórzy wspominają także o wpływach Emerson Lake & Palmer, za słabo znam jednak ich twórczość, by móc się do takich porównań odnieść). S.O.S jest już dobrym przykładem na taki eksperyment. Zaczyna się od szumów, syren, odgłosów jakby ze starego radia i telegrafu, by przejść w operę i coś na kształt ilustracyjnego podkładu do jakiegoś musicalu. Gitara gra prawie jak skrzypce i pojawia się tylko w punkcie kulminacyjnym kompozycji, a najłatwiej porównać ten moment do słynnej płyty Malmsteena z orkiestrą. Jeśli dysponuje się odpowiednią ilością czasu, by poświęcić go tylko na wsłuchiwanie się w ten utwór, a wokół panuje cisza, to efekt jest piorunujący. Czas jednak ucieka, co widać po łacińskim tytule kolejnego Tempus Fugit, które w swej operowej aranżacji żywo przypomina mi Carmina Burana Carla Orffa, nawet uważam to za równie dobry kawałek muzyki. Ważną rolę pełni tu dynamika wyrażona śpiewem chóru i podkładami, gdzie silnie rozłożone zostały akcenty. Trzecia pozycja na krążku, Land Of Dawn, podzielona została na trzy części. Linie wokalne obsługiwane są przez Marka Boalsa, znanego z występów u Yngwiego, obecnie członka zespołu Royal Hunt i wokalistkę Liz Vandall (ex- Sahara). Ten jedenastominutowy utwór zdradza silne fascynacje Kansas (główny riff przypomina bardzo zagrywkę z Carry On Wayward Son) i Rainbow, powinien się więc spodobać fanom klasycznego hard rocka w jego delikatnej odsłonie. Jego końcówka brzmi jakby grał tam sam Blackmore, nic dziwnego, obaj gitarzyści mieli prawdopodobnie podobne inspiracje. The Magic Word ma w sobie coś z Griega (pewne skojarzenia ze słynną "Grotą Króla Gór" ), z pewnymi zapożyczeniami od Rainbow, może nawet od Blackmore's Night i muzyki muzułmańskiej. Najbardziej podoba mi się ten riff z użyciem "kaczuszki", niby nic szczególnie nadzwyczajnego, a jednak fajny ozdobnik. Dalsze Inquisition kojarzy mi się z kolei z wolniejszymi kompozycjami Malmsteena, nawet jego orkiestralnej płyty i ewentualnie z drugim albumem Jasona Beckera (de facto, też było tam sporo eksperymentów). Gitara z odpowiednio dobranym pogłosem wypada trochę jak jakiś instrument smyczkowy i mniej obeznanym słuchaczom pewnie dałoby się wmówić, że właśnie gra np. wiolonczela. Letter In The Law to moim zdaniem najsłabsza ścieżka na krążku. Z jednej strony podobna nieco do poprzednika, z drugiej dodano operowe wokale, wprawdzie pasuje to do siebie, ale brak w tym jakiegoś smaczku przykuwającego uwagę na dłużej. Najlepszy moment kawałka to krótka neoklasyczna solóweczka za jego połową. Kolejne Stay In The Light jest jakby czymś w rodzaju skrzyżowania Straussa, Haydna i gitar jak w Rainbow. Znacznie lepsze od wcześniejszego numeru, do killerów nadal jednak sporo brakuje. Ilustracyjnie i zarazem nieco kołysankowo jest w Benediction, gdzie Roth stara się grać bardzo wolno i przywiązywać duża rolę do artykulacji. Kompozycja nadałaby się jako podkład muzyczny do jakiegoś melodramatu, czy musicalu. Znów dużo pogłosu dodano do gitary, lecz dzięki temu brzmi ona harmonijnie z resztą instrumentów. Początek Light & Shadows jest jeszcze kontynuacją motywów z poprzedniczki, potem klimat się nieco zmienia, bliżej temu do melodii średniowiecznych bardów (Blackmore's Night po raz kolejny przychodzi na myśl). Linie wokalne przypominają trochę styl śpiewania Dougiego White'a, niestety z tych nielicznych słabszych kawałków. Koniec płyty jest arcyciekawy, Tanz In Die Dämmerung trwa blisko 19 minut i dzieli się na 12 części. Wstęp jest jakby gitarową akustyczną sonatą i kojarzy się z muzyką renesansu, gdzieś z okolic ówczesnych Włoch, dalej trochę motywów iberyjskich, jakieś dalekie echa flamenco i przejście w klimaty Rainbow (podobieństwa do Gates Of Babylon), względnie do malmsteenowego Liar. Później to już w ogóle bardzo malmsteenowo, dużo wolniejszych zagrywek neoklasycznych połączonych z muzyką chóralną. Bardzo lubię ten utwór, chociaż wolałbym, by fizycznie pocięty był na kilka mniejszych kompozycji.
Dzieło bardzo ambitne, z pewnością wybitne, niesztampowe, z góry skazane na komercyjną porażkę, no chyba że miłośnicy muzyki poważnej sięgną po nie masowo, bo na publiczność rockową raczej bym nie liczył. Jest to kwestia proporcji, jakie zastosował Roth na płycie, gdzie jednak granie typowo rockowe jest tu w mniejszości. Inna sprawa, że trzeba być naprawdę maniakiem tego typu muzyki, by słuchać jej codziennie. Album warto kupić, posłuchać go kilka razy i odstawić na jakiś dłuższy czas (kilka miesięcy?) i wrócić kiedyś do niego ponownie. Zupełnie jak z "Concerto Suite" Yngwiego Malmsteena. Krążek polecam koneserom, dla fanów Uliego jest to natomiast pozycja obowiązkowa.
Oficjalna strona artysty: www.ulijonroth.com
Guitarrizer wrzesień 2008
|