Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TUFF - What Comes Around Goes Around [1991]
Wydawca: Atlantic / Titanium

  1. Ruck A Pit Bridge
  2. The All New Generation
  3. I Hate Kissing You Goodbye
  4. Lonely Lucy
  5. Ain't Worth A Dime
  6. So Many Seasons
  7. Forever Yours
  8. Wake Me Up
  9. Spit Like This
  10. Good Guys Wear Black
What Comes Around Goes Around

Skład: Stevie Rachelle - śpiew, chórki; Jorge DeSaint - gitary, chórki; Todd Chase - gitara basowa, chórki; Michael Lean - perkusja, chórki

Produkcja: Howard Benson

Historia Tuff jest według mnie wyjątkowo ciekawa. Zespół powstał w 1985 roku, ale dość długo nie mógł znaleźć zainteresowania, jeżeli chodzi o wydawcę. Minęło kilka lat zanim formacja podpisała swój pierwszy kontrakt. Pomimo braku studyjnych albumów, popularność muzyków stawała się coraz większa, głównie za sprawą koncertowania u boku Poison. Podobieństwa do tej legendarnej kapeli były podobno jedną z przeszkód, jeżeli chodzi o wydanie debiutanckiego krążka i ostatecznie z What Comes Around Goes Around zniknęły niektóre hity Tuff znane z koncertów. Atlantic nie chciało, aby grupa została zaszufladkowana jako klon Poison.

Czy było to skuteczne posunięcie? Nie sądzę. Przede wszystkim trudno było uciec od pewnych skojarzeń, jeżeli wokalista zespołu Stevie Rachelle wyglądał niemal jak klon Michaelsa. No, ale pomińmy sprawę imagu. Usunięcie paru kawałków nie zmieniło oblicza kapeli, zespół wciąż grał swoje. Aby wprowadzić trochę świeżości z formacją współpracował wówczas Howard Benson, którego celem miało być wyostrzenie brzmienia Tuff, tak aby jeszcze bardziej odróżnić ich od kapeli C.C. DeVille'a i Breta Michaelsa. Wszystko to na próżno. Zespół co prawda skierował się odrobinę w stronę Motleyów, ale nie dość wystarczająco, chwilami nawet niezauważalnie. Jedynie ktoś głuchy powiedziałby, że na What Comes Around Goes Around nie ma podobieństw do Poison. Jak dla mnie są one tak wyraźne, że chwilami mam wrażenie, że to nie Tuff gra na krążku, tym bardziej, że dyskografię formacji poznawałem w odwrotnej kolejności, ustrzeliwszy wpierw na Allegro Religious Fix. Aby nie było niedomówień, od razu zastrzegę, że inspirowanie się Poison uważam za coś dobrego, gdyż na What Comes Around Goes Around znalazło się tyle dobrych numerów, że bez problemu płyta wygrałaby porównanie z Flesh & Blood. Jak dla mnie kawałkiem numer jeden jest tutaj przesiąknięte poisonowym klimatem New Generation. Kompozycja to wesoły rocker, będący właściwie hołdem złożonym rock& rollowi oraz hair metalowi. Łezka może się zakręcić w oku, kiedy słucha się tekstu utworu. Jest to prawdziwy hard rockowy manifest. Płytę zaczyna Ruck A Pit Bridge - utwór udany, dynamiczny i jednocześnie charakteryzujący styl prezentowany w ówczesnym czasie przez kapelę. Końcówka numeru brzmi inaczej, gdyż panowie spróbowali w niej kilku funkowych elementów. Prawdziwym hitem okazało się I Hate Kissing You Goodbye, które skutecznie walczyło z szalejącym singlem Nirvany i które było trzecim najczęściej zamawianym przez słuchaczy numerem w MTV. Kompozycja, jak sama nazwa wskazuje, jest romantyczną pościelówą będącą w stanie wprowadzić niejedną kobietę w stan określany jako "miękkie nogi". Skłamałbym, gdybym napisał, że ballada jest oryginalna, prawdą jest bowiem to, że muzycy skoncentrowali się na dopracowaniu znanych patentów. Lonely Lucy można określić jako krzyżówkę Mötley Crüe z Bon Jovi, a całość brzmi dość klasycznie, hair metalowo. Panowie proponują średnie tempo. Więcej inwencji twórczej usłyszymy w Ain't Worth A Dime, w którym to pojawiają się ciekawe aranżacje, dobry rytm oraz przebojowe, dopracowane refreny. To one najbardziej mnie tu kręcą, choć przyznam że cała ścieżka wydaje mi się interesująca. Moim kolejnym faworytem jest spokojne i melodyjne So Many Seasons. Muzycy postanowili zaprezentować się od łagodnej, pogodnej strony i zaserwowali numer pozbawiony ostrych gitar elektrycznych. Mamy za to dużo przebojowości oraz refreny, dla których dałbym się posiekać. Nucenie ich pod nosem poprawia mi czasami humor. W Forever Yours na początku zdaje się, że cel uniknięcia podobieństw do Poison został osiągnięty. Kiedy tylko do gry wkracza wokalista, zespół powraca do swojej ulubionej stylistyki. Drugi bujaniec został nagrany w podobny sposób do swojego poprzednika. Wake Me Up to numer ponownie skomponowany według wszelkich prawideł i jeśli komuś spodobało sie I Hate Kissing You Goodbye to i teraz nie będzie narzekał. Swoje palce maczał w nim Bret Michaels. Spit Like This nie jest moim ulubieńcem, więc może od razu przejdę do ciekawszego moim zdaniem Good Guys Wear Black. Uwielbiam ten riff, a oprócz tego zachwycam się wokalami Steviego Rachelle'a, który śpiewa tym razem trochę inaczej, to znaczy bardziej drapieżnie i zarazem agresywniej. Instrumenty nadążają za zmianą klimatu, a refreny wypadają bardzo dobrze. I już. Płyta w mgnieniu oka się kończy, pomimo tego, że wcale nie jest krótka.

Tuff po prostu mieli pecha. W dniu kiedy wydawali swoje dzieło, na MTV zadebiutowało Smells Like Teen Spirit Nirvany i świat stał się zupełnie inny. Pomimo nieciekawych perspektyw, kapela zawędrowała niemal na sam szczyt, aby później błyskawicznie z niego spaść. Szkoda. Wracając do samego krążka sądzę, że jego znajomość jest wskazana dla każdego fana grania z końcówki lat '80 i początku '90. Jest to jedna z klasycznych pozycji, może nie moja ulubiona, ale z pewnością dobra.

Oficjalna strona zespołu: www.tuffcds.com

Guciomir
czerwiec 2009