|
Skład: Pete Loran - śpiew; Steve Brown - śpiew, gitary; Mark "Gus" Scott - perkusja; P.J. Farley - gitara basowa
Produkcja: Bill Wray
Muszę się przyznać, że lubie tę płytę bardziej, niż ona na to zasługuje. Gdy próbuję spojrzeć na nią obiektywnie, widzę naprawdę sporo braków i niedociagnięć. Jednak nie zmienia to w żadnym razie faktu, że ten zespół po prostu uwielbiam. Chłopaki w chwili wydania płyty mieli mieć od 17 do 20 lat. Jak się okazało trochę później, byli o 2-3 lata starsi.. Świetna była reklama plakatowa grupy, gdzie zespół "wygolony" na łyso reklamowany był hasłem "not another hairband". To między innymi fakt reklamowania płyty jako dzieła nastolatków przyczynił się do świetnej sprzedaży krążka. Wydanie tego albumu podobno poprzedzone było pięcioma latami gry w garażu. Mówię podobno, bo jest dużo plotek twierdzących, że na tej płycie wystąpili tylko wokalista Pete Loran i gitarzysta Steve Brown. Reszta miała być ponoć wynajętymi przez studio muzykami (tzw. hired guns), a materiał miał być pierwotnie przeznaczony dla innej kapeli. Jednakże prawdą jest, że wśród autorów piosenek są wymienieni muzycy zespołu, a w szczególności Steve Brown, który maczał rzekomo swe palce w każdym utworze. Zostawmy już te plotki...
Materiał na płycie jest bardzo nierówny. Obok utworów, których mógłbym słuchać całymi dniami, są takie, które aż się proszą o "skip" na wieży. Czuć po prostu jakby kilka piosenek zostało nagranych na siłę, tak by zapełnić album. I tak otwierający album Line Of Fire jest dla mnie takim przeciętnym utworem. Tzn. nie jest taki zły, by się nad nim pastwić, jednak w porównaniu z innymi jest po prostu słaby. Kończąc listę, takimi "naciągaczami" nazwałbym jeszcze Give It To Me Good, Bad Girl, Play Rough i Ride The Whip. Dalej jednak jest o wiele, wiele lepiej. Następne trzy piosenki po niefortunnym otwarciu to po prostu małe arcydzieła. Heart Of Steel z zabójczym otwierającym riffem rozwija się w świetny melodyjny utwór. W One In A Million zwraca uwagę bardzo melodyjny refren śpiewany przez cały zespół. Wstęp do tego kawałka także nazwałbym arcydziełem. Proste riffy, ale moim zdaniem genialne w swej prostocie. Natomiast ballada Surrender to sztampa typowa dla lat '80. Ballada słodka i przewidywalna aż do bólu, jednak mimo to uzależniająca. Oczywiście trzeba lubić taką muzykę i takie klimaty. Bardzo dobry wybór na singla nr 1 (pod kątem ówczesnej "widowni" hairmetalowej oczywiście najbardziej). W Only Young Once znów mamy genialny początek i znowu fantastyczny refren. Tutaj Steve Brown popisuje sie najlepszą solówką na płycie. Wreszcie mamy mojego faworyta na płycie. Właśnie Always A Victim wybrałbym na miejscu wytwórni na singla otwierającego. Po prostu rewelacja. Znów świetny początek utworu. Refren jest wręcz wykrzyczany, a nie wyśpiewany. Jest to jedna z tych piosenek, w których zawarta jest kwintesencja hairmetalu -radość, witalność, młodość, po prostu czysty rock'n'roll, żadnego ściemniania i udawania. Zresztą gdy spojrzymy na booklet, komu zawdzieczamy ten utwór, przestajemy się dziwić, że jest on taki dobry. Przecież współkomponowała go legenda w postaci Jacka Ponti. W tym też kawałku każdy może dostrzec wyraźne braki wokalne Pete'a Lorana. Ale nadrabia on to wielkim wigorem i spontanicznością i dla mnie ma to swój urok. Także radosną piosenką nazwałbym You'll Never Seen Me Cryin'. Ten sam niemal wykrzyczany refren i po prostu czuć tę radość, jaką zespół czerpie z odgrywania go. Wieńcząca płytę ballada On And On jest idealnym jej zakończeniem. Znalazł się tu najlepszy tekst, jaki udało się zespołowi napisać. Z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że oparty jest on na historii zespołu. Kończąc tę recenzję należy wspomnieć o produkcji płyty, która jest bardzo niecodzienna. Brzmienie gitar uzyskano przy zastosowaniu tranzystorowych wzmacniaczy Randalla, a nie przy użyciu lamp, jakich wręcz powinno sie używać przy hardrockowych produkcjach. Przez ten zabieg brzmienie gitar może się wydać przytłumione i mało potężne.
Trochę to smutne, że muzycy Trixtera starają się ostatnio na łamach różnych stron internetowych deprecjonować wartość tej płyty. Smutne tym bardziej, że wątpię, by zrobili w życiu coś bardziej pożytecznego. Ale cóż, jestem pewien, że zmienią zdanie, ba!, postawiłbym niezłą sumkę na comeback Trixtera w przyszłości. Ocena taka, a nie inna, ponieważ silę sie na obiektywizm. Dla mnie jest to arcydzieło, ale biorąc pod uwagę wszystkie składowe, ta płyta ma wiele niedociągnięć (które to w większości zostały wyeliminowane na następczyni, ale o tym to już innym razem).
Oficjalna strona zespołu: www.trixterrocks.com
Vandervelde styczeń 2004
|