|
Skład: Oliver Fehr - śpiew, gitara; Rene Baiker - gitara prowadząca, chórki; Louis Kasper - gitara basowa; Hansi Buhler - perkusja, chórki
Produkcja: Kalle Trapp
O Transit nigdy nie było specjalnie głośno. Innym szwajcarskim kapelom udało się wypłynąć na szerokie wody i zdobyć popularność poza własnym krajem. Trochę to niesprawiedliwe, Transit byli grupą składającą się z utalentowanych muzyków, a ich gra była bardzo przebojowa. No ale najwyraźniej nie wszystkim musi się udać. Wielbiciele melodyjnych brzmień mają za to możliwość zabawy w archeologów. Odkrywanie po latach takich kapelek przynosi prawdziwą satysfakcję.
Pochodząca z Amriswil ekipa nie była grupą nowicjuszy. Pierwsze występy zespołu, jeszcze pod mało oryginalną, inspirowaną prawdodobnie przez Deep Purple nazwą Hush, datuje się na 1983 rok. W 1985 wydali dość klasycznie brzmiące EP, ale na własny album czas przyszedł dopiero w 1989 roku. Jak wiadomo był to doskonały okres dla melodyjnego hard rocka i AORu. I być może ze względu na panującą wówczas modę Szwajcarzy zdecydowali się skomponować materiał, który nie odbiegał znacznie od aktualnych nurtów muzyki rozrywkowej. Dirty Pleasures jest typowym przedstawicielem AORu 1989 roku. Czy potrzebne są dalsze zachęty? Największa wadą płyty jest to, że krążek ten jest trudny do zdobycia. Zaczyna się on niestety niezbyt fortunnie i ciężko mi powiedzieć, dlaczego Let's Go To The Party zostało wybrane do tej zaszczytnej roli. Jest to kawałek imprezowy, zarówno pod względem poruszanej tematyki jak i granej przez zespół muzyki, odstaje jednak poziomem od kolejnych ścieżek. Pewnym plusem może być dobry podkład słyszany w trakcie solówki gitarowej, ale to nie wystarcza, żebym był przekonany. Dalej jest znacznie lepiej. Running Out Of Bad Times to tak jakby 1989 rok w pigułce. Szwajcarzy prezentują w nim wszystko to, czego pragną wielbiciele przebojowej muzyki. Refreny wydają się być rewelacyjne, a styl chórków, który możemy usłyszeć, stanie się wkrótce nieodłączną częścią utworów Szwajcarów. Alright (Whose Life Is It Anyway) pokazuje nam spokojniejsze, bardziej wyważone oblicze Transit. Po upływie mniej więcej jednej trzeciej czasu kawałek zgrabnie przyspiesza, a wszystko zdaje się być bardzo naturalne. Między innymi w tym właśnie tkwi siła Transit, potrafią tworzyć kompozycje, które bardzo łatwo wpadają w ucho, dzięki czemu już podczas drugiego przesłuchania zdawać się może, że niektóre piosenki znamy na pamięć, a jak wiadomo, większość ludzi lubi słuchać te utwory, które wydają się im znajome. Fantastycznie brzmi kolejne na krążku You Can't Stop The Fire. Tym razem utwór jest trochę cięższy (jak na AOR oczywiście) i przepełniony energią. Bardzo podobają mi się śpiewane przez zespół refreny, jak i pomysł zamiany solówki gitarowej na klawiszową. Brakuje co prawda wirtuozerii, ale całość brzmi tak szczerze, tak naturalnie, że ciężko sobie wyobrazić tę kompozycję w innej formie. Klawiszowych wyczynów w solówkach jest zresztą więcej na płycie i z łatwością można je polubić. Daughter Of The Moon znacznie zwalnia i jest pierwszą balladą zaprezentowaną przez Transit i to w dodatku oryginalną. Cieszy niezmiernie, że zespół nie gustuje w sprawdzonych balladowych wzorcach, ale próbuje stworzyć pewną własną formę. Refreny jak zawsze nie zawodzą. Bad Boy jest ciekawą kompozycją. Rene Baiker dobrze wyczuwa momenty, w których gitara powinna wejść na pierwszy plan. Za całkiem udany należy uznać pojedynek, w którym po przeciwnych stronach ringu stają klawisze i gitara. Heartbreaker to ponownie utwór, który podsumowuje muzykę graną w latach '80. Wskazują na to charakterysteczna gra instrumentów, przebojowość oraz ogólny wydźwięk utworu. Imprezowe i radosne Rock It wybija się dzięki posiadanej w sobie pozytywnej energii. Jak to możliwe, że z takimi refrenami nie było o grupie głośno? Warto wspomnieć jeszcze, że dobrze wypadają niektóre nietypowe aranżacje. I choć zdawać by się mogło, że na płycie znajduje się już wiele dobrych kawałków, to Szwajcarzy nie zamierzają ustępować pola i słychać, że pragną grać do końca. Take Your Love to połączenie ognia i wody. Z jednej strony mamy mocne wejścia "prawie jak Tyketto", a z drugiej podkreślaną przez klawisze delikatność. Dalej napotykamy na pełne mocy Cry For Attention, które nie do końca pasuje do materiału z Dirty Pleasures. Stylem znacznie bardziej przypomina materiał z trzeciego krążka w dorobku grupy, czyli Catchfire. Wspomniana płyta była zresztą moim pierwszym kontaktem z grupą i traktuję ją jako punkt odniesienia w ocenie dwóch pierwszych wydawnictw Szwajcarów. Patrząc z tego punktu widzenia, Dirty Pleasures jest dla mnie trochę zbyt AORowe i brakuje na nim odrobinę radosnego szaleństwa, które znajduje się na Catchfire. Trochę na przekór Transit serwują numer zatytułowany Wild Love będący zaprzeczeniem moich wcześniejszych słów i spostrzeżeń. Byłoby trochę dziwne, gdybym z tego powodu narzekał. Na koniec otrzymujemy kolejną balladę Good Emotions przypominającą mi momentami niektóre numery niemieckiego Axxis. Nie jest to mój faworyt, choć nie zdarza mi się go wyłącząć.
1989 rok był rokiem specjalnym. Ilość świetnych płyt, które w nim powstały jest bardzo duża. Mam jednocześnie nadzieję, że udało mi się zarekomendować kolejną pozycję aplikującą do tego zaszczytnego grona. O słusznośći tego stwierdzenia świadczyć może zawarty na płycie przebojowy i melodyjny materiał. Z drugiej jednak strony na niekorzyść wydawnictwa działa nienajlepsza jak na 1989 rok produkcja i to, że solówki mogłyby być lepsze. Tak czy inaczej Dirty Pleasure spodoba się fanom granego w tym okresie AORu. Zwrócę jeszcze tylko uwagę na to, że pomimo tego, że płyta jest naprawdę ciekawa, to zespół będzie nagrywał w przyszłości mocniejsze krążki i że obrany przez grupę styl skręci w stronę hard rocka.
Brak oficjalnej strony zespołu
Guciomir sierpień 2008
|