Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TRANSATLANTIC - The Whirlwind [2009]
Wydawca: Metal Blade / InsideOut

  1. The Whirlwind:
    I. Overture / Whirlwind
    II. The Wind Blew Them All Away
    III. On The Prowl
    IV. A Man Can Feel
    V. Out Of The Night
    VI. Rose Colored Glasses
    VII. Evermore
    VIII. Set Us Free
    IX. Lay Down Your Life
    X. Pieces Of Heaven
    XI. Is it Really Happening?
    XII. Dancing With Eternal Glory / Whirlwind (Reprise)
Dysk 2: [w specjalnej edycji]
  1. Spinning
  2. Lenny Johnson
  3. For Such A Time
  4. Lending A Hand
  5. The Return Of The Giant Hogweed
  6. A Salty Dog
  7. I Need You
  8. Soul Sacrifice
The Whirlwind

Skład: Neal Morse - instrumenty klawiszowe, gitary akustyczne, instrumenty perkusyjne, śpiew; Mike Portnoy - perkusja, śpiew; Roine Stolt - gitary elektryczne, śpiew, instrumenty perkusyjne, dodatkowe partie mellotronu, minimooga i inne dźwięki; Pete Trewavas - gitara basowa, śpiew, okazyjnie syntezator VST i orkiestracje
Gościnnie: Chris Carmichael - prawdziwe smyczki; Marc Papeghin - róg francuski; odgłosy palców: Collin Leijenaar, Jessica Koomen, Henk Doest i MP

Produkcja: Transatlantic

Zastanawiam się, czy używanie takich pojęć jak: “super”, “hiper”, “ekstra” nie zdążyło się już wytrzeć o banalność ich adresatów. Wszak dzisiaj “super” wydaje się być wszystko - w optymistycznym przypadku - choć trochę odstające od przeciętności. Właśnie z tego powodu Transatlantic chciałbym określić inaczej, nadać temu zespołowi znaczenia jako niecodziennemu wydarzeniu w środowisku muzyki progresywnej.

Ilość ozdobników i tekstowego pudru w kierunku tego zespołu pewnie nie będze w stanie zrównoważyć jego wagi. Dlatego wystarczy napisać krótko: Neal Morse, Mike Portnoy, Roine Stolt i Pete Trewavas po sześciu latach znów razem! Efekt współpracy tej czwórki muzyków można podziwiać na The Whirlwind, trzecim studyjnym krążku grupy. Założenie było takie, aby cały album składał się z jednego, trwającego 77 minut utworu. Co prawda rozróżnienia The Whirlwind na poszczególne części nie dało się uniknąć, ale nie są one w pełni suwerenne, bo każde przejście z jednej części do kolejnej (jest ich łącznie 12) wydaje się mało odczuwalne. Trudno abym dłużej ukrywał, iż The Whirlwind to album, na jaki fani progresywnych dźwięków oczekiwali. Krążek jest doskonały. Moc nowego Transatlantic polega między innymi na tym, że każdego z muzyków nie ma w tym materiale “po trochu” - są oni wszędzie i po całości. Zarówno Morse, Stolt, Portnoy jak i Trewavas nie odpuścili ani jednej nuty nowego albumu. Nie ma na owym wydawnictwie sytuacji, że kogoś jest mniej, a kogoś więcej. Ta czwórka progresywnych wirtuozów na premierowym Transatlantic to cztery razy 100% ich umiejętności. Zaczynając od strony wokalnej, Transatlantic to trochę poszerzone patenty Floydów, bo śpiewają wszyscy. Czasami te wokale przybierają postać chórków, czasami któryś z panów wyjdzie na pierwszą linię, czasami następują szybkie wymiany partii wokalnych. Ne ma tutaj reguły, ale jest pełna spontaniczność i efekt właściwy esencji progresywnej muzyki, która łączy narodziny gatunku z współczesnością. Klimat The Whirlwind umiejscowiony jest właściwie w rockowej atmosferze, z naturalnymi odniesieniami do progresywnej scieżki. Album nie jest pozbawiony także agresywniejszych momentów, ale nie jest ich specjalnie dużo. Wydaje mi się, że w tym aspekcie dużą rolę - choć nieświadomie - odegrał Roine Stolt, bo gitarzysta znany choćby z The Flower Kings, na The Whirlwind przemycił sporo z klimatu szwedzkiego progresywnego rocka (Karmakanic, Kaipa czy wspomniane The Flower Kings), a to w połączeniu z amerykańską precyzją i pomysłowością tworzy nieopisany efekt. Nie mogło być inaczej, aby album, choć kolegialnie wzorowy, nie eksponował też indywidualnych popisów muzyków. Tym samym dzieło bogate jest w wszelakiej maści gitarowe solówki (m.in. The Wind Blew Them All Away, A Man Can Feel, Rose Cloroded Glasses, Set Us Free czy Is It Really Happening?) czy klawiszowe wariacje (Evermore czy Dancing With Eternal Glory). Sam wkład Portnoya w nowy materiał Transatlantic dobrze puentuje to, że już po usłyszeniu jego partii z Black Clouds & Silver Linings, twierdziłem, że czynią go jednym z najlepszych drummerów tego roku. Teraz dodając do tego całą różnorodność z The Whirlwind wydaje się to być oczywiste. Jest też kilka wisienek na tym smacznym torcie. Bez wątpienia są nimi różne ukłony Transatlantic w stronę takich gatunków jak blues (sprawdźcie basy Trewavasa na On The Prowl) czy psychodelii znanej z wczesnych Floydów (prawdziwą perłą jest tutaj Is It Really Happening?), a nie można też zapominać o symfonicznym otwarciu i zamknięciu albumu.

Niebezpiecznie zbliżamy się do zakończenia. Dlatego “niebezpiecznie”, bo jeżeli kilka miesięcy temu wystawiłem nowemu Dream Theater maksymalną ocenę, to nowe Transatlantic powinno ode mnie otrzymać notę o punkt wyższą, a więc wymknąć się skali. Usprawiedliwia mnie przy tym fakt, że Dream Theater o wiele więcej sięga po heavy metal, a Transatlantic raczej rozpływa się pod kopułą mocno rockowej progresji. Stąd są to mimo wszystko dwa różne światy. Tym samym maksimum: dziesięć na dziesięć. Na takie albumy warto poczekać kilka lat, bo jeszcze dłużej nie będą opuszczały odtwarzacza.

Oficjalna strona zespołu: www.transatlanticweb.com

Robert Bronson
listopad 2009

arktyka.wordpress.com