Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TRAMP'S WHITE LION - Return Of The Pride [2008]
Wydawca: Frontiers Records / King Japan / Airline Records

  1. Sangre De Cristo
  2. Dream
  3. Live Your Life
  4. Set Me Free
  5. I Will
  6. Battle at Little Big Horn
  7. Never Let You Go
  8. Gonna Do It My Way
  9. Finally See The Light
  10. Let Me Be Me
  11. Take Me Home [bonus track]
Return Of The Pride

Skład: Mike Tramp - śpiew; Jamie Law - gitary; Claus Langeskov - gitara basowa, chórki; Troy Patrick Farrell - perkusja; Henning Wanner - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Mike Tramp i Claus Langeskov

Informacje o reaktywacji White Lion krążyły już od dłuższego czasu, teraz mamy z kolei jej efekt. Return Of The Pride swym tytułem mogłoby sugerować, że zespół wraca stylistycznie do płyty, która przyniosla mu najwiekszą sławę. Czy jednak tak jest w rzeczywistości? Oczywiście, że nie. Lew wprawdzie powraca, ale jest to Lew oszukany (co nie znaczy, że gorszy), jedyny oryginalny członek kapeli to Tramp. Jak dla mnie ostoją tej grupy był zawsze Vito Bratta, którego tutaj nie ma i wygląda na to, że już chyba w szeregach kapeli nie będzie. Tramp nagrał jednak album sygnując go nazwą White Lion, czyżby słynne odcinanie kuponów?

Sangre De Christo, mocny tytuł i takiż sam kawałek. Jak widać, zespół bez Bratty radzi sobie całkiem nieźle. Niestety najsłabszym ogniwem okazuje się jedyny ocalały członek kapeli, właśnie wokalista Mike Tramp. Nie wiem, po co próbuje się reanimować trupa, skoro można postawić za mikrofonem kogoś innego, kogoś o lepszej barwie głosu i nagrać naprawdę niezłą płytę. Sam kawałek, pomijając oczywiście flegmatyczne wokale, jest dobry, dynamiczny, ma nawet przyzwoitą solówkę. Ale powiem Wam coś w tajemnicy, są momenty, że śpiew podchodzi pod grunge i w tych momentach głos Trampa wypada zadowalająco... może powinien zająć się jednak grungem? Drugie w zestawie, Dream też jest niczego sobie, ale ponownie Mike wszystko psuje. Może i wypadłby tym razem jako tako, gdyby to była ballada, ale cóż, zaśpiewał po swojemu w normalnym, przesterowanym kawałku. Brawa dla gitarzysty, który w tym numerze zdołał przemycić wspaniały riff. Chętnie bym usłyszał takich więcej, a nawet cały utwór utrzymany w takim stylu. Znakomita porcja rock'n'rolla to Live Your Life, kapela znowu się popisała, za wyjątkiem Trampa, a jakże (choć uczciwie muszę dodać, że i tak idzie mu tu lepiej niż w dwóch poprzednich piosenkach). Brzmieniowo trochę to brudne granie, ale takie są teraz trendy w hard rocku, grunt, że kompozycja staje na wysokości zadania. Set Me Free to również dobry numer, po części ballada, jednak przed połową kawałka mamy już ostrzejsze granie. Refren przypomina czasy hair metalowe, jest bardzo melodyjny i przyznam szczerze, że właśnie takie nawiązania do "słusznych czasów" bardzo mi się podobają. Jeszcze raz słowa uznania w kierunku gitarzysty, riffy wyciosał tu solidne jak skała. Maszyna ruszyła, po takiej rozgrzewce kolejna godna uwagi pozycja - I Will. Tutaj faktycznie nieco klasycznego Lwa, trochę jakby z dodatkiem Queen, Bad English i Meat Loafa, o dziwo, Tramp spisuje się na medal, najwidoczniej kompozycja utrafiła w jego możliwości (Mike śpiewa nieco na nutę Waite'a z Bad English i chyba fanom tego zespołu najbardziej polecałbym ten numer). Battle At Little Big Horn pochwaliłbym już za sam tytuł, tym bardziej pochwalę więc za zawartość. Dobry kawałek, nawiązujący do hair metalu - posłuchajcie choćby linii basu, choć z nietypowymi jak na ten gatunek liniami wokalnymi. Nawet głos Trampa jakooś szczególnie tutaj nie razi. Dla smakoszy - świetna solówka, pycha! Wraca pianino w Let You Go, kompozycji trochę na miarę Eltona Johna. Bardzo udana piosenka, nastrojowa, kontrastująca wprawdzie z poprzednikami, ale to dobrze, uniknięto w ten sposób monotonii. Jeszcze jedno wspaniałe solo i na usta ciśnie się: "Jamie Law? Gdzie się ten facet podziewał przez te wszystkie lata?". Wiadomo, Bratta miał swój łatwo rozpoznawalny styl, Law może go nie ma, ale co ma do zrobienia, robi nadzwyczaj dobrze, słychać, że się przykłada i chwała mu za to. A teraz powrót do hard rocka. Gonna Do It My Way jest mocne, ale niestety muszę jeszcze raz napisać, co już pisałem wcześniej - bez Trampa zabrzmiałoby to lepiej. Tymczasem wyszło coś w stylu przypadkowo zmiksowanego materiału z dwóch kapel grających w sąsiednich garażach. Co psuje Mike, naprawia Jamie kolejną cieszącą ucho solówką. Udane jest Finally See The Light, gdzie kawałek może nawet nosić znamiona przeboju, a to z racji swych nawiązań do lat '80. Wokale Trampa ujdą w tłoku, wiadomo, mogłyby być lepsze, ale i jeszcze nie są takie złe. Jak już wiemy, potrafi gorzej, więc mu o tym profilaktycznie nie przypominajmy ;). Let Me Be Me, wspaniały tytuł, numer już mniej (choć ogólnie przyzwoity), umieszczono go pod koniec płyty, więc nie ma co narzekać. Tradycyjnie już dla tego krążka mamy udaną solóweczkę, było tu ich tyle, że pozostaje nam tę przyjąć bez nadmiernej escytacji. Europejskie wydanie albumu zamyka bonus track w postaci Take Me Home. Tak, to ballada, jak można się bylo domyślić. Do czołówki sporo jej brakuje, ale to głównie dzięki Trampowi, bo gitary i klawisze spisują się znakomicie. Za takiego bonusa pogniewać się nie można.

W mojej osobistej ocenie ten krążek jest znacznie lepszy od takiego Big Game i tylko pogratulować chłopakom, że nie nagrali najgorszego wydawnictwa w swojej karierze (bo ta rola przypada właśnie Big Game). Im więcej razy słucham tej płyty, tym bardziej staram się nie słuchać Trampa, tylko wsłuchiwać w samą muzykę i wtedy coraz bardziej mi się ona podoba. Jeśli wytrwam w tej metodologii do końca roku, kto wie, może krążek zagości w zestawieniu najlepszych albumów AD 2008.

Oficjalna strona zespołu: www.trampswhitelion.com

Guitarrizer
kwiecień 2008