Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TOTO - The Seventh One [1988]
Wydawca: Columbia Records / CBS / Sony Music / Sony BMG / SBME Special Markets

  1. Pamela
  2. You Got Me
  3. Anna
  4. Stop Loving You
  5. Mushanga
  6. Stay Away
  7. Straight For The Heart
  8. Only The Children
  9. A Thousand Years
  10. These Chains
  11. Home Of The Brave
  12. The Seventh One [japoński bonus]
The Seventh One

Skład: Joseph Williams - śpiew w [1-2, 4-9, 11-12]; Steve Lukather - gitary, chórki, śpiew w [3, 10]; David Paich - instrumenty klawiszowe, chórki, śpiew w [11]; Mike Porcaro - gitara basowa; Jeff Porcaro - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Steve Porcaro - instrumenty klawiszowe, elektronika

Produkcja: George Massenburg, Bill Payne i Toto

Siódmy album zasłużonej amerykańskiej formacji Toto nazwano po prostu... "Siódmy". Po co majstrować nad tytułem, skoro już w przeszłości podobne zabiegi stosowano (płyta IV tu akurat po "rzymsku"). Album siódmy, ale dopiero drugi na którym zaśpiewał Joseph Williams, zresztą tuż po skończonej trasie koncertowej wyrzucony z zespołu. Niby posunięcie bez znaczenia, bowiem ktokolwiek w Toto nie śpiewał, podporządkowywał się tej samej stylistyce. Może trochę szkoda Williamsa, bowiem on ciążył w stronę typowych rockowych wokaliz w przeciwieństwie do Kimballa, którego fascynacje muzyką soul były momentami bardzo słyszalne.

Pamela otwiera wydawnictwo i jest to jeden z licznych kawałków Toto poświęconych kobiecym imionom. Była Rosanna, Holyanna, Carmen...kto by je wszystkie zliczył ,ale najbardziej z tych wszystkich "babskich" numerów podoba mi się właśnie Pamela. Na płycie co prawda jest jeszcze Anna, ale zatrzymajmy się na Pameli. Kawałek skrojony na hit i zresztą pilotował owo wydawnictwo, ale co od razu zwraca uwagę, nietypowe potraktowanie refrenu, gdzie tonacja zmienia się ze trzy razy. Bardzo fajny zabieg nadający kawałkowi oryginalności, bo zasadniczo mamy tutaj pop rock aranżacyjnie potraktowany jak kompozycja z gatunku Adult Oriented Rocka. Jednak właśnie ten refren sprawia, że brzmi to oryginalnie, ale i niesamowicie ekscytująco. Dalej You Got Me to już prawie pop. Piszę "prawie", bowiem w dalszym ciągu jest tu żywa sekcja rytmiczna, natomiast sama melodyka to coś czego z pewnością nie powstydziłby się Michael Jackson i nawet wokale są tutaj zrobione pod zmarłego przed dwoma laty gwiazdora. Podoba mi się, mimo iż na codzień takiej muzyki nie słucham. Wspomniana Anna to numer balladowy, bardzo ładny i oczywisty jak na repertuar Toto, więc nie ma się co rozpisywać. Lubicie subtelne rockowe ballady, zaakceptujecie ten kawałek bez kręcenia nosem. Jak ktoś potrzebuje więcej ognia, to niech raczej skoncentruje się na innych kompozycjach z płyty. Stop Loving You obok Pameli promował wydawnictwo. Nie muszę chyba przekonywać, że to utwór mega przebojowy i dodam na wszelki wypadek, że zrobiony zgodnie z AOR-ową filozofią, co musi się spodobać fanom tegoż gatunku. Steve Lukather pokazuje, na co go stać, choć prawdę mówiąc pokazał już w pierwszym utworze popisując się świetną techniczną solówką. Szkoda, że obecnie tak mało podobnej muzyki. Mushanga to już coś zgoła odmiennego. Owszem, jest to Toto i podobne pomysły muzycy mieli wcześniej, ale tym razem postanowiono wycisnąć z tego wszystko, co było do wyciśnięcia robiąc kompozycję z niemałym rozmachem godnym Queen. To zdecydowanie dobre porównanie, bo Freddie mógłby się tu spokojnie zaaklimatyzować. Po raz kolejny popisał się gitarzysta serwując solo w stylu flamenco. Wszechstronny muzyk z tego Lukathera, trzeba przyznać. Stay Away to powrót do AOR-u, tym razem z pogranicza hard rocka. Żeby nie było wątpliwości, dalej jest bardzo melodyjnie i nie są to wymęczone melodie, tylko gotowy materiał na hit. Panowie Porcaro i spółka musieli nagromadzić całą masę gotowych pomysłów, które skumulowały się w drugiej połowie lat '80 i zafunkcjonowały na płycie The Seventh One, choć kto wie, czy nie był to przypływ świeżości na fali tego, co się wówczas grało. Stay Away to być może mój faworyt z płyty, piszę "być może", bo o ile mnie pamięć nie myli, od momentu zapoznania się z tym materiałem faworyci zmieniali się już dwa razy. Skoczny Straight For The Heart to także nie jest cienka kompozycja, a powiem więcej, doskonała. Ileż można chłopaków chwalić. Oby tak dalej, bo jest naprawdę dobrze. Klawisze trochę cukierkowate, ale tak się wtedy grało, gitara dodaje potrzebnej ostrości, a i pojawiają się też dęciaki. Myślę, że niejeden muzyk pop z tamtego okresu mógłby się wiele nauczyć od Toto. Only The Children dalej na AOR-owo, podobnie jak w Stay Away ciut podrasowane hard rockowym riffem. Po pierwszym odsłuchaniu płyty to był mój ulubiony kawałek i choć teraz pewnie nie jest to z pewnością ścisła czołówka. Po prostu takie Toto lubię najbardziej i to właśnie na Siódemce trafili idealnie w mój gust. A Thousand Years, czyli coś na uspokojenie. Druga z trzech ballad na płycie. Jest niezła, choć specjalnie gęsiej skórki u mnie nie wywołuje. Z kolei ostatnia już na albumie ballada These Chains wypada chyba najlepiej z tych trzech spokojniejszych kompozycji. Jakoś tak chwyta za serce, no i to ładne solo Lukathera. Chill out, chciałoby się rzec. Na sam koniec Home Of The Brave, czyli prawie 7 minut niesłabnących emocji. Kawałek ma w sobie wszystko co najlepsze w muzyce Toto, a nawet więcej. Mamy tutaj przede wszystkim AOR, ale i konstrukcja numeru daleka jest od szablonu, w jakim większość piosenek z gatunku bywała zamykana. W pewnym momencie pojawia się motyw gitarowy, który jest dla mnie kwintesencją gitarowego riffu w tego typu graniu. Brzmi to niesamowicie i pojawia się też pod koniec utworu. Mógłbym słuchać w nieskończnoność. Doskonały kawał AOR-u na sam koniec. Japończycy dostali bonus w postaci nagrania The Seventh One, który z jakiegoś powodu nie trafił na inne wydania, ale i bez tego jest tu czego słuchać.

Komu zatem polecić siódmy album Toto? Przede wszystkim fanom AOR-u, bo oni znajdą tu najwięcej dla siebie. Fani soft rocka, nawet popu mogą sięgnąć po owo wydawnictwo, gdyż jest mega melodyjne, a hałasu na nim nie ma. W końcu fani hard rocka z lat '80 warunkowo, jeśli zaakceptują niektóre lżejsze fragmenty krążka. Lubisz dobrze wyprodukowaną rockową muzykę z czasów, kiedy prawdziwy rock miał się jeszcze całkiem dobrze? The Seventh One to album dla Ciebie. Szkoda, że grupie Toto nie udało się powtórzyć tego artystycznego sukcesu, bowiem komercyjnie płyta raczej utonęła. Wydawać by się mogło, iż to dziwne, ale myślę, że ortodoksyjni fani Toto nie oczekiwali podporządkowania się trendom, a fani melodic rocka z lat '80 uważali Toto za dziadków pogrywających archaicznie, więc nie zainteresowała ich ta pozycja, a szkoda. Może po latach jest szansa, by odkryli ten niesamowity krążek.

Oficjalna strona zespołu: ww.toto99.com

LSDisease
październik 2011