Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** BOBBY KIMBALL - "Gdy jedne drzwi w życiu się zamykają, drugie czekają otwarte..." ***

Hold The Line, Rosanna, Africa... To piosenki, które wszyscy znamy, które wszyscy kochamy, które nuciliśmy - albo nawet śpiewaliśmy na całe gardło, gdy nikogo nie było w domu - setki tysięcy razy. Historia i styl muzyczny amerykańskiego zespołu Toto to jednak o wiele więcej niż owe przeboje, które w tej chwili możemy już uznawać za pierwszoligowe klasyki rock'n'rolla. O swoim życiu i karierze w zespole i poza nim, dwóch wspaniałych albumach solowych, kolejnych zbliżających się projektach, współpracy z wielkimi muzycznego światka i wielu innych sprawach opowiada legendarny wokalista z najlepszego składu Toto - Bobby Kimball we własnej osobie!

HARD ROCK SERVICE: Cześć Bobby! Wielkie dzięki za możliwość rozmowy. Zacznijmy od tego, z czego czytelnicy Hard Rock Service znają Cię najlepiej - czasów śpiewania w słynnym zespole Toto. W jakich okolicznościach dołączyłeś do grupy, sformowanej przez Jeffa Porcaro i Davida Paicha? Kiedy dokładnie to się stało?

BOBBY KIMBALL: Był to mniej więcej rok 1977, gdy poproszono mnie, bym dołączył do Toto. W 1974 roku wyjechałem z rodzinnej Luizjany, by występować w zespole Three Dog Night po tym, jak trzech poprzednich wokalistów opuściło szeregi grupy jeden po drugim. Muzycy tego zespołu chcieli jednak grać dalej i iść do przodu z jakimś nowym projektem - tak właśnie zrobili. Mój bardzo dobry przyjaciel, Jon Smith, był saksofonistą w tym właśnie zreformowanym zespole w L.A. - zadzwonił, bym przyjechał i z nimi występował. Nazwę zmieniono na S.S. Fools. Nagraliśmy nawet album dla CBS Records i ogólnie te czasy wspominam jako okres świetnej zabawy; niemniej jednak finansowo raczej nam się nie powiodło, więc ostatecznie musiałem odejść, szukając sobie lepszej przyszłości. Najlepszą rzeczą, która przydarzyła mi się podczas grania w tym własnie zespole, była jednak szansa poznania Jeffa Porcaro i Davida Paicha, którzy wpadali na większość naszych prób - Three Dog Night należało do ich ulubionych kapel, stąd bywali u nas częstymi gośćmi. Jeff, David i ja szybko się zaprzyjaźniliśmy; wkrótce zaś potem, jak opuściłem S.S. Fools, Jeff i David postanowili założyć własną kapelę. Byłem ogromnym szczęściarzem, że to właśnie ja zostałem ich wokalistą. Myślę, że w tym tkwił sekret naszego sukcesu - kombinacja bardzo wygładzonego studyjnego stylu grupy i mojego surowego, nietrenowanego sposobu śpiewania. To pasowało do siebie, tworząc zupełnie nową jakość w przemyśle muzycznym. Zespół Toto okazał się strzałem w dziesiątkę.

Bobby Kimball HARD ROCK SERVICE: Kto wyszedł z pomysłem nazwania zespołu Toto i skąd powstała taka idea?

BOBBY KIMBALL: To pytanie, na które większość muzyków Toto nienawidzi odpowiadać... W każdym razie, Jeff i David oglądali akurat "Czarnoksiężnika z Oz" i pomyśleli, że imię jednego z bohaterów - małego pieska, Toto - było dość wyjątkowe, by tak właśnie nazwać zespół. Dwie sylaby, dwie samogłoski, dwie spółgłoski... i wszystko to łatwo spamiętać. Część zespołu nienawidziła tej nazwy, ja jednak uważałem, że dobrym posunięciem był wybór słowa, które zawsze ma się na końcu języka.

HARD ROCK SERVICE: Podczas Twojego pierwszego okresu śpiewania w Toto powstały cztery klasyczne albumy. Który z nich uważasz za najlepszy i dlaczego?

BOBBY KIMBALL: To bardzo trudne pytanie, ponieważ lubiłem wszystkie cztery pierwsze płyty. Nagranie tych albumów, różniących się od siebie, kosztowało nas mnóstwo czasu, przemyśleń i wysiłku - wybór pomiędzy nimi to jak próba dokonania wyboru, które z dzieci kocha się najbardziej. Gdybym jednak musiał wybrać jeden - powiedzmy, że ktoś przystawiłby mi spluwę do skroni i żądał odpowiedzi - musiałbym powiedzieć, że w ostatecznym rozrachunku na placu boju zostałyby Toto, nasz pierwszy album (ponieważ po raz pierwszy zasmakowaliśmy wtedy sławy, i było to nasze pierwszy przebojowe wydawnictwo) i Toto IV. Ten drugi krążek sprawił, że znaleźliśmy się na ustach całego świata, zostaliśmy bowiem nominowani do 9 nagród Grammy (jako zespół) głównie dzięki przebojowości singla Rosanna. To była dla nas bardzo ważna chwila - zdobyć siedem statuetek Grammy z dziewięciu możliwych (jedną zdobył Steve Lukather za Turn Your Love Around) podczas jednej ceremonii; po prostu precedens w muzycznym przemyśle. Żadna kapela nie zdobyła jeszcze ani dziewięciu nominacji do Grammy, ani też siedmiu statuetek jednej nocy. Gdybym naprawdę musiał więc wybrać - Toto IV uważam za najlepszą z naszych płyt, ze względu na sukces, jaki przyniosła zespołowi.

HARD ROCK SERVICE: Wspomniałeś właśnie o sześciu - czy siedmiu, jeśli liczyć statuetkę Steve'a Lukathera za Turn Your Love Around - nagrodach Grammy zdobytych przez zespół tuż po wydaniu Toto IV. Jak wspominasz ceremonię rozdania nagród, która stała się jednym z najbardziej triumfalnych momentów w Waszej karierze?

BOBBY KIMBALL: To była jedna z najbardziej emocjonujących chwil naszego życia. Spodziewałem się przed ceremonią, że z dziewięcioma nominacjami głosy rozłożą się nierówno i możemy nie zdobyć przez to żadnej statuetki. Gdy jednak wręczano nam czwartą, czy piątą statuetkę Grammy, wszyscy byliśmy tak podekscytowani i oczarowani magią chwili, że z trudem przychodziło nam mówić. Gdy osiągasz coś, czego nikomu nigdy wcześniej nie udało się zdobyć, w zakresie nagród tak ważnych jak Grammy - nie wiadomo nawet, jak zareagować. Co tu dużo mówić - byliśmy po prostu w niebie, bardzo szczęśliwi i zaskoczeni. Z pewnością była to jedna z najbardziej ekscytujących nocy, jakich kiedykolwiek doświadczyłem.

HARD ROCK SERVICE: Zapewne czasy debiutu i pierwszych sukcesów z Toto to także tony anegdot i ciekawych historii, które chętnie usłyszeliby czytelnicy...

BOBBY KIMBALL: Oczywiście - wiesz, że wraz z sukcesami, działo się wiele - ciekawych czy zabawnych rzeczy, które zdarzają się w trasie. W każdym razie jednak, wraz z tymi wspaniałymi momentami, wywołanymi przez całkowite wywrócenie normalnego życia do góry nogami, zdarzały się także chwile przykre, którym trudno było stawiać czoła. Wszystkim tym imponującym sukcesom i radościom życia towarzyszą problemy i chwile załamania, równo z nimi wyważone. Docenienie dobrych chwil także przychodzi z czasem. Krótko mówiąc - było więcej dobrych chwil, niż złych, nie chciałbym jednak opowiadać o tym wszystkim w wywiadzie. Może kiedyś opiszę je w książce - wówczas mógłbym wdać się w szczegóły, dokładnie wytłumaczyć przyczyny, dla których działo się tak, a nie inaczej. Wtedy uniknąłbym wyciągania przez innych pochopnych wniosków i związanych z tym niepotrzebnych przykrości.

HARD ROCK SERVICE: Krytycznym momentem tamtych czasów było powstawanie albumu Isolation, podczas nagrywania którego opuściłeś szeregi Toto. Jaki był powód Twojego odejścia? Są także nieporozumienia co do faktu, ile materiału zaśpiewałeś na Isolation...

BOBBY KIMBALL: Angażowałem się w nagrywanie wokali na tę płytę, i nagrałem na nią również większość chórków (które zatrzymano na nagraniach). Odejście z zespołu nie było kwestią mojego wyboru - zostałem "poproszony, by odejść". Cóż, wszyscy popełniamy w życiu błędy, ja akurat tkwiłem w dość ciężkim okresie... Prawda jest taka, że opuszczenie kapeli w tamtym momencie prawdopodobnie uratowało mi życie. Był środek lat '80 i nie wiem, czy był ktokolwiek, kto akurat nie eksperymentował wtedy z narkotykami. To miało wiele wspólnego z moim odejściem... oczywiście, nie mam pewności, ale pozwól, że Cię zapytam - czy sytuacja, w której zespół zdobywa więcej statuetek Grammy, niż ktokolwiek w historii, a w trakcie nagrywania piątej płyty "prosi" wokalistę, by odszedł z zespołu, nie świadczy w części o wpływie narkotyków na nasze ówczesne życie i decyzje nas wszystkich? Tak właśnie to wówczas odebrałem. Cały zespół o wiele za dużo eksperymentował wtedy z naprawdę szkodliwymi, psychoaktywnymi substancjami. Sądzę, że odejście było wtedy dla mnie dobrym wyjściem z sytuacji, ponieważ naprawdę uratowało mi to życie. Oczywiście, równocześnie znalazłem się w kiepskim położeniu - bardzo kochałem ten zespół; oni także mieli problemy, ponieważ nie do końca przemyśleli zaistniałą sytuację i nie mieli dla mnie dobrego zastępstwa. Również CBS Records to wszystko wpędziło w poważną rozterkę, co zrobić z Toto. To był moment prawdziwego zawieszenia dla grupy. Byłem na nich wściekły, ale równocześnie im współczułem; przy tym, zmagałem się także z własną sytuacją. Musiałem pogodzić się z faktem, że coś się dla mnie skończyło, a oni - musieli na siłę szukać dla mnie zastępstwa, kogoś zdolnego skopiować mój styl śpiewania, by mogli wypuścić na rynek płytę. Szczęśliwie, znaleźli naprawdę dobrego wokalistę z zespołu w Luizjanie, którego założycielem byłem zresztą ja wiele lat wcześniej. Na przestrzeni lat przez Toto przewinęło się kilku wokalistów, aż do 1998 roku, gdy poproszono mnie o powrót do zespołu. Ten okres trwał jakieś dziesięć lat, aż do rozwiązania grupy.

HARD ROCK SERVICE: W 1984 roku opuściłeś szeregi zespołu, by - jak właśnie zostało powiedziane - powrócić do Toto w roku 1998. Jak czułeś się będąc znowu "w siodle", mogąc znów występować ze starymi kumplami z zespołu?

BOBBY KIMBALL: Nikt nie cieszył się bardziej niż ja z powrotu do zespołu, do najlepszego zespołu, z jakim kiedykolwiek występowałem. Na zawsze w moim sercu pozostanie szczególne miejsce dla Toto, i dla wszystkich byłych i obecnych członków grupy. Można by powiedzieć, że czasy Toto to największa frajda, jaką miałem kiedykolwiek w życiu, i nikt mi tego nie zabierze. Oczywiście będę kontynuował to, co sprawia mi radość - śpiewanie, grę na klawiszach, pisanie piosenek, koncertowanie etc. - ale nic nie czyni mnie tak szczęśliwym, jak granie z Toto. Kocham cały ten zespół i życzę każdemu z jego członków wszystkiego najlepszego.

HARD ROCK SERVICE: Podczas okresu Twojej absencji, za mikrofonem w Toto stawali kolejni wokaliści. Jak podchodziłeś do śpiewania piosenek Toto z czasów ich bytności w zespole, piosenek, w których powstawaniu i nagrywaniu nie uczestniczyłeś?

BOBBY KIMBALL: Przede wszystkim, kochałem i kocham niemal wszystkie piosenki Toto. Również te, które nagrywali inni, były bliskie memu sercu. Podczas tras śpiewałem wiele piosenek, których nie wykonywałem na płytach - tylko dlatego, że w moim mniemaniu były one warte dodania do repertuaru. Jeśli teraz ruszę w trasę, będę śpiewał na swoich koncertach także piosenki Toto, oraz wiele innych coverów z repertuaru tych artystów, których kocham i szanuję. To czyni show bardziej kompletnym, a mi sprawia ogromną radochę. Do muzyki podchodzę przekrojowo - kocham różnorodność, wiele różnych piosenek wykonywanych przez najróżniejszych artystów. Jeśli dany utwór mnie porusza, wiem, że będę naprawdę szczęśliwy mogąc dodać go do własnej setlisty.

HARD ROCK SERVICE: W 2002 roku, Toto wydało album z przeóbkami - Through The Looking Glass. Czym było w Twojej opinii jego ukazanie się na rynku - hołd, jaki chcieliście złożyć swoim muzycznym idolom, czy wypełniacz w Waszej dyskografii?

BOBBY KIMBALL: Muszę przyznać, że po trosze i jedno, i drugie. Zbliżała się dwudziesta piąta rocznica powstania Toto, a my nie mieliśmy materiału na kolejny album. Zebraliśmy się więc całym zespołem i zdecydowaliśmy się wybrać kilka piosenek różnych kapel i wykonawców, którzy stanowili dla nas inspirację. Każdy z nas przyniósł listę utworów, bez których nie wyobrażał sobie tej płyty, po czym drogą eliminacji zminimalizowaliśmy ich liczbę do jedenastu piosenek. Wybieranie tej jedenastki spośród tak wielu różnych utworów było ogromną trudnością. I cóż - kochajcie tą płytę albo znienawidźcie ją, my podczas jej nagrywania i tak bawiliśmy się świetnie. Część fanów oczywiście nie poparła tej decyzji i odnosiła się do niej raczej mało entuzjastycznie, ale ja wciąż lubię wykonywać niektóre z tych coverów.

HARD ROCK SERVICE: Jak wypada porównanie pomiędzy Mindfields i Falling In Between - dwoma nagraniami zrealizowanymi w ostatnim okresie działalności Toto - i pierwszą czwórką klasycznych albumów grupy?

BOBBY KIMBALL: Trudność w dokonaniu tego rodzaju porównań nie opiera się na zawartości tych płyt, ale ramach czasowych, w których zostały wydane. Osobiście naprawdę pokochałem Mindfields i Falling In Between, obie jednak wydane zostały w czasie, gdy przemysł płytowy stawał się jako gałąź biznesu totalną klapą. Gdy wydawaliśmy cztery pierwsze albumy - te, które pomogły Toto zdobyć rozgłos - zespoły nagrywały i sprzedawały płyty, by zarobić, a w trasy jeździły, by promować swoją muzykę i podwyższać sprzedaż płyt. Gdy wychodziły ostatnie płyty, te, o których mówisz, w przemyśle muzycznym zapanował nowy porządek. Zespoły wydają teraz płyty nie po to, żeby robić na ich sprzedaży kasę, ale by promować swoje przyszłe koncerty, jedyne ich obecne źródło zarobku. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem ery komputerowego piractwa... Wystarczy, że światło dzienne ujrzy jakieś sto egzemplarzy płyty - już wszystkie piosenki są w internecie i właściwie nie ma po co kupować egzemplarza tak dostępnego albumu... Jeśli zespół wyda 300 czy 500 tysięcy dolców na nagranie płyty, niech lepiej przygotuje się także na długą trasę w ramach uniknięcia bankructwa - jakoś trzeba powetować sobie straty poniesione w ramach nagraniowego budżetu, inaczej spłynie on w przysłowiowym kibelku.

HARD ROCK SERVICE: W 2008 roku oficjalnie ogłoszono zakończenie działalności Toto. Jak Ty osobiście się do tego odnosisz?

BOBBY KIMBALL: Wszyscy w zespole dobrze wiedzieliśmy, że zostało nam jeszcze sześć tygodni wspólnej działalności. Kończyło się właśnie trwające dwa i pół roku tournee, odbyte w ramach promocji Falling In Between i tak naprawdę dyskusja, która zaowocowała decyzją o zakończeniu kariery zespołu, nastąpiła jeszcze zanim ruszyliśmy w tę ostatnią część trasy. Ostatni koncert zagraliśmy w Seulu w Korei - to była naprawdę świetna zabawa... W obliczu zakończenia działalności zespołu był to oczywiście słodko-gorzki moment, jednak z góry przewidywaliśmy koniec tego wszystkiego - postanowiliśmy więc po prostu zabawić się jak nigdy, zamiast jak banda frajerów ostatecznie sfinalizować naszą działalność po trzydziestu latach tworzenia wspaniałej muzyki i wzajemnej przyjaźni. Moje podejście do tej sprawy jest jak w każdym innym przypadku, gdy coś ważnego sięga kresu - by spojrzeć na to jak na nadarzającą się okazję robienia czegoś zupełnie nowego. Wspaniała jest świadomość, że gdy jedne drzwi w twoim życiu się zamykają, drugie czekają otwarte. Wszystkim, co nam w tym życiu dano, jest bardzo krótki czas - wolałbym go spędzić z możliwie najbardziej pozytywnym podejściem. Zamiast ciągłego spoglądania za siebie, rozdrapywania starych ran i niszczenia wszystkiego, co było, ja wybieram pójście naprzód i możliwie najlepsze wykorzystanie tego, co czeka w zasięgu moich rąk. Chcę pozytywnie podejść do nowego etapu życia, który na mnie czeka. Patrzę na rozpad Toto jako na moment, w którym oryginalni członkowie grupy (w tamtej chwili tylko Luke i ja) udają się w różne strony, by poświęcić się innym zajęciom i znaleźć w swoim życiu nowe, lepsze możliwości. Nie chodzi tu o żadne kwestie sporne - po prostu kwestia pójścia do przodu. Luke prowadzi znakomity solowy zespół, wydał rewelacyjną płytę. W tej chwili również i ja pracuję bardzo ciężko, by ukończyć solowy album i ukazać światu mój nowy autorski zespół. Jeśli pojawi się kiedykolwiek możliwość, by choćby większosć oryginalnego składu chciała zagrać koncert albo dwa - ja jestem za tym całym sercem.

HARD ROCK SERVICE: Jaka jest Twoja ulubiona piosenka Toto?

BOBBY KIMBALL: To bardzo trudne pytanie, jednak w pierwszej chwili pomyślałem o Make Believe z płyty Toto IV. Zakochałem się w tym numerze w chwili, gdy po raz pierwszy ją zaśpiewałem. Drugi z moich wyborów to You Are The Flower z jedynki Toto, piosenka napisana o mojej córce. Kolejną moją faworytką byłaby zaś Waiting For Your Love, również z Toto IV.

Bobby Kimball HARD ROCK SERVICE: Podsumowując kwestię śpiewania w Toto - jak oceniasz osobiście wszystkie te etapy w Twojej karierze? Co w Twojej opinii czyniło zespół wyjątkowym?

BOBBY KIMBALL: Czynnikiem, który sprawiał, iż zespół był wyjątkowy, była kombinacja naprawdę najlepszych muzyków, instrumentalistów najwyższej rangi. Składy dobierane były z ogromną dbałością i uwagą, a piastowanie stanowiska w tym zespole musiało pokrywać się z ogólną ideą - komunikacji, współpracy, dzielenia się inspiracjami i pomysłami. Tak naprawdę nikt nie mógł przywłaszczyć sobie autorstwa jakiejś muzycznej idei, ani ostatecznego jej kształtu, ponieważ każdy z nas dawał jej coś z siebie. Współpraca z Toto to najlepszy czas mojego życia, i w moim sercu zawsze pozostanie wyjątkowe miejsce dla piosenek, muzyki, osobowości i wszystkich ludzi, których swoją twórczością udało nam się poruszyć przez te lata. Toto było dla mnie jak rodzina i oczywiście pozostają po tym okresie zarówno wspomnienia dobrych, jak i złych czasów. Pamiętam jednak głównie najlepsze chwile... choćby reakcję fanów po koncertach. To była naprawdę największa zabawa, największa frajda.

HARD ROCK SERVICE: Oczywiście, nie zapominajmy o innych kwestiach, które koniecznie musimy omówić. Oglądając się za siebie - jakie były Twoje początki z muzyką? W jakim wieku zacząłeś planować, że zostaniesz wokalistą?

BOBBY KIMBALL: Potraktowałbym bardzo zdawkowo tę wypowiedź, gdybym pominął moment usłyszenia śpiewu Raya Charlesa. Ta chwila poruszyła mnie, wyzwalając we mnie pewność co do tego, co chcę robić w życiu. Nie mogłem pozbyć się tego uczucia ani z duszy, ani z umysłu po usłyszeniu i poczuciu całym sercem, jak wielkie emocje można wyzwolić w śpiewie. To zmieniło całe moje podejście. Zacząłem śpiewać i grać na keyboardzie, mając jakieś cztery lata... Moją życiową ambicją stało się powtórzenie tych emocji, wytworzenie w sobie tych uczuć. Ray Charles zmienił moje życie na zawsze, i jestem mu za to winien dług wdzięczności po wsze czasy. Mój pierwszy zespół powstał, gdy miałem osiem lat, a w wieku dwunastu zacząłem grywać w nocnych klubach... By móc w nich występować, musiałem wszędzie nosić ze sobą pisemne pozwolenie od rodziców - inaczej nie wpuściliby mnie, nie mówiąc już nawet o występach na scenie! Szkoda, że kartka z tą ich pisemną zgodą nie zachowała się przez lata; musiała się gdzieś zapodziać w przeprowadzkach z miejsca na miejsce.
Jednym z najważniejszych momentów całego mojego życia był okres współpracy nad duetem wokalnym z niejakim Charlesem Vealem. Powiedziano mi wtedy, że Ray Charles pojawi się w studiu, by zaśpiewać końcową partię piosenki. Któregoś dnia kończyłem akurat nagrywać wokale, gdy Ray pojawił się w pomieszczeniu kontrolnym i przez jakieś dwadzieścia minut słuchał tego, co rejestrowano na nagraniu. Gdy wszedłem do pokoju kontrolnego i akurat go mijałem, obrócił się w moją stronę i powiedział "jedno słowo... w porządku". Poczułem się ogromnie doceniony przez swojego mentora. Mógłbym umrzeć na miejscu, a i tak umierałbym szczęśliwy, z przekonaniem, że moje życie osiągnęło pełnię. To był najdoskonalszy jednowyrazowy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem. Mój idol, Ray Charles, pobłogosławił to, co robię. Do dziś pozostaje to jedną z najbardziej inspirujących nanosekund mojego życia.

HARD ROCK SERVICE: Z ciekawostek, które czytałam na Twój temat, słyszałam, że Twoja edukacja nie miała zbyt wiele wspólnego z muzyką. Czy to prawda, że przez kilka lat studiowałeś medycynę na uniwersytecie? Dlaczego ostatecznie zdecydowałeś się związać życie z muzyką?

BOBBY KIMBALL: Dorastanie w miejscu takim jak Luizjana wiązało się z niewielkimi nadziejami na odniesienie sukcesu w muzyce - nie da się tego obszaru porównać z takimi ośrodkami przemysłu rozrywkowego jak Nowy Jork, Los Angeles czy Nashville. Co prawda, muszę tu zaznaczyć - jedni z najlepszych muzyków, których w życiu słyszałem, pochodzą z Luizjany; nie ma tam jednak prężnie działającego przemysłu muzycznego, zdolnego wypromować ich na skalę światową. Moi bracia ukończyli studia uniwersyteckie i obaj odnieśli spore sukcesy - jeden studiował fizykę (pracował przy pierwszym lądowaniu na Księżycu i otrzymał nawet oficjalną nagrodę od prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy'ego), drugi - wybrał zawód inżyniera elektryka. Rodzice chcieli, by w rodzinie znalazł się choć jeden lekarz medycyny, w związku z tym wybrano mnie. Wstąpiłem na uniwersytet i studiowałem medycynę przez pięć lat. Bardzo podobała mi się praca laboranta w szpitalu w czasie, gdy studiowałem; gdy jednak przyszło do ostatecznego wyboru między medycyną i muzyką, musiałem wybrać tę z dróg, która czyniła mnie szczęśliwszym. Wybrałem więc muzykę. Rodzice spędzili ze mną długie godziny, próbując mnie odwieść od tej decyzji. Przekonałem ich jednak, że mam prawo żyć i umrzeć z uśmiechem na twarzy, że zasłużyłem na to - i tak dali spokój. Gdy Toto otrzymało wyróżnienie za pierwszą Złotą Płytę, swoją odesłałem rodzicom. Byli ze mnie bardzo dumni, ja również byłem usatysfakcjonowany.

HARD ROCK SERVICE: Jak wspominasz najwcześniejszy okres kariery, śpiewanie w rozmaitych, mało znanych kapelach?

BOBBY KIMBALL: Z zespołów, z którymi występowałem w Luizjanie, większość była naprawdę świetna. Grywaliśmy głównie covery, w ramach "Przeboju dnia". Bardzo mi to odpowiadało, bo tam właśnie dostałem szansę wsparcia się warsztatem jakiejś setki różnych wokalistów i rozwinięcia własnego stylu śpiewania. Pożyczałem to i owo ze stylu każdego wokalisty, który czymś w swoim śpiewie mnie poruszył, i wszystko razem obróciło się wreszcie w mój własny, unikalny styl. Szczęśliwie, rozrzut gatunkowy piosenek, które śpiewałem, był całkiem spory - głównie czarna muzyka, ale także dźwięki brytyjskiej inwazji, co połączone dało zupełnie coś nowego. Ot, śpiewałem soulowe albo funkowe numery z naleciałościami białego wokalisty, kochając oba te style - dla przeciętnego słuchacza wydawało się to nowatorstwem. Bardzo ciepło wspominam tamte czasy, wszystkie zespoły, z którymi śpiewałem na Południu. Tam właśnie zapaliłem się do zostania muzykiem, i cieszę się, że tam właśnie dorastałem. Gdyby to miało miejsce gdzie indziej, moje życie z pewnością obrałoby inny kurs.

HARD ROCK SERVICE: Pierwszą pozycją w Twojej dyskografii jest longplay S.S. Fools, wydany w 1976 roku. Jak wspominasz nagrywanie tego albumu i czasy grania w zespole?

BOBBY KIMBALL: Zadzwonił do mnie mój dobry przyjaciel, Jon Smith, który wcześniej grał na saksofonie w zespole Edgara Wintera - White Trash. Jon i ja przyjaźniliśmy się, odkąd skończyliśmy szesnaście lat, i graliśmy razem w dwóch różnych zespołach w Luizjanie. W momencie, gdy zespół Three Dog Night zaczął przechodzić zmiany w składzie, w ich szeregach pojawił się właśnie Jon; wówczas też zadzwonił do mnie i zaprosił mnie do współpracy z powstającym na gruzach Three Dog Night nowym składem. Nagraliśmy jeden album pod okiem Ritchiego Podlera i Billa Coopera (teamu producenckiego, który odpowiadał za wszystkie hity Three Dog Night), zresztą album bardzo solidny. Po krótkiej trasie koncertowej okazało się, że sytuacja finansowa zespołu nie odpowiada niczyim oczekiwaniom, w związku z czym musiałem opuścić jego szeregi i ustabilizować swoje finanse poprzez angażowanie się w inne rzeczy. Trochę szkoda - to był naprawdę świetny zespół i mieliśmy spory potencjał. Gdy jednak brakuje ci środków do życia, musisz zrobić wszystko, by poprawić tę sytuację... Naprawdę świetnie się bawiliśmy i dzięki temu zespołowi miałem szansę zaśpiewać z niektórymi z moich największych muzycznych idoli. Wszystko jednak ostatecznie rozbijało się o forsę. Najlepszą zaś rzeczą, która przydarzyła się mi podczas S.S. Fools, na zawsze pozostanie szansa spotkania Jeffa Porcaro i Davida Paicha podczas naszych prób i ich późniejsza prośba o dołączenie do Toto.

HARD ROCK SERVICE: Prócz współpracy z Toto, jesteś również bardzo cenionym wokalistą, jeśli chodzi o chórki. Z kim współpracowałeś w studio?

BOBBY KIMBALL: Ciężko byłoby przypomnieć sobie wszystkich wykonawców, najbardziej jednak w pamięć wryła mi się współpraca z Barbarą Streisand, Dianą Ross, Richardem Marxem, Chicago, The Tubes, Stevem Cooperem, Alem Jarreau, Tomem Jonesem, Quiet Riot, Leo Sayerem, Edgarem Winterem, Dr. Johnem oraz chórki na kilku płytach Toto. W czasach, kiedy Toto zaczynało, w kwestii chórków liczyło się tylko trio wokalistów - Bill Champlin, Michael McDonald i ja. Gdy jednego z nas zapraszano do współpracy przy chórkach, na miejsce docierała cała trójka i czasami udawało nam się nawet pozbyć producenta... wszystko po to, byśmy mogli wykonać tę samą robotę lepiej, niż pojedynczo i do tego trzy razy szybciej... Nagraliśmy wtedy tak wiele ścieżek wokalnych, że ciężko je zliczyć... To była naprawdę wspaniała drużyna - mogliśmy pisać swoje partie i nagrywać je w bardzo krótkim czasie. To były jedne z najlepszych czasów mojego życia.

HARD ROCK SERVICE: Jednym z albumów, na których zaśpiewałeś jest Empires, drugi solowy album Jimiego Jamisona. W wywiadzie, który miałam niedawno przyjemność przeprowadzić z Jimim, wspominał, że jesteście w trakcie rozmów związanych z nagrywaniem płyty w duecie. Czy są już jakieś konkretne plany?

BOBBY KIMBALL: I owszem. Nagramy dwanaście piosenek, stworzonych przez Richarda Page'a i Randy'ego Goodruma dla włoskiego Frontiers Records. Są to moi dwaj ulubieni songwriterzy. Właśnie dziś otrzymałem demówki piosenek, więc mogę zacząć pracę nad swoją częścią płyty. Jimi i ja jesteśmy przyjaciółmi od około dwudziestu lat i nie ma nikogo, z kim wolałbym stworzyć duet. To będzie wspaniała płyta, i na pewno mnóstwo frajdy dla nas obu. Jestem pewien, że uda nam się zrealizować ten projekt.

HARD ROCK SERVICE: Jako artysta solowy, wydałeś dwa wspaniałe albumy, Rise Up (1994) i All I Ever Needed (1999). Jak oceniasz oba nagrania?

BOBBY KIMBALL: Oba te nagrania stanowiły różne odcienie mojego muzycznego portretu. Bez wątpienia, świetnie się bawiłem nagrywając obie te płyty, i każda z nich ma własną osobowość. Powstanie albumu Rise Up ma związek z moją przyjaźnią z Brucem Gowdym. Miał on materiał nagrany już przez jego poprzedni zespół - Unruly Child i do niego dodaliśmy kilka dodatkowych piosenek, by wszystko razem zarejestrować w Niemczech. Te piosenki ogromnie mi się podobały, również współpraca z Brucem była wspaniałym doświadczeniem. Jedną z moich absolutnych faworytek spośród materiału na Rise Up była piosenka Woodstock, ponieważ od chwili gdy usłyszałem próbki tego nagrania, czułem, że trzeba nadać mu bardziej rockowy klimat. Wreszcie miałem szansę nagrać własną wersję i wciąż jestem bardzo zadowolony z rezultatu. Swego czasu bardzo chciałem jechać na Festiwal Woodstock, ale dostałem akurat wezwanie do wojska i nie mogłem w związku z tym opuścić Luizjany. Od poboru uratowała mnie, koniec końców, dawna kontuzja, której nabawiłem się grając w football. Pierwotnie miałem trafić tam, gdzie trafił jeden z moich najlepszych kumpli; w ramach tzw. "Buddy system" obowiązującego w armii w tamtym czasie (dzięki niemu rekruci powołani do armii nie czuli się drastycznie oderwani od własnej rzeczywistości). Mój przyjaciel dostał strzał dokładnie między oczy dziesięć sekund po tym, jak wyskoczył z helikopteru w Wietnamie. Prawdopodobnie stałbym tuż za nim.
Materiał na płytę All I Ever Needed stworzyłem wspólnie z moim wielkim przyjacielem, Johnem Zaiką. Wspólnie napisaliśmy piosenki i wyprodukowaliśmy nagranie. Była to dla nas ogromna frajda, jednak współpracowaliśmy jeszcze z kimś trzecim - kto z samą płytą nie miał nic wspólnego - i kto koniec końców zagarnął całą kasę, jaką mieliśmy z Johnem zarobić. Ostatnia wiadomość, jaką od niego otrzymałem, zawierała akapit o utracie przez niego wszystkiego, co miał (żony, córki, pieniędzy i szacunku wszystkich dookoła) - facet po prostu szukał najwyższego możliwego budynku w Abu Dhabi, by wyskoczyć z okna i zakończyć to wszystko. Sądzę, że w życiu dostajesz to, na co zasługujesz... John i ja wciąż współpracujemy; pracujemy akurat nad nowymi piosenkami na moją kolejną płytę. All I Ever Needed była mi bardzo bliskim nagraniem zwłaszcza dlatego, że miałem przyjemność zatrudnić wspaniałych i utalentowanych muzyków do nagrań. Nie muszę nawet wspominać, że kilka piosenek zaśpiewał ze mną Mickey Thomas [Jefferson Starship, Starship], który jest jednym z moich ulubionych wokalistów... Mówiąc krótko - kocham oba te albumy i spodziewajcie się ode mnie kolejnych już wkrótce.

HARD ROCK SERVICE: Podczas prac nad płytą współpracowałeś także z ówcześnie byłym wokalistą Unruly Child - Markiem/Marcie Free. Jak wspominasz tę współpracę i udział Marka/Marcie w chórkach?

BOBBY KIMBALL: Mark/Marcie Free to głos światowej klasy, i był to dla mnie prawdziwy zaszczyt. Unruly Child to fantastyczny zespół i naprawdę uwielbiam wszystko, co nagrali. Ich pierwsza płyta nie sprzedała się najlepiej, stąd decyzja Bruce'a i moja, by na Rise Up znalazły się ich piosenki.

HARD ROCK SERVICE: Kolejnym polem Twojej solowej kariery jest zespół Yoso, sformowany z kilkoma członkami Yes. Proszę, opowiedz nam trochę o tym projekcie.

BOBBY KIMBALL: Projekt Yoso jest tymczasowo odłożony na bok. W zespole zachodzi wiele zmian, a w związku z tym - konieczne jest podjęcie paru decyzji, nim ruszymy naprzód. Ukończyliśmy nagrania do naprawdę świetnej płyty i - miejmy nadzieję - wszystko niedługo się ułoży.

HARD ROCK SERVICE: Nie wiem, czy to plotka, czy fakt - natrafiłam ostatnio na wiadomość, że w 2008 roku zagrałeś epizod w teledysku Brat Girls Donny'ego B. Lorda - grając ochroniarza... Britney Spears. Czy to prawda? Czy mógłbyś nam coś o tym opowiedzieć?

BOBBY KIMBALL: Donny to mój sąsiad, i tworzymy wspólnie trochę muzyki. W dniu, w którym kręcili ten wideoklip, wpadł do mnie i zapytał, czy wstąpiłbym na plan, by zagrać rolę ochroniarza dziewczyn. Pomyślałem, że to niezła frajda i przysługa dla przyjaciela, więc przystałem na jego propozycję. Trwa to tylko sekundy, ale na planie było bardzo zabawnie. Zresztą - przebywanie w limuzynie z tymi wszystkimi pięknymi dziewczynami naprawdę nie uraziło moich uczuć.

HARD ROCK SERVICE: Twoja oficjalna strona internetowa, prócz zwyczajowej zawartości pokroju dyskografii czy biografii, zawiera także tzw. Singer's Corner. Czy możesz nam opowiedzieć o tym przedsięwzięciu, wspaniałym pomyśle pomocy aspirującym wokalistom? Może to zainteresować także utalentowanych wokalnie czytelników Hard Rock Service...

BOBBY KIMBALL: W Singer's Corner nie ma ograniczeń co do gatunku muzycznego; każdy wokalista może przedstawić swoją pracę za pośrednictwem mojej strony. Podczas pracy nad tą częścią mojej witryny, myślałem jak fajnie byłoby móc przedstawić się publiczności, lub też wytwórni, za pośrednictwem czegoś takiego... Oczywiście za moich czasów nie było takich możliwości, więc teraz zdecydowałem się umożliwić młodym twórcom i wokalistom zaprezentowanie się szerokiej publiczności, tak, by ludzie mogli zobaczyć i usłyszeć jeszcze nieodkryte talenty. Otrzymałem przez lata wiele listów i e-maili z podziękowaniami od tych ludzi - sprawia mi to ogromną przyjemność i z każdego z nich jestem bardzo dumny. To w pewnym sensie mój pomysł na przekazywanie dalej darów, którymi ja byłem obdarzany przez lata.

HARD ROCK SERVICE: Co również może zainteresować naszych czytelników i - szczególnie - Twoich fanów, w styczniu 2010 roku odbyła się trasa "Rock Meets Classic" - obejmująca występy Twoje, Lou Gramma (Foreigner) i Dana McCafferty'ego (Nazareth) wraz z praską orkiestrą The Bohemian Symphony. Objechaliście Niemcy, graliście także w Szwajcarii. Czy są w związku z tym przedsięwzięciem związane jakieś dalsze plany? Czego może spodziewać się publiczność po współpracy trzech legendarnych wokalistów i orkiestry?

BOBBY KIMBALL: Pomysł ten zaczął się wraz z pierwszą trasą "Rock Meets Classic", w 1994 roku, w której brałem udział wspólnie z Garym Brookerem z Procol Harum. Graliśmy wspólnie z orkiestrą i przedsięwzięcie okazało się być ogromnym sukcesem. Promotorem był niejaki Manfred Hertlein - i w związku z tym ostatniego roku jego współpracownicy poprosili mnie, bym zaśpiewał na jego urodzinach. Pojechałem do Niemiec i zagrałem pięć piosenek, akompaniując sobie na klawiszach. Po moim występie usiadłem z Manfredem i porozmawialiśmy o kolejnej edycji "Rock Meets Classic". Tydzień później zadzwonił i wszystko zaczęło się klarować. Byłem bardzo szczęśliwy mogąc brać w tym udział; w dodatku, jeden z moich bardzo dobrych przyjaciół - który jest dyrygentem UAE Philharmonic Orchestra - dyrygował orkiestrą podczas trasy. To ucieszyło mnie jeszcze bardziej. Tournee okazało się wielkim sukcesem, a wspólne występy z Lou i Danem były niesamowite. Obaj są wspaniałymi wokalistami i naprawdę bardzo miłymi ludźmi. To była niezła frajda. Zdecydowanie planujemy więcej dat na przyszłość, i uważam się za ogromnego szczęściarza mogąc uczestniczyć także w następnej edycji tego przedsięwzięcia.

HARD ROCK SERVICE: Mówiąc o Twoich przyszłościowych planach i koncertowym rozkładzie jazdy, czy możemy się kiedyś spodziewać Twojego koncertu w Polsce? Jakie są generalnie Twoje najbliższe plany?

BOBBY KIMBALL: W tej chwili najbardziej przykładam się do ukończenia swojej następnej solowej płyty. Mam za sobą zespół świetnych muzyków, którzy chcą grać ze mną mój materiał. Zamierzam również włożyć sporo wysiłku w światową trasę koncertową, podczas której zamierzam grać swoje piosenki oraz materiał z czasów Toto. Jestem pewien, że publiczność będzie zachwycona. Kocham Polskę, i zdecydowanie znajdzie się ona na mojej liście miejsc, w których muszę zagrać. Wszystko jest jeszcze w fazie planów, ale już teraz mam nadzieję Cię tam zobaczyć.

HARD ROCK SERVICE: Bez wątpienia nie przepuszczę takiej okazji! Dziękuję za wywiad, był to dla mnie ogromny przywilej. Czy mogę jeszcze na koniec poprosić Cię o kilka słów dla fanów Toto w Polsce oraz czytelników Hard Rock Service?

BOBBY KIMBALL: Choć nie jestem już w Toto, mam nadzieję, że wszyscy pozostajecie lojalnymi fanami zespołu. Chciałbym także, byście przyszli zobaczyć występy mojego nowego zespołu - posłuchać nie tylko nowego materiału, ale także piosenek Toto, które będą dodawane do setu. Kocham Was wszystkich i obiecuję, że nie będziecie zawiedzeni, gdy przyjadę z występami do Polski. To marzenie, które ma ważne miejsce w moim sercu, marzenie, które spełnię. Tobie dziękuję za wspaniałe pytania i mam nadzieję, że wywiad spodoba się Wam wszystkim.

Oficialna strona artysty: www.bobbykimball.com

Twisted
16.05.2010

(Wszystkie fotografie pochodzą z oficjalnej strony artysty i zostały użyte za jego pozwoleniem)

English version / wersja angielska