Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TORA TORA - Wild America [1992]
Wydawca: A&M Records / Lemon Recordings

  1. Wild America
  2. Amnesia
  3. Dead Man's Hand
  4. As Time Goes By
  5. Lay Your Money Down
  6. Shattered
  7. Dirty Secrets
  8. Faith Healer
  9. Cold Fever
  10. Nowhere To Go But Down
  11. City Of Kings
  12. Wild America [Radio Eq 12 inch Mix] [tylko w reedycji]
Wild America

Skład: Anthony Corder - śpiew, chórki; Keith Douglas - gitara akustyczna i elektryczna; Patrick Francis - gitara basowa; John Patterson - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Peter Hyrka - smyczki; Tommy Burroughs - mandolina; Wayne Jackson - trabka; Andrew Love - saksofon; Jim Spake - saksofon barytonowy; Clarence McDonald - pianino; Greg Redding - instrumenty klawiszowe, organy Hammonda; Jim Jamison, Tim Dills, Jimmy Bridges, The Jagermeisters - chórki

Produkcja: John Hampton i Sir Arthur Payson

Tora Tora to dosyć bezczelna nazwa jak dla amerykańskiego zespołu, gdyż pod tym hasłem kryła się komenda do japońskiego ataku na Pearl Harbor, jednego z najbardziej tragicznych wydarzeń w historii USA. Prawda jest jednak taka, że nazwę tą zainspirował utwór Van Halen z 1980 roku. Może przy okazji opisywania drugiej płyty Amerykanów z Memphis (miasto Elvisa) nie będę tak bardzo wnikał w początki zespołu (to można zostawić na recenzję 'jedynki'), a skoncentruję się na drodze, jaką grupa przebyła od czasu ukazania się debiutu do Wild America.

Ten krążek różni się od Surprise Attack przede wszystkim podejściem do samego grania. Mam wrażenie, że na jedynce grupa grała po prostu to, co grać należało, by zostać dostrzeżonym, a dopiero na Wild America muzycy zaprezentowali to, co naprawdę chcą grać. Oczywiscie nie zmienia to faktu, że debiut to bardzo dobra płyta. Ten album jest jednak o wiele bardziej dojrzały, a i lepszy brzmieniowo. Rozpoczyna go utwór tytułowy, będący soczystym hard rockowym kawałkiem i można powiedzieć, że zespół nawiązał do swoich wcześniejszych kompozycji. Nagranie jest na tyle przebojowe, że spokojnie mogłoby promować to wydawnictwo, chociaż nie jest szablonowym przykładem utworu z tej płyty. Amnesia brzmi jak coś wyciągnięte z repertuaru Great White. Zresztą wiele kompozycji ma tutaj taki klimat. Innymi słowy sięganie do korzeni gatunku przy nowowcześniejszej aranżacji. Anthony Corder to niemal wierna kopia Jacka Russella, więc fanom Rekina krążek powinien się spodobać. Ale o ile Amnesia to w miarę ostry numer, Dead Man's Hand sięga do tego lżejszego oblicza Great White, znanego choćby z płyty Hooked. Pojawiają się tutaj dęciaki i wszystko nabiera stonesowskiego klimatu. Utwór niczego sobie. As Times Go By ma bardzo przebojowy motyw przewodni i robi tutaj za balladę. Przyjemna kompozycja, która gdyby ukazała się przynajmniej rok wcześniej, mogłaby śmiało pretendować do miana przeboju. Niestety w 1992 roku zespół nie miał szans przebić się z takim graniem, gdyż wówczas wmawiano nastolatkom, że naćpani kakofoniści z Nirvany to prawdziwa, szczera muzyka. Było to największe oszustwo w dziejach rock and rolla, gdyż zabiło prawdziwą muzykę, której nie brak i na tym albumie. Lay Your Money Down to kawałek w stylu Guns N' Roses i mimo że za ekipą Axla zbytnio nie przepadam, podoba mi się lekkość, z jaką Tora Tora podchodzi do tego typu grania. Mieli to po prostu we krwi i tym razem rzeczywiście nagrali to, na co mieli ochotę. Shattered nie wybija się ponad schemat dominujący na albumie, ale specjalnie nie zwraca mojej uwagi. To hard rockowa kompozycja, która mogłaby stanowić część debiutanckiego krążka Extreme, ale nie ma tutaj takiego wymiatania, jakie prezentował Nuno Bettencourt. Dirty Secrets to kawał mięsistego hard rocka i przypomina trochę utwór Amnesia. Wspomniałem Extreme, bo tutaj też słychać ten zespół, tyle że z okresu albumu Pornograffiti. To też jedna z moich ulubionych pozycji na Wild America. Zakręcony riff, którym nie pogardziłby Bettencourt, daje niemałego kopa. Faith Healer to już powrót do rekiniowych motywów. Numer ma taki haczyk w refrenie, że chce się śpiewać razem z wokalistą. Nie jest to jakiś specjalnie ostry kawałek, ale cholernie dobry, ze świetnym solem gitary i w ogóle być może najlepsza kompozycja na tej płycie. Southern hard rock to dobra etykietka na określenie go. Inna sprawa, że oryginalności tutaj zero, no ale po co to komu, skoro korzystając z wielu inspiracji można stworzyć coś, co z łatwością dorównuje oryginałowi? Cold Fever to szybkie tempo w takiej akurat muzyce charakteryzujące się rytmicznym podrygiwaniem. Normalnie nie przepadam za czymś takim (Deep Purple w latach '70 mieli sporo takich ścieżek), ale tutaj zakręcony riff powoduje, że kawałka słucha się nieźle. Z całą pewnością nie nudzi, a i dobrze, że coś dynamicznego znalazło się na płycie. Nowhere To Go But Down to spokojniejszy utwór, ze sporym udziałem gitar akustycznych w tle (na całej płycie często stosowany motyw) i wyraźnie bluesowym zacięciem. Po prostu klimatyczne granie na wysokim poziomie. Myślę, że to niezmiernie ważne w takiej muzyce. Wielu by ten numer spaprało, a Tora Tora podchodzi do tego z takim profesjonalizmem, że chce się słuchać wyobrażając sobie spieczone słońcem krajobrazy południa Stanów Zjednoczonych. City Of Kings to jeszcze jedno szybkie nagranie na płycie i muszę przyznać, że wolę jednak Torę w wolniejszych kompozycjach. Może też dlatego, że do takiego grania bardziej pasuje tempo charakterytyczne dla standardowych utworów bluesowych. Po prostu taka muzyka. Spośród 11 zamieszczonych tutaj kawałków ciężko znaleźć jakiś filler i coś jednoznacznie słabego. Natomiast z całą pewnością kilka pozycji można wyróżnić i postawić ponad resztę.

Wild America to album przeznaczony przede wszystkim dla fanów, którzy cenią sobie wpływy bluesa w hard rocku i idealnym porównaniem niech będzie tutaj twórczość Great White, o którym już wspomniałem. Fani Rekina mogą zatem nabyć płytę w ciemno. Album oczywiście jest na tyle interesujący, że i ci ktorzy na codzień preferują inny typ muzyki hard rockowej (np z klawiszami w tle), mogą się z nim zapoznać. Wszak co jak co, ale melodii tutaj nie brakuje. Bardzo dobry krążek i w mojej opinii najlepszy album zespołu.

Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/toratoraband

LSDisease
styczeń 2010