Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TONY MACALPINE - Maximum Security [1987]
Wydawca: Squawk Inc.

  1. Autumn Lords
  2. Hundreds Of Thousands
  3. Tears Of Sahara
  4. Key To The City
  5. The Time And The Test
  6. The King's Cup
  7. Sacred Wonder
  8. Chopin Etude #4, Opus #10
  9. The Vision
  10. Dreamstate
  11. Porcelain Doll
Maximum Security

Skład: Tony MacAlpine - gitary, gitara basowa i instrumenty klawiszowe; Deen Castronovo - perkusja; Atma Anur - perkusja; George Lynch - gitara w [3, 9]; Jeff Watson - gitara w [6]

Produkcja: Mike Varney

Swą pierwszą płytą Tony MacAlpine udowodnił, że jest niezłym gitarowym wymiataczem, drugim krążkiem udowadnia, że jest także całkiem dobrym kompozytorem. W dwudziestą rocznicę ukazania się albumu Maximum Security nadarza się doskonała okazja, by odświeżyć ją sobie w pamięci, zdjąć z półki i zapuścić na wysłużonym "cedeku". Wydawnictwem tym Tony utorował sobie drogę do panteonu gitarowych wirtuozów, zdobył uznanie fachowych pism muzycznych i może nie dość szerokiego, jednak z pewnością wymagającego grona słuchaczy. Na krążku gościnnie pojawiają się takie osobistości jak George Lynch z Dokken i Jeff Watson z Night Ranger, jak wspomina sam MacAlpine, chciał on usłyszeć na swym dziele kilku muzyków, których sam podziwial. Z tego samego też powodu możemy z kolei my podziwiać grę dwóch utalentowanych perkusistów - Deena Castronovo (w owych czasach udzielał się w Journey) i Atmę Anura (znanego z bębnienia dla kliku wirtuozów gitary, m. in. Jasona Beckera). Struny basowe postanowił poszarpać sam Tony, bowiem tak się akurat złożyło, że na czas nie znaleziono żadnego innego basisty. Tak więc MacAlpine obsłużył aż 3 instrumenty, chciało by się rzec - mamy oto prawdziwy album solowy.

Na internecie można znaleźć ciekawe wypowiedzi i komentarze Tony'ego odnoszące się do nagrywania tej płyty. Polecam lekturę tych tekstów, bowiem można się z nich dowiedzieć chociażby o tym, jak to podczas nagrań jedno z ulubionych "wioseł" gitarzysty (BC Rich) spadło z krzesła i się zepsuło, czy też o tym, jak w sąsiedniej sali Paul Gilbert ze swoją ekipą Racer X dokonywał nagrań próbnych przed rejestracją jednego z albumów. Ale przejdźmy już do zawartości muzycznej samego krążka. Złowieszczo brzmiące klawisze otwierają Autumn Lords, a dalej słyszymy gitary bardzo charakterystyczne dla stylu MacAlpine'a i usłyszymy je jeszcze nie raz, nie tylko na tym wydawnictwie, ale i na wielu następnych. Przede wszystkim, jak zaznaczylem na wstępie, od razu słychać spory postęp aranżacyjny w porównaniu z pierwszym wynurzeniem się wirtuoza. Tam było już sporo wymiatania, ale wydawało się ono nie do końca przemyślane i zorganizowane, tutaj wszystko wydaje się być dopięte na ostatni guzik. Już w tym utworze dostrzec można pewne wspólne elementy stylu, które Tony dzieli z Vinie Moorem, ale też z Gregiem Howe i Joey'em Tafollą. Na płytach wymienionych muzyków niejednokrotnie odnajdziemy bliźniacze zagrywki, co wiec wyróżnia MacAlpine'a z tej czeredy? Może to, że Tony jeszcze wymiata na klawiszach ;). Hundreds Of Thousands to kompozycja zdecydowanie szybsza od poprzedniej, jeszcze więcej tu wymiatania, chociaż struktura piosenki ma typową budowę jak utwory z wokalistą, można odróżnić tu zwrotki i refreny, tyle tylko, że nie ma tu samego wokalisty, wszystkie linie melodyczne odgrywa tu gitara. Do czego można sie przyczepić? Formalnie chyba tylko do tego, że podkłady rytmiczne są dość jednostajne, mimo wszystko doskonale wypadają tu ścieżki perkusyjne. Kawałek trzyma w napięciu od początku do końca i co bardziej wczuci słuchacze mogą spróbować odsłuchać tego na jednym wdechu... Typowy gitarowy monolog. Całkowita zmiana tempa następuje wraz z kunsztownym Tears Of Sahara, czymś w rodzaju ballady. Muszę przyznać, że ten numer udał się MacAlpine'owi (i Lynchowi) nadzwyczaj dobrze. Jest on bardzo przestrzenny dzięki specyficznym harmoniom gitar, grających jakby naprzemiennie, przy czym jedna zaczyna niby w monencie, gdy druga jeszcze nie skończyła i tak na zmianę. Mnie tu zaskakuje asymilacja, jaka dokonała się między stylistyką MacAlpine'a i Lyncha, toć wszystkie ścieżki brzmią tak, jak by grał je ten sam gitarzysta, coś naprawdę niesamowitego. Zdecydowanie mój faworyt z krążka. Było wolno, było szybko, nadszedł czas na coś w średnim tempie. Uspokajająca kompozycja w postaci Key To The City mogłaby być dobrą dawką muzyki ilustracyjnej do jakiegoś filmu i szkoda, że nigdzie jej nie wykorzystano (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo). Zaraz po niewyróżniającym się szczególnie wstępie Tony raczy nasze zmysly słuchowe takimi smaczkami aranżacyjnymi, które stawiają go na równi z takimi tuzami jak Joe Satriani czy Steve Vai. Koniec utworu wieńczy ciekawa zagrywka na klawiszach i szkoda, że nie kontynuowano jej dalej, a zdecydowano się na wyciszenie numeru, oj wielka szkoda, bo brzmi to znakomicie. The Time And The Test to niemalże power metal, sporo tu słodkawych melodyjek i jednostajnej perkusji, ale mimo to również tutaj znajdziemy sporo smaczków kompozycyjnych, głównie w postaci arpeggiów. Tak, nie da się ukryć, że sporo tu momentów zapożyczonych ze stylistyki Yngwiego Malmsteena, ale co z tego, grunt że brzmi to wyśmienicie. W The King's Cup mamy nieustający pojedynek Tony'ego i Jeffa Watsona. Znów zintegrowana stylistyka gry obu panów, jak to było wcześniej w przypadku MacAlpine'a i Lyncha. Wsłuchuję się dokładnie w każdy dźwięk, by wychwycić ten typowy styl ośmiopalcowy Watsona, ale tappingów tu niewiele, są za to jakże uwielbiane przeze mnie sztuczne flażolety. Niewątpliwie gitarzyści utrafili w mój gust. Z kolei Sacred Wonder można chyba uznać za drogowskaz dla stylistyki gry MacAlpine'a, jaką obierze on na krążkach Premonition i Evolution, które darzę również pozytywnym sentymentem. Co ciekawe, dodatkowo można też rozpoznać pewne maniery gry charakterystyczne dla tego, co prezentował na swym solowym debiucie Marty Friedman. Nie ma się co dziwić, w końcu większość znanych wirtuozów gitary nagrywała swe płyty dla Shrapnel Records, więc różnorakie zapożyczenia były wręcz nieuniknione. Wracając do samego kawałka dopowiem jeszcze, że jest on tutaj kompozycją najbliższą hard rockowi lat '80. Łatwo można by tutaj dodać ścieżki wokalne i zrobić z tego utwór dorównujący swą siłą wielu hitom z tamtego okresu. Tytuł Chopin Etude #4, Opus #10 mówi już sam za siebie, jest to wyjątek z repertuaru naszego rodaka Fryderyka i co najważniejsze, jest to kompozycja pasująca również do repertuaru MacAlpine'a, zwłaszcza do tego albumu. Choć za samym Chopinem jakoś nigdy nie przepadalem, ten numer o dziwo mi się bardzo podoba. Jest on bardzo artykulacyjny i przez to pełen emocji. Jak słychać, struny można nie tylko ciekawie szarpać, ale też i uderzać (tak, tak, mili państwo, fortepian to też instrument strunowy). Powtórka z historii w postaci The Vision, czyli coś w stylu The Time And The Test część II. Ponownie power metalowo, tym razem w ceremonii galopady uczestniczy też George Lynch. Muszę przyznać, interesujący to moment płyty, bowiem Lynch w swej karierze raczej power metalem się nie skalał, więc z tym większą ciekawością przysłuchuję się tutaj jego grze, by zobaczyć, jak sobie z tym radzi. I powiem, że wychodzi z tego obronną ręką. Kiedy ktoś się mnie zapyta o najbardziej typowy utwór na Maximum Security, czy też najbardziej typowy dla MacAlpine'a w ogóle, to jakoś zawsze na myśl przychodzi mi ilustracyjny Dreamstate... może dlatego, że podobne kawałki znajdziemy też na jedynce i na Freedom To Fly. Jeden numer z Mind's Eye Vinniego Moore'a także kojarzy mi się z tą kompozycją, pewne podobieństwa znajdą się też później u Satrianiego na Strange Beautiful Music, ale nie chciałbym łączyć tych wszystkich piosenek ze sobą na siłę. Nadmieniam o tym dlatego, że prawdopodobnie Dreamstate spodoba się tej samej grupie słuchaczy, która uwielbia wyżej wymienione numery. Na zamknięciu setu zapodano Porcelain Doll, ze wstępem nawiązującym jakby do początku płyty. Potem jednak mamy utwór "rozciągnięty", zdecydowanie wolny, tak wolny, że perkusista zdaje się zasypiać za swymi bębnami. Podobne efekty stosował Jason Becker i nie powiem, ma to swój urok. Ogólny klimat sprawia wrażenie, że utwór ten celowo zamieszczono na końcu płyty, można wyczuć, że to już właśnie koniec zestawu. Z reguły po nim odstawiam album spowrotem na półkę i nie wracam do niego przez jakiś czas, co nie oznacza oczywiście, ze nie jest on warty ponownego odsłuchania.

Dla przeciętnego sluchacza krązek może wydać sie nieco nużący, ale taki to juz urok wydawnictw nastawionych typowo na wyseksponowanie umiejętności technicznych gitarzysty. Z drugiej strony fani takiego grania z pewnościa będą płytą zachwyceni, zwlaszcza że jak na chwilę obecna i zarazem od wielu już lat album ten uchodzi za klasykę Guitar Oriented Rocka. Moim zdaniem warto mieć ten krążek w swej kolekcji, nawet jeśli nie będzie się on często krecił w odtwarzaczu. Jest to jedna z płyt, której wartość docenia się wraz z każdym kolejnym przesłuchaniem i warto do niej wracać co jakiś czas.

Oficjalna strona artysty: www.tonymacalpine.com

Guitarrizer
lipiec 2007