Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MACALPINE - Eyes Of The World [1990]
Wydawca: Squawk Inc. / PolyGram

  1. The World We Live In
  2. The Hard Way
  3. Escape The Hell
  4. Heartache Calling
  5. Tear It Down
  6. Take Me Back
  7. Wild Ride
  8. Cry A Tear
  9. Wrong To Love
  10. Summer's Gone
  11. Urban Days
Eyes Of The World

Skład: Tony MacAlpine - gitary, instrumenty klawiszowe, perkusja; Alan Sehorn - śpiew; Mike Jaques - gitara basowa; Mark Robertson - instrumenty klawiszowe; Billy Carmassi - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Randy Jackson - gitara basowa; John Aldrete - gitara basowa; Bill Zampa - instrumenty perkusyjne; Steve Fontano - tamburyn; Alan Tornie - skrzypce; Maria Khodorkosky - skrzypce; Maxine Prolman - skrzypce; Kevin Chalfant - chórki; Melissa Kary - chórki; Christina Saxton - chórki

Produkcja: Steve Fontano i Tony MacAlpine

Czarnoskóry wirtuoz ilustracyjnych aranżacji gitarowych między Maximum Security a Freedom To Fly postanowił stać się komercyjny, a co za tym idzie, nagrał album z wokalistą - Alanem Sehornem. Jak wiadomo, rok '90 był odpowiedni dla grania na pograniczu hardu i AORu, także Tony poszedł zgodnie ze wskazaniami rynku. Wątpię, aby jego kieszenie dzięki temu zabiegowi stały się cięższe, ale mimo to słuchacze otrzymali porcję przyjemnego dla ucha materiału dźwiękowego. Zastrzegam od razu, że zwolennicy naprawdę konkretnej hard rockowej mocy i brzmienia chociażby z 2 pierwszych wydawnictw nie mają tu czego szukać.

Rzecz w tym, że od kiedy tylko album wpadł mi w ręce, a właściwiej w uszy, zacząłem się w niego wtajemniczać coraz bardziej. Jest to reakcją jak najbardziej normalną, zwłaszcza jeżeli chodzi o wydawnictwa na minimum dobrym poziomie. Główny sęk w tym, iż czynię to głównie po Teelexpressie, a jako że w grudniu przebywam większość czasu na półkuli północnej, za oknami mogę dostrzec jedynie światła wielkiego miasta. Płynie z tego prosty wniosek - płyta całkowicie pasuje do wysłuchiwania jej późnym popołudniem, a zwłaszcza wieczorem, kiedy to odsłania wszystkie swe meandry. Można się o tym przekonać już w The World We Live In, od której bije maksymalna AORowatość. Ile to już razy słyszało się zwrotki zbudowane na zasadzie wkraczających tu i ówdzie akustyków odciągających uwagę od stłumionych gitar. Zarzutem nazwać tej sytuacji nie mogę, gdyż to buduje całą nastrojowość, podobnie jak krótkie solóweczki przewijające się wśród kolebki dźwięków. Jeśli mam komuś polecić najbardziej gitarowe zestawienie z albumu, to niech skupi swą uwagę na pozycji numer 2. Taki bluesujący rock z serca Ameryki z domieszką drapieżności, który na składankach typu "party granie" mógłby się spokojnie znaleźć. Szczególnie polecałbym umieścić go w sąsiedztwie chłopaków z Poison. Oczywiście tylko w celach odciągających uczestników zabawy od ubrudzenia się wyrobami czekoladopodobnymi. Escape The Hell to także jedna z kompozycji bardziej hardych, zyskująca duży plus w moich odczuciach przede wszystkim za kapitalny przedrefren z gatunku tych "gdzie ja to wcześniej słyszałem?". Dobrze, że Tony zadbał o przemycenie paru sztucznych flażoletów, gdyż nie jestem zbytnim fanem recytowanych zwrotek, jak to ma miejsce w tym przypadku. Heartache Calling przenosi nas bardziej w świat rozmarzenia i zamknięcia oczu na ponad 4 minuty. Wszyscy muzycy pokazują się tu tak, jakby przed chwilą zażyli dawkę środków uspokajających. Cała kompozycja sunie się z wolna, a w oczodołach co wrażliwszych wywoła parę łez. Nie jest to zabieg przypominający signalowskie This Love, This Time, ale nieszczęśliwie zakochanych może wpędzić w kolejny życiowy zaułek. Początek Tear It Down nasuwa klimaty związane z filmami wojennymi poprzez zastosowanie ogłosów strzałów, chodu marszowego, itp. Na szczęście po około 50 sekundach dzięki przykuwającemu uwagę riffowi, w który MacAlpine sprytnie wplótł klawisze, całość klarownie się rozpędza. Ku memu zdumieniu w zwrotkach słychać patent jak żywo zasłyszany w sławnym Still Of The Night Białego Węża. Melodyjne zastosowania w refrenie powinny zadowolić nawet słuchaczy podczas czynności dnia porannego, a i tutaj swoje 5 minut zdążyło wkraść gardło wokalisty. Take Me Back to największy hicior w zestawie. Początkowa nastrojowa miniatura może nasuwać pewne skojarzenia z atmosferą budowaną później przez Marty'ego Friedmana na Scenes. Zdecydowanie tym, co wywołuje ciary na wszystkich członkach naszego ciała, jest wejście gitar. Od tego momentu całość przybiera niesamowitej energii, kumulowanej ponadto przez aranżacje gitary prowadzącej. Z tak pozytywnym wydźwiękiem tej powerballady jednoznacznie kojarzy mi się Don't You Know What Love Can Be Craafta. Za Wild Ride szczególnie nie przepadam i to wcale nie dlatego, że wokalista chce czasem wejść w skórę Ozzy'ego. Skoro jest to najszybszy ze wszystkich utworów, pewnie był kierowany do kierowców rajdowych, ale dominują tu bardziej klimaty horrorowe (brzmienie klawiszy i wydźwięk chórków). Wywołuje to dziwną papkę i parę znaków zapytania nad mą głową. Pewnie ze względów ekonomicznych był to numer potrzebny. Jak na zawołanie w Cry A Tear pojawia się dość podobny patent co w Escape The Hell, jednakże tutaj komenda "spocznij!" byłaby bardziej wskazana, aby odciągnąć słuchacza od odbiornika. Tu także mamy do czynienia z inspirującymi wstawkami gitary solowej, utrzymującymi refren na przyzwoitym poziomie. Leppardzi pewnie by się obrazili słysząc intro do Wrong To Love oraz stylizację chórków w refrenie - Love Bites się kłania. Mimo udanych zapożyczeń i w tej pozycji Tony daje od siebie sporo serca stosując znane z poprzednich utworów chwyty, łącząc ze sobą poszczególne fragmenty kompozycji. Summer's Gone to zdecydowanie najbardziej filmowy kawałek, wyposażony w klimatyczne klawisze niczym w sensacjach ze Stevenem Seagalem. Atmosferę psuje trochę pierwszy refren, gdzie muzycy zapomnieli jakby o stworzonej przed kilkunostoma sekundami aurze tajemniczości. W każdym razie wielbiciele Savage Blue w wykonaniu Bad English powinni na tę pozycję zwrócić większą uwagę. Pewien program dla dzieci nadawany w telewizji publicznej z pewnością zapożyczył sobie wstęp do Urban Days. Gdyby Tony miał w Polsce przyjazne źródła informacji, to troszkę amerykańskich dzieci mogłoby się cieszyć z większej ilości słodkości pod choinką. Pozostaje "nacieszyć" się faktem, że refren stał się inspiracją dla nu-metalowych kapel, wśród których podobne zastosowania melodyczne są niejednokrotnie słyszane.

Znawców wydawnictw MacAlpine'a do owego zestawu utworów namawiać z pewnością nie trzeba, gdyż zdołali się już z nią przed parunastoma laty zapoznać. Osobom, które wzięły do ręki młotek pomagając w oprawianiu wigilijnego karpia oraz parę bombek chcąc przyozdobić choinkę, na pewno przyda się odrobina wytchnienia od spraw życia świątecznego. Cóż natomiast innego może dokonać ukojenia, jak nie dobrotliwa mieszanka nie babskiego atmosferycznego AORu ,zrównoważona z porcją odrobiny mocy. Zwracam jednocześnie uwagę, aby pozycja spionizowana przy słuchaniu tych jedenastu numerów nie weszła nikomu w krew.

Oficjalna strona Tony'ego MacAlpine'a: www.tonymacalpine.com

Człeko
grudzień 2008