|
Skład: Mike Brown - gitara basowa, chórki; Snake - śpiew; Nigel Evans - gitary, chórki; Mick Newman - gitary; Jem Davis - instrumenty klawiszowe; Eddie Fincher - perkusja
Produkcja: Lance Quinn
Dusza każdego maniaka dobrej muzy zawsze się raduje, kiedy może on założyć na głowę kask, latareczkę
i z całą satysfakcją odkryć cenny diament w kopalni niszowego grania. Tak w jednym zdaniu mogę scharakteryzować mój romans z kapelą o wdzięcznej nazwie Tobruk. Jako że ich rodzimym krajem jest Albion, a patronem sprawującym pieczę nad ich sprawnym funkcjonowaniem w owym czasie była Królowa Matka - siłą rzeczy reprezentowali NWOBHM. Nie mogę jednak powiedzieć, aby w ich grze widoczne były znaczne inspiracje Judasami czy Saxon. Członkowie formacji znaleźli według mnie idealny pomysł na stworzenie kompozycji nietuzinkowych i wyróżniających się masą żywiołu wydobywającego się z głośników odbiorców.
Jednak po kolei, ażebym to nie zachłysnął się własnymi myślami. Inaugurator wydawnictwa, a więc Wild On The Run swym niesztampowym riffem, kończącym się miłym sprzężeniem instrumentów wszelakich, wywołuje pozytywne wibracje. Refren nie jest może dziełem sztuki, ale dostojnie wkomponowuje się w całość utworu. Inaczej rzecz jasna być nie mogło, skoro nuta została wybrana jako promująca wydawnictwo. Jeśli zasoby globalnej sieci rzeczą prawdę absolutną stworzona była już w '83. Na samym końcu zadbano o ciekawe outro klawiszowe. Szczególnie zaskakuje mnie niespotykany dotychczas przez mój zmysł słuchu sposób ich brzmienia. Teledysk do Falling, a konkretniej urywki z koncertu można obejrzeć na YouTube i szczególnie to wydanie kapeli polecam. Zawarta tam jest również pozycja 8 w zestawie, która napędzana trochę punkcursko brzmiącym riffem rozgrzewa mnie w refrenie dość mocno. Wszystko to, dzięki lirycznie melodyjnemu motywowi idealnie pasującemu do śpiewania
wraz z publiką. Bardzo wiele wnosi również pulsujący basik, poprzez co piosenka wpada w ucho po pierwszym przesłuchaniu. Duży plus należy się także za odcinek między 2 refrenem a solówką. Poruszając jeszcze temat numeru 2 - mimo, że kawałek utrzymany jest w tempie nie najwolniejszym, to po jego zakończeniu zawsze odnoszę wrażenie, że słyszałem balladę. Jak znam życie wpływ na to ma zagrane z czuciem solo wraz z wyważonymi chórkami. Hotline rzeczywiście rozgrzewa do czerwoności linie łączące nasz sprzęt grający ze świnką-kontaktem. Zasługą tego są przede wszystkim te mini solowe wstawki w czasie zwrotek. Oklaski należą się parapeciarzowi, który w odpowiednich momentach refrenów
wydobywa z klawiszy odgłos retro telefonu. Absolutnie nie ma co się również przejmować długością pozycji, przekraczającą niewiele ponad 3 minuty, gdyż ciężko byłoby człowiekowi wytrzymać dłużej bez odpowiedniej dawki tlenu. Nawet cierpienia na madejowym łożu nie są w stanie zmienić mojego faworyta z płyty. Wystarczą tylko 2 słowa - Poor Girl. Jak kuszą reklamy, tylko tu możemy dostać tak dużo za tak niewiele. Smaczki aranżacyjne wydobywane spod paliczków solowego guitarmana i fenomenalne podłączanie się klawiszy w końcówkach zwrotek czyni z "szóstki" mistrzostwo w swym rzemiośle. Moja szczęka do dziś cierpi katusze, a wszystko przez próbę naśladownictwa przekapitalnych ludzi
odpowiedzialnych za chorusy w refrenach. Od kiedy ma osoba może rozkoszować się tą pozycją, głos Stuarta Neale'a aka Snake'a przypomina mi niedopracowaną kopię Stevena Clifforda z wczesnego Icona. Wstęp do She's Nobody's Angel mógłby bez wahania znaleźć się w którejś z części Rodziny Adamsów. Na szczęście po około 30 sekundach wchodzi riff, za który niejeden fan siły melodii dałby się spryskać lakierem do włosów. Dalej chłopaki trzymają wszystko w ryzach, tzn.
klawisze stanowią fundament kompozycji, a gitary wchodzą w odpowiednich tempach. W refrenach utwór nabiera siły dzięki sekcji rytmicznej spychającej odrobinę w cień gitarzystów. Intro do Going Down For The Third Time jest jakby żywcem wyjęte z Egzorcysty. Ogólnie rzecz ujmując jeśliby wyciąć partie wokalne, dodać patenty zastosowane w przedrefrenach oraz wprowadzić aranżacje klawiszowe jak po 2 refrenie, byłaby to świetna pozycja instrumentalna. Natomiast rzeczywistość nie daje mi spokoju i nasuwa mi wieczne retrospekcje co do nazwy filmu, w którym pokuszono się o wstawienie owego kawałka. Możliwe, że ktoś z czytających będzie miał głębsze przemyślenia, gdyż obecnie nic nie przychodzi mi do głowy. Running From The Night jakoś szczególnie mnie nie rusza, jedynie praca gitar w drugiej części zwrotek i po pierwszym refrenie próbuje nieco nadrobić pozostałe niedoskonałości. Rebound największą siłę musiał stanowić wykonywany na żywo, a zwłaszcza jego refren skomponowany idealnie, aby rozbudzać publiczność z letargu. The Show Must Go On nie jest żadną kopią Queenu i nie dziwię się muzykom, dlaczego umieścili go na końcu. W praktyce bez owej pozycji album byłby napewno
świeższy.
Dla osób kochających liczne ruchy ciała przy słuchaniu, nocne eskapady po mieście oraz walkę z jesienną depresją album wart jest głębszego zainteresowania. Natomiast ludziom z nadwagą i otyłością radziłbym się zastanowić, gdyż zabawa ramieniem tremolo często stosowana przez gitarzystów może być przyczynkiem do niespodziewanej zmiany image'u.
Brak oficjalnej strony zespołu
Człeko grudzień 2008
|