Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TOBRUK - Wild On The Run [1985]
Wydawca: Rip Tide Records / EMI / Majestic Rock

Dysk 1:
  1. Wild On The Run
  2. Falling
  3. Running From The Night
  4. Hotline
  5. Rebound
  6. Poor Girl
  7. She's Nobody's Angel
  8. Breakdown
  9. Going Down For The Third Time
  10. The Show Must Go On
Dysk 2 (tylko w reedycji):
  1. Wild On The Run (live)
  2. Alley Boy (live)
  3. Breakdown (live)
  4. Falling (live)
  5. Running From The Night (live)
  6. She's Nobody's Angel (live)
Wild On The Run

Skład: Mike Brown - gitara basowa, chórki; Snake - śpiew; Nigel Evans - gitary, chórki; Mick Newman - gitary; Jem Davis - instrumenty klawiszowe; Eddie Fincher - perkusja

Produkcja: Lance Quinn

Dusza każdego maniaka dobrej muzy zawsze się raduje, kiedy może on założyć na głowę kask, latareczkę i z całą satysfakcją odkryć cenny diament w kopalni niszowego grania. Tak w jednym zdaniu mogę scharakteryzować mój romans z kapelą o wdzięcznej nazwie Tobruk. Jako że ich rodzimym krajem jest Albion, a patronem sprawującym pieczę nad ich sprawnym funkcjonowaniem w owym czasie była Królowa Matka - siłą rzeczy reprezentowali NWOBHM. Nie mogę jednak powiedzieć, aby w ich grze widoczne były znaczne inspiracje Judasami czy Saxon. Członkowie formacji znaleźli według mnie idealny pomysł na stworzenie kompozycji nietuzinkowych i wyróżniających się masą żywiołu wydobywającego się z głośników odbiorców.

Jednak po kolei, ażebym to nie zachłysnął się własnymi myślami. Inaugurator wydawnictwa, a więc Wild On The Run swym niesztampowym riffem, kończącym się miłym sprzężeniem instrumentów wszelakich, wywołuje pozytywne wibracje. Refren nie jest może dziełem sztuki, ale dostojnie wkomponowuje się w całość utworu. Inaczej rzecz jasna być nie mogło, skoro nuta została wybrana jako promująca wydawnictwo. Jeśli zasoby globalnej sieci rzeczą prawdę absolutną stworzona była już w '83. Na samym końcu zadbano o ciekawe outro klawiszowe. Szczególnie zaskakuje mnie niespotykany dotychczas przez mój zmysł słuchu sposób ich brzmienia. Teledysk do Falling, a konkretniej urywki z koncertu można obejrzeć na YouTube i szczególnie to wydanie kapeli polecam. Zawarta tam jest również pozycja 8 w zestawie, która napędzana trochę punkcursko brzmiącym riffem rozgrzewa mnie w refrenie dość mocno. Wszystko to, dzięki lirycznie melodyjnemu motywowi idealnie pasującemu do śpiewania wraz z publiką. Bardzo wiele wnosi również pulsujący basik, poprzez co piosenka wpada w ucho po pierwszym przesłuchaniu. Duży plus należy się także za odcinek między 2 refrenem a solówką. Poruszając jeszcze temat numeru 2 - mimo, że kawałek utrzymany jest w tempie nie najwolniejszym, to po jego zakończeniu zawsze odnoszę wrażenie, że słyszałem balladę. Jak znam życie wpływ na to ma zagrane z czuciem solo wraz z wyważonymi chórkami. Hotline rzeczywiście rozgrzewa do czerwoności linie łączące nasz sprzęt grający ze świnką-kontaktem. Zasługą tego są przede wszystkim te mini solowe wstawki w czasie zwrotek. Oklaski należą się parapeciarzowi, który w odpowiednich momentach refrenów wydobywa z klawiszy odgłos retro telefonu. Absolutnie nie ma co się również przejmować długością pozycji, przekraczającą niewiele ponad 3 minuty, gdyż ciężko byłoby człowiekowi wytrzymać dłużej bez odpowiedniej dawki tlenu. Nawet cierpienia na madejowym łożu nie są w stanie zmienić mojego faworyta z płyty. Wystarczą tylko 2 słowa - Poor Girl. Jak kuszą reklamy, tylko tu możemy dostać tak dużo za tak niewiele. Smaczki aranżacyjne wydobywane spod paliczków solowego guitarmana i fenomenalne podłączanie się klawiszy w końcówkach zwrotek czyni z "szóstki" mistrzostwo w swym rzemiośle. Moja szczęka do dziś cierpi katusze, a wszystko przez próbę naśladownictwa przekapitalnych ludzi odpowiedzialnych za chorusy w refrenach. Od kiedy ma osoba może rozkoszować się tą pozycją, głos Stuarta Neale'a aka Snake'a przypomina mi niedopracowaną kopię Stevena Clifforda z wczesnego Icona. Wstęp do She's Nobody's Angel mógłby bez wahania znaleźć się w którejś z części Rodziny Adamsów. Na szczęście po około 30 sekundach wchodzi riff, za który niejeden fan siły melodii dałby się spryskać lakierem do włosów. Dalej chłopaki trzymają wszystko w ryzach, tzn. klawisze stanowią fundament kompozycji, a gitary wchodzą w odpowiednich tempach. W refrenach utwór nabiera siły dzięki sekcji rytmicznej spychającej odrobinę w cień gitarzystów. Intro do Going Down For The Third Time jest jakby żywcem wyjęte z Egzorcysty. Ogólnie rzecz ujmując jeśliby wyciąć partie wokalne, dodać patenty zastosowane w przedrefrenach oraz wprowadzić aranżacje klawiszowe jak po 2 refrenie, byłaby to świetna pozycja instrumentalna. Natomiast rzeczywistość nie daje mi spokoju i nasuwa mi wieczne retrospekcje co do nazwy filmu, w którym pokuszono się o wstawienie owego kawałka. Możliwe, że ktoś z czytających będzie miał głębsze przemyślenia, gdyż obecnie nic nie przychodzi mi do głowy. Running From The Night jakoś szczególnie mnie nie rusza, jedynie praca gitar w drugiej części zwrotek i po pierwszym refrenie próbuje nieco nadrobić pozostałe niedoskonałości. Rebound największą siłę musiał stanowić wykonywany na żywo, a zwłaszcza jego refren skomponowany idealnie, aby rozbudzać publiczność z letargu. The Show Must Go On nie jest żadną kopią Queenu i nie dziwię się muzykom, dlaczego umieścili go na końcu. W praktyce bez owej pozycji album byłby napewno świeższy.

Dla osób kochających liczne ruchy ciała przy słuchaniu, nocne eskapady po mieście oraz walkę z jesienną depresją album wart jest głębszego zainteresowania. Natomiast ludziom z nadwagą i otyłością radziłbym się zastanowić, gdyż zabawa ramieniem tremolo często stosowana przez gitarzystów może być przyczynkiem do niespodziewanej zmiany image'u.

Brak oficjalnej strony zespołu

Człeko
grudzień 2008