|
Skład: Tony Harnell - śpiew; Ronni Lè Tekrø - gitary, śpiew w [9]; Morty Black - gitara basowa; Dag Stokke - instrumenty klawiszowe; Frode Lamøy (Frode Hansen) - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Embee Normann - flet, chórki w [9]; John Macaluso - perkusja i instrumenty perkusyjne w [12]
Produkcja: TNT
Zgroza. To jedno słowo wystarczyłoby za całą recenzję Firefly. TNT uznawano kiedyś za bardzo utalentowaną AORową kapelę, której znakiem firmowym były melodyjne przeboje. Po rozpadzie w 1993 grupa powraca cztery lata później, jest to jednak już zupełnie inna załoga i zupełnie inna muzyka.
Tytułowe Firefly jest ciężkie i brzmi niepokojąco nowocześnie. Fragmenty instrumentalne wygladają jak wygłupy podczas garażowej sesji i jest to zarzut, który można wysunąć w stosunku do dużej części wydawnictwa. Najgorsze są jednak wokale. Nieudane, zalatujące psychodelią chórki są tak odmienne od tego, do czego przyzwyczaił nas zespół, że jedyne na co ma się ochotę słuchając tej ścieżki to szczelne zakrycie uszu. Angels Ride pomimo obiecującego tytułu jest kompozycją, która niestety potwierdza, że TNT zmienili swoje gusta muzyczne i że zostawili lata '80 daleko za sobą. Przykro się słucha Harnella śpiewającego w tak fatalnym stylu. Tym razem otrzymujemy malutką namiastkę melodii, nie ratuje to jednak ścieżki, która mówiąc w dużym skrócie jest słabiutka. Chciałoby się krzyknąć: "panowie co wy wyprawiacie?". To nie już to samo granie co kiedyś. Próby zmiany stylu na nowoczesny i przerzucenia się z lat '80 na '90 podejmowane przez Steelheart w porównaniu do tego, co TNT prezentuje na Firefly, należałoby określić jako błysk geniuszu. Matijevicowi całkiem nieźle wychodziły nowoczesne balladki, można by więc mieć nadzieję, że TNT sprawdzi się chociaż w takim repertuarze. Tripping wyprowadza nas z błędu, gdyż brzmi wyjątkowo mdło, tak jakby grała nie legenda AORu, ale boysband i to średnio utalentowany. Daisy Jane to dziwnie brzmiące nie-wiadomo-co, które staram się omijać szerokim łukiem. Somebody Told You brzmi lepiej. Po pierwsze, jest to piąty utwór na albumie i mija powoli szok związany ze zmianą stylu grupy. Po drugie, kompozycja jest po prostu lepsza i bardziej żywiołowa od poprzedzającej jej czwórki. No a po trzecie, Harnell chwilami śpiewa odrobinę lepiej. Wciąż jednak mamy do czynienia z bardzo improwizowanymi, balansującymi na krawędzi fałszu solówkami, z psychodelicznym klimatem oraz dziwnymi zmianami tempa. Only The Thief (Whistles At Night) zaczyna się tak, jak wyobrażam sobie całe Firefly - niezbyt udanym miksem dźwięków dżungli z orientem. Wokal Harnella brzmi tak komicznie, że jego jęki stały się chyba inspiracją dla znanego mołdawskiego "przeboju" Dragostea Din Tei. Heaven's Gone przynajmniej przypomina, że na płycie gra grupa ocierająca się o hard rock i na tle beznadziejnego materiału mieni się niemal jako hit. Gdyby cała płyta była taka, to pewnie mniej bym narzekał. Kiedy atakuje nas chór z Sunflower nic nie trzeba dodawać. Melancholijny klimat być może jest w stanie przemówić do osób nie do końca trzeźwych, ale nawet takie zadanie wydaje mi się być karkołomne. Sunless Star oraz Cool It niczym nie zaskakują, grupa twardo brnie w stronę eksperymentów. Ostatnie na płycie Soldier Of The Light miało podobno powstać parę lat wcześniej, ale nie zmieściło się na jeden z poprzednich albumów grupy. I rzeczywiście brzmi inaczej, bardziej klasycznie, a mniej eksperymentalnie. Szkoda tylko, że jest balladą i do tego niezbyt udaną. Nie ratuje w żaden sposób tego słabiutkiego albumu.
Przesłuchanie Firefly to męczarnia, której nikomu nie chciałbym życzyć. Sięgnąć po płytę mogą jedynie najdzielniejsi z dzielnych. A ja sam sobie się dziwię, że udało mi się zmobilizować do tak podłej, samobójczej misji. Fani TNT powinni zdecydowanie unikać opisywanego wydawnictwa. Szkoda, że grupa się reaktywowała, nie widzę sensu w zabijaniu własnej legendy.
Oficjalna strona zespołu: www.tnttheband.com
Guciomir marzec 2009
|