Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

TNT - A Farewell To Arms [2011]
Wydawca: Marquee-Avalon / Metal Heaven / Evolution Music

  1. Engine
  2. Refugee
  3. Ship In The Night
  4. Take It Like A Man - Woman!
  5. Come
  6. Barracuda
  7. A Signature On A Demon's Self-portrait
  8. Don't Misunderstand Me
  9. A Farewell To Arms
  10. Someone Else
  11. God Natt, Marie
  12. Harley Davidson [europejski bonus]
  13. Not Only Lonely [japoński bonus]
A Farewell To Arms

Skład: Tony Mills - śpiew; Ronni Le Tekrø - wszystkie gitary; Victor Borge - gitara basowa; Morten 'Diesel' Dahl - perkusja i instrumenty perkusyjne

Produkcja: Ronni Le Tekrø

A Farewell To Arms o już trzeci krążek TNT z Millsem za mikrofonem. Dwa poprzednie mogły rozczarować fanów stylistyki, jaką w latach '80 ten norweski zespół prezentował, chociaż akurat osobiście przyzwyczaiłem się już do specyficznego poczucia humoru Tony'ego i jego nowej maniery wokalnej. Wreszcie Ronni i spółka poszli jednak po rozum do głowy i postanowili wrócić do korzeni.

Brzmienie płyty jest cięższe i ostrzejsze od The New Territory i Atlantis, bardziej przypomina heavy metalowe oblicze formacji z dwóch pierwszych albumów, natomiast muzycznie jest różnie. Znajdą się podobieństwa nawet do takich klasyków jak Tell No Tales, za co ekipie chwała. Ze zdrowiem u Tony'ego Millsa było ostatnio nieciekawie, ale na szczęście wokalować to on nadal potrafi. W 2010 r. udało mu się nagrać bardzo dobry krążek z grupą State Of Rock, na pochwały zasługiwała jego aparencja w projekcie Acacia Avenue, z Serpentine nie było już wprawdzie tak ciekawie, ale muzyka jakoś uszła. Zobaczmy, jak Tony i reszta spisują się na "Pożegnaniu z Bronią". Zestaw otwiera kompozycja o tytule Engine (na marginesie, tak miał też brzmieć ponoć pierwotny tytuł całego wydawnictwa). Jest ciężko i ostro, faktycznie jak w początkach TNT, mocny hard rock, podchodzący nawet pod heavy metal. Świetna solówka Ronniego udowadnia, że w rodzinnej Norwegii mało kto może mu podskoczyć pod względem gitarowego kunsztu. Jeśli chodzi o linie wokalne, to niestety Mills śpiewa tu nijako, jakby bez zaangażowania i na sposób wciąż podobny do dwóch wcześniejszych płyt, ale spokojnie, dalej będzie znacznie lepiej. Już w Refugee mamy Tony'ego w najlepszej wokalnej formie. Zadowoleni będą i fani hard rocka i AOR-u, ba, chwilami nawet muzyk ciągnie swoje partie na wzór nieodżałowanego Tony'ego Harnella. Melodie w utworze balansują między żwawym heavy metalem a AOR-em i trzeba przyznać, że ten zabiego miksowania owych gatunków wyszedł grupie nadzwyczaj dobrze, Wreszcie mamy takie TNT, jakiego oczekiwaliśmy od dawna. Jedna z najlepszych ścieżek na płycie, o ile nie najlepsza. Cholernie przyzwoite jest i kolejne Ship In The Night. Ten numer powinien przyprawić o radosny uśmiech fanów tego, co Mills robił w Shy i State Of Rock. Wreszcie wróciły do jego śpiewu melodie, a dziwne eksperymenty ustąpiły. Cieszy również nadzwyczajnie doskonała forma Ronniego Le Tekrø, na riffach i solówkach naprawdę warto zawiesić ucho. Podobać może się żartobliwe Take It Like A Man - Woman!. Sporo tu rytmiki charakterystycznej dla debiutu Van Halena, brzmieniowo co nieco z W.A.S.P., ale i panowie dorzucili coś z Manowar i Judas Priest, więc klimaty heavy metalowe nie mają co dziwić. Fajny numer, aczkolwiek nie urzeka już jak dwa poprzednie. Przyzwoitą kompozycją jest Come i tutaj Tony próbuje śpiewać, jak to niegdyś czynił w szeregach Siam, co mnie akurat cieszy. Zresztą fakt faktem, że w tym utworze to głównie on błyszczy i jego partie są najbardziej przemyślane. Oczywiście nadal jest ostro, a dodatkowo jeszcze skocznie. Choć zazwyczaj nie lubię takich nowoczesnych eksperymentów w oldschoolowej muzyce, jak tutaj zmajstrowano w solówce, a jakimś dziwnym trafem ten akurat mi odpowiada. Barracuda wywołuje u mnie mieszane odczucia, raz że ścieżka jest taka sobie, dwa że Tony mógł się lepiej postarać z liniami wokalnymi, a przecież wiemy nawet z tej samej płyty, że potrafi, kiedy tylko chce. Raz jeszcze skoczny numer, choć chyba lepiej byłoby, gdyby zespół pokusił się o cover grupy Heart... Dalej prawdziwa perełka w postaci miniaturki zatytułowanej A Signature On A Demon's Self-portrait. Trochę balladowo-neoklasycznego grania na czystym brzmieniu gitary i naprawdę robi to wrażenie. Coś podobnego miało szwedzkie Eclipse na swym ostatnim jak dotąd wydawnictwie w formie wstępu do jefnego z utworów i tam też mi się to cholernie podobało. Szybko wpada w ucho przebojowe Don't Misunderstand Me, które powinno usatysfakcjonować wszystkich tych, których TNT urzekło płytą Intuition. Takie przyjemne w odbiorze granie plasujące się gdzieś pomiędzy melodyjnym hard rockiem a AOR-em. Numer polecam nawet sympatykom Harnella, bo Mills godnie go tu zastępuje. Znakomitą pozycja jest również A Farewell To Arms, gdzie kłania się szybki hard rock ciążący ku heavy metalowi, plus melodyjne wokale. W sumie mamy tu coś podobnego do pamiętnego nagrania Tell No Tales, z tym że tam Harnell dawał ostro po najwyższych rejestrach swego głosu, a jednak tutaj Tony raczej się oszczędza. Tak TNT powinno grać już od The New Territory. Takim sobie jest wodewilowo-musicalowe, na wpół balladowe Someone Else. Tutaj Mills znów wraca do swej broadwayowskiej maniery śpiewania, co niekoniecznie musi podobać się publiczności rockowej. Słabsza pozycja na płycie, aczkolwiek wciąż strawna. Ktoś powie, że nie mieliśmy na krążku jeszcze żadnej ballady sensu stricto. Otoż jest teraz, pod postacią God Natt, Marie. Ma klimat kołysankowo-bożonarodzeniowy, nie jest więc typową pościelowką. Jak ktoś ma dzieci, to może to im puszczać wieczorem dla szybzego zaśnięcia. Europejską wersje wydawnictwa zamyka bonusowy kawałek o tytule Harley Davidson, który jest niczym innym jak na nowo nagraną wersją ścieżki z debiutu Norwegów. Zasadniczo podobają mi się obie wersje, z tym że pierwotna edycja miała swój, jak by to powiedzieć, "pijacki" urok, który w nowym wydaniu się gdzieś zapodział. Tak czy inaczej, miły gest ze strony zespołu, że zdecydowali się na taki prezent.

Nareszcie starzy fani TNT dostali taką płytę, na którą czekali i którą można im z czystym sumieniem polecić. Zgrywy Millsa ograniczone do minimum, masa świetnych melodii na krążku i calość wydaje się być bardziej przemyślana. Słabszych pozycji jest niewiele, a kilka utworów nosi znamiona murowanych hitów. Album polecam nie tylko sympatykom zespołu, ale i fanom hard rocka w ogóle.

Oficjalna strona zespołu: www.tnttheband.com

Guitarrizer
styczeń 2011