|
Skład: Danny Bowes - śpiew; Luke Morley - gitary, harmonijka ustna, perkusja, chórki; Ben Matthews - gitary, instrumenty klawiszowe; Chris Childs - gitara basowa; Harry James - perkusja; Peter Shoulder - banjo w [9]; Tara McDonald - chórki
Produkcja: Luke Morley
W ciągu dwudziestu lat swojej kariery Thunder wyrobił sobie opinię jednego z najbardziej konserwatywnych zespołów na świecie. Muzyka grupy była od zawsze zakorzeniona w latach siedemdziesiątych, chociaż Brytyjczycy czerpiąc inspirację z tamtego okresu potrafili stworzyć własny, łatwo rozpoznawalny styl, oparty w głównej mierze na brzmieniu gitary Luke’a Morleya i nosowym głosie Danny’ego Bowesa. Nic więc dziwnego, że po nowej płycie nikt nie spodziewał się jakiejś rewolucji, lecz po prostu kolejnej porcji dobrej muzyki. Czy zatem te oczekiwania zostały spełnione?
Na wstępie należy zaznaczyć, że zdecydowanie najgorszym elementem tego albumu jest okładka, która w założeniu chyba miała być metaforą obecnego kryzysu gospodarczego... Jeśli chodzi o zawartość, można napisać, że Thunder po raz kolejny nie zawiódł. Mamy tutaj wszystko, co sprawia, że grupa wyrobiła sobie określoną renomę - wokalistę w świetnej formie, klasycznie rockową, choć ciekawą grę gitar, bardzo przyzwoitych basistę i perkusistę. Po prostu słychać, że muzycy grają ze sobą razem już od wielu lat. Ponadto zaletą krążka jest także świetna produkcja, podobno uzyskana dzięki temu, że nagrania rejestrowano na zamku Walton Castle. Pierwsza piosenka na płycie, zagrana w średnim tempie On The Radio, ma charakterystyczny dla zespołu riff, melodykę w typie starego Free / Bad Company i rytm zbliżający ją do dokonań Lynyrd Skynyrd z końcówki ósmej dekady. Jej tekst w ironiczny sposób komentuje obowiązujący w popkulturze model kariery; warto posłuchać, jak Bowes z kolegami jednoznacznie dają do zrozumienia, co myślą o mediach i wielkim przemyśle muzycznym. Kolejny utwór, Stormwater, jest jeszcze lepszy. Jego riff bazuje na riffie z kawałka When The Levee Breaks Led Zeppelin, natomiast sama łatwo wpadająca w ucho melodia (zwłaszcza w refrenie) zbliża się do dokonań UFO z lat '70. Słuchając tego warto zwrócić uwagę na ozdobniki Morleya, chorusy i świetną pracę sekcji rytmicznej - panowie Childs i James dają tutaj z siebie wszystko i zawstydzają wiele młodych kapel. Caroll Ann z bardzo fajnymi chórkami to rozbujany numer, jakby żywcem przeniesiony z którejś ze starych, southern rockowych płyt Bad Company lub Lynyrd Skynyrd. Z kolei Retribution jest na poły akustyczną, smutnawą, chociaż dość ciekawą balladą z klimatycznym chórkiem, opartą na nietypowych jak na hardrock rozwiązaniach rytmicznych. Candy Man bazuje na tych samych założeniach, co Caroll Ann, a jednocześnie linie wokalne nawiązują tu do wczesnych dokonań Thunder. Efekt zaledwie niezły w porównaniu z poprzednikami, tym razem pochwały należą się głównie wspomnianej sekcji rytmicznej. Jeśli jednak do tej pory dzieło Thunder można było opisywać tylko w superlatywach, to Have Mercy jest obniżeniem lotów - ten bluesrockowy kawałek po prostu nudzi. Podobnie nie przekonuje mnie ballada Watching Over You, kojarząca się nieco z takimi wcześniejszymi piosenkami grupy, jak Looser, jednak pozbawiona równie dobrej melodii. Więcej ciepłych słów można napisać o Miracle Man, w którym melodia jest już lepsza (w zwrotce występują pewne podobieństwa do wczesnych utworów Whitesnake), a rytm, brzmienie perkusji i przyspieszenia tempa od razu przywodzą na myśl stare Led Zeppelin. Osobne słowa uznania należą się za nietypową solówkę. Turn Left At California jest ciekawym przerywnikiem albumu, brzmiącym w swojej większej części jak utwór bluesowy, momentami nawet bluegrassowy (ze względu na pobrzmiewające w nim banjo i harmonijkę ustną). Zagrane tutaj po refrenach i w końcówce charakterystyczne linie melodyczne znowu nieodparcie kojarzą się z Led Zeppelin. Raczej przeciętny Love Sucks to swego rodzaju muzyczny żart, toczący się w dość leniwym tempie, w refrenach, a zwłaszcza w bridge’u, nawiązujący do twórczości Aerosmith. W bardzo ładnej, akustycznej, chociaż znowu smutnej balladzie One Bullet Bowes udowadnia, że siła jego głosu nie uległa zasadniczej zmianie od czasów, w których zespół debiutował - w moście tego utworu wchodzi bowiem w zaskakująco wysokie rejestry. Płyta kończy się kawałkiem Honey, jedynym w którym riff może kojarzyć się z latami osiemdziesiątymi. Ma on bardzo fajny chorus, chociaż przydałoby się jeszcze jakieś rozwinięcie w postaci eksplodującego refrenu.
Thunder nie wymyślił prochu, nie wytyczył nowych kierunków w muzyce, ale przecież nie tego oczekiwali wszyscy dotychczasowi fani. Szczerze mówiąc, gdyby na tym etapie kapela nagle zaczęła grać np. thrash metal, pewnie wzbudziłoby to zdziwienie i niesmak. A tak mamy porcję solidnie zagranego, tradycyjnego (w dobrym tego słowa znaczeniu) rocka z wpływami bluesa, po którą powinni sięgnąć przede wszystkim amatorzy brzmień rodem z siódmej dekady dwudziestego wieku. Kilka przeciętnych utworów nie zmienia faktu, że jako całość jest to kolejny udany krążek w dyskografii tego brytyjskiego zespołu.
Oficjalna strona zespołu: www.thunderonline.com
Hardlover luty 2009
|