|
Skład: Danny Bowes - śpiew; Luke Morley - gitary; Ben Matthews - gitary, pianino, organy Hammonda; Mark Luckhurst - gitara basowa; Gary James - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Andy Taylor - gitara dwunastrostrunowa w [5]; The Croquettes i The Gherkin Brothers - chórki
Produkcja: Andy Taylor
Powstały na gruzach poprockowego Terraplane brytyjski zespół Thunder nie był chyba zbyt dobrze znany polskim fanom rocka, a szkoda, bo z perspektywy dwóch dekad wydaje się on być zjawiskiem osobnym, mającym własną wizję odświeżenia skostniałego już, choć bardzo zasłużonego, klasycznego hard rocka. 20 lat temu Bowes, Morley i spółka wpuścili do tego gatunku nieco świeżej krwi, wydając swój debiutancki album, zatytułowany Back Street Symphony. Duże wytwórnie płytowe należy pochwalić za wyrażenie swojego zainteresowania tym projektem i zainwestowanie w niego, gdyż biorąc pod uwagę zawartość krążka jego wydanie wcale nie musiało się zakończyć powodzeniem.
I chociaż jakiegoś oszałamiającego sukcesu nie było, to być może dzięki promującym ją teledyskom płyta zaznaczyła swoją obecność na listach przebojów w Wielkiej Brytanii, trochę gorzej wyglądało to za oceanem (dopiero 114. miejsce na liście Bilboardu). Trudno się oprzeć wrażeniu, że chociaż ekipa z Nottingham wprowadziła do brzmienia parę elementów całkiem współczesnych (jak chóralne refreny czy niekiedy sposób konstruowania gitarowych zagrywek), to rdzeniem jej twórczości pozostaje najbardziej tradycyjny z możliwych hard rock, typowy raczej dla lat ’70 niż ‘80. Wspomniane elementy sprawiły, że na tle ówczesnej konkurencji w swojej niszy dziełko Thunder wyróżnia się większą przystępnością i przebojowością. A że przy okazji jest świetnie wyprodukowane i bogato zaaranżowane, nawet obecnie słucha się go z prawdziwą przyjemnością. Symfonię Anglików rozpoczyna sunący powoli She’s So Fine - kawałek, który pod względem wokalnym wiele zawdzięcza wpływowi zarówno Ronniego Jamesa Dio jak i Paula Rodgersa. Ten interesujący miks obudowano sążnistymi, lejącymi się ja magma, a przy tym dopasowanymi do melodii jak dobry garnitur, niebanalnymi riffami. Pozycję drugą okupuje znacznie lżejszy Dirty Love (niegdyś zilustrowany wideoklipem), ewidentnie wycelowany w listy przebojów. Z pewnością inspirację dla tego pogodnego utworku stanowił dawny przebój We’re An American Band grupy Grand Funk Railroad - spotkacie tu takie same, kowbojskie rytmy i wesołą melodykę. Można się zdrowo pokiwać, chociaż outro jest dwa razy za długie. Don’t Wait For Me świadczy o tym, że kapela dbała o różnorodność materiału, przeplatając rzeczy radosne smutnymi, szybkie - balladami. Akurat ta jest skonstruowana na kontraście pomiędzy spokojnym, nieomal wyciszonym śpiewem Bowesa na początku, a dramatycznym wybuchem emocji w partiach instrumentalnych oraz przejmującym wchodzeniu wokalisty w wysokie rejestry w dalszej części - takie podejście i gitarowo-hammondowa aranżacja kojarzą mi się z kompozycjami Joe Cockera. Wysoką ocenę należy przyznać także kolejnemu Higher Ground - rzeczy o raczej niewielkiej szybkości, bazującej na łatwo wchodzących do głowy riffach, i rozwiązaniach rytmiczno-melodycznych tym razem przywodzących na myśl Bad Company z okresu z Brianem Howe. Za opus magnum całego albumu uważam jednak przeszło sześciominutowy Until My Dying Day, w którym gościnnie zagrał producent Andy Taylor. Łagodny, na poły akustyczny początek piosenki, kojarzący się trochę z wynurzeniami a’la Heart z lat ’70 nie zwiastuje tego, co się będzie działo dalej. W trzeciej minucie wdzierają się w to "zeppelinowskie" riffy i absolutnie wspaniały refren, w którym nie wyobrażam sobie nikogo innego poza gardłowym Thunder. Ileż emocji potrafi przekazać ten gość! W Backstreet Symphony zespół podkręca tempo, wrzucając słuchacza w wir funkujących rytmów (pochwały dla pana Gary’ego Jamesa) i nerwowych zagrywek gitar. Płynąca z numeru energia spodoba się tym, którzy cenią dokonania Trapeze. Love Walked In to ukłon w stronę miłośników power ballad, chociaż daleki od banału. Znów można docenić talent kwintetu do pisania wpadających w ucho melodii, perfekcyjnych aranżacji oraz doskonałe chórki. Całość uzupełnia elegancko dopasowane, choć nie szarżujące solo. Z uśmiechem na ustach przyjąłem rockandrollowo huśtający An Englishman In Holiday - kawałek niezbyt wysublimowany, okraszony barowym pianinkiem, ale przecież przy czymś trzeba wyżłopać ten czteropak piwa, przyniesiony właśnie do domu... Nieco mniejszą estymą darzę szybki Girls Going Out Of Her Head, który mimo że zawiera fajne, typowe dla lat ’80 riffy i został odegrany poprawnie, jakoś nie przykuwa szczególnej uwagi swoim głównym tematem. Jedyny cover na płycie - Gimme Some Lovin’ nagrany pierwotnie jeszcze w latach ‘60 przez legendę tzw. białego soulu, Spencer Davies Group, zachowuje motorykę i energię oryginału, a ciepła aranżacja potrafi rozgrzać w środku zimy. Poszarpany riff przewodni Distant Thunder jest ewidentnym dowodem zapatrzenia w muzykę dziewiątej dekady XX wieku i to samo dotyczy przebojowych, imponujących partii wokalnych. Natomiast przejścia w solówce nieodparcie kojarzą mi się z... naszym Dżemem. W tej kombinacji nie czuje się żadnej niespójności i za to daję brytyjskiej załodze kolejnego plusa.
Chociaż Back Street Symphony nie ruszyło z posad bryły świata, z pewnością dostarczyło kupę radości fanom tradycyjnych brzmień, podanych w atrakcyjnym opakowaniu. Inna rzecz, że na swoim debiucie Thunder postawił sobie poprzeczkę tak diabelnie wysoko, że już nigdy później nie zdołał jej przeskoczyć.
Oficjalna strona zespołu: www.thunderonline.com
Hardlover grudzień 2010
|