|
Skład: Per Johansson - śpiew; Michael Bodin - gitary; Martin Damgaard - perkusja; Thomas Kuhlmann - gitary; Andreas Schumann - gitara basowa; Simon Long Krogh - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Finn Zierler - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Third Eye
Tę płytę miałem ominąć. Spojrzałem na kraj pochodzenia zespołu, którym jest Dania i pomyślałem "eeeeee...". Coś mnie jednak podkusiło, chyba przyklejona do nich łatka Progressive Metal i postanowiłem sprawdzić, co to za dziwo. No i wyszło szydło z worka, ale o tym za chwilę.
Third Eye to debiutujący zespół duński, a 21 maja 2010 roku ukazał się ich pierwszy, pełnometrażowy album Recipe For Disaster. Może zawartość tego krążka to i nic specjalnego, ale już od pierwszych taktów Solitary Confinement, zaciekawia i wciąga niczym najlepszy film czy książka. Pierwsze co rzuca się do uszu, to bardzo dobre brzmienie, jak wszyscy wiemy poletko znane pod nazwą Metal Progresywny jest dość mocno wyeksploatowane i trudno o coś, co słuchacza zaskoczy, czy zaciekawi. No i prawie zawsze jest to wypiek będący pod silnym wpływem Magików z USA. Tu tego nie ma. Zaskoczeni? Może i się teraz wygłupię, ale po kilkunastokrotnym wysłuchaniu tej płyty stwierdzam, że ci panowie stworzyli całkiem nową jakość, czy może nawet zaryzykować słowo - markę, jeśli chodzi o te rejony muzyczne. Mamy zatem progresję, w której słychać echa takich ekip jak Pagans Mind, Symphony X, Mercyful Fate, czy choćby daleko nie szukać - Beyond Twilight. A na dokładkę tu i ówdzie pojawiają się riffy zaczerpnięte z Metal Church... Na to wszystko mamy jeszcze cholernie nietypowy wokal, będący wypadkową Dirkschneidera, Munroe, Halforda, Kinga Diamonda, dramatycznego śpiewu Toma Englunda i cholera wie kogo jeszcze. Wiecie, jego wokal brzmi, jakby facet dał nogę ze szpitala dla obłąkanych, ale doskonale pasuje do dźwięków wydobywanych z instrumentów. Takich wokalistów nie ma zbyt wielu i jest on niewątpliwym plusem tego wydawnictwa. A za sitkiem stoi nie kto inny jak sam Per Henriksen, czyli Per Johansson ze skądinąd znanego Fate. To bardzo dobry wokalista i tu, choć robi z siebie dziwadło, to jest strasznie charakterystyczny i wyróżnia się na tle większości metalowych śpiewaków. Na początku mnie odsiało, ale postanowiłem posłuchać do końca i nie żałuję. Zawartości słucha się bardzo dobrze, zespół potrafi nagle zmienić tempo czy nastrój kawałka i ni z tego ni z owego Per potrafi wjechać z wrzaskiem godnym najwyższego podziwu. Ale to, co dzieje się w takim Six Feet Under to jest mistrzostwo świata. Łagodny, niemal balladowy wstęp, kapitalny tekst utworu i niesamowicie śpiewający wokalista. No i ten refren. Proszę Państwa, takie rozwiązania nieczęsto się słyszy, a to co się tu dzieje, zaliczam do ścisłej czołówki w tym roku. Podoba mi się także dbałość o warstwę instrumentalną. Tu każdy dźwięk ma swoje miejsce, niemal matematycznie obliczone. Tu nie ma niezagospodarowanej przestrzeni. Całość trwa prawie 70 minut i mimo tej nieco "dusznej" i miejscami hmmmm, "dramatycznej" i takiej teatralnej atmosfery rodem z albumów Kinga Diamonda w ogóle nie nudzi. Łapię się na tym, że z każdym odsłuchem odkrywam na tym krążku coś nowego. Zespół umie zainteresować i wciągnąć słuchacza, zaprosić go do własnego, nieco eklektycznego świata, do zagłębienia się w historie opowiadane w lirykach. Być może można doszukiwać się tu elementów psychodelii, nie wiem. Ale często przychodzi mi na myśl porównanie do tego, co Aga Chylińska potrafiła zrobić na drugiej płycie O.N.A. Chciałbym, żebyście ocenili to sami. Recipe For Disaster jest albumem niezwykle spójnym i naprawdę trudno tu wyróżniać poszczególne utwory, ale ja zwróciłem jeszcze uwagę na Darkness Into Dawn. Świetny, progowy wstęp, średnie tempo utworu no i te rozwiazania zastosowane tu i ówdzie. Zaprawdę powiadam Wam, że trzeba mieć łeb, żeby wpaść na takie coś i niejedna ekipa pomysłów mogłaby pozazdrościć. No i ta wymiana solówek między gitarzystami. Właśnie, kilka słów o nich. Są wirtuozerskie, ale bez zbędnego popisywania się i fajerwerków. Melodyjne i skomponowane tak, by zajmowały ściśle określone miejsce w utworach. Na uwagę z pewnością zasługuje także Snake In The Grass, utwór skomponowany na modłę Symphony X, w którym wokalista w refrenie brzmi nie przymierzając jak Jorn. No i ta pełna heavy metalowego ognia solówka. No i na koniec Wielki Finał w postaci The Psychiatrist. Tu skupia się to wszystko, o czym pisałem wcześniej. Piękny, łagodny, niemal maidenowski wstęp i tło. Zamknijcie oczy. Posłuchajcie opowiadanej w tym kawałku historii. No i ten riff rodem z Watch The Children Pray Metal Church... Wspaniała, ponad dziesięciominutowa kompozycja. Godny koniec płyty. Za chwilę znów można wcisnąć "Play" i wszystko może zaczynać się od początku.
Podsumowując: całkiem nowa jakość, jeśli chodzi o progresywne granie. Zawartość nie nudzi ani na chwilę, wciąga, zaciekawia i człowiek nie ma dość. Tej płyty po prostu chce się słuchać. Nie wiem, czy nie jest to progmetalowa płyta roku. W moim zestawieniu na pewno będzie bardzo wysoko. Serdecznie polecam.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/thirdeyeband
Vincent lipiec 2010
|