|
Skład: Phil Lynott - śpiew; gitara basowa; Scott Gorham - gitary, chórki; John Sykes - gitary, chórki; Brian Downey - perkusja i instrumenty perkusyjne; Darren Wharton - instrumenty klawiszowe, chórki
Produkcja: Thin Lizzy i Chris Tsangarides
Już pod koniec 1982 roku Thin Lizzy groził rozpad. Problemy narkotykowe Gorhama i Lynotta oraz ambicje tego ostatniego, żeby nagrywać płyty solowe, nie sprzyjały jedności w zespole. Plotka głosi, że z tego powodu odszedł z niego Snowy White. Mimo wewnętrznych spięć formacja zadecydowała o kontynuowaniu działalności i zaczęła komponować piosenki na nowy album, który miał się ukazać już niebawem. Gdy całość była już niemal gotowa, do składu dokooptowano obiecującego gitarzystę Johna Sykesa (ex- Tygers Of Pan Tang), co jak się później okazało, miało niebagatelny wpływ na brzmienie krążka. Wydany w 1983 roku Thunder And Lightning jak żaden inny podzielił dotychczasowych fanów Thin Lizzy.
Zawarta na nim muzyka uzyskała brzmienie typowe dla lat osiemdziesiątych, w wyniku innego rejestrowania dźwięków i innych aranżacji, niż miało to miejsce na poprzednich płytach grupy. Zwolennicy starego Thin Lizzy zarzucali albumowi, że dźwięki są zbyt skompresowane, przez co wszystkie instrumenty momentami zlewają się w jedną całość - dzisiaj wydaje się jednak, że był to celowy zabieg artystyczny. Ponadto w wielu utworach nie ma tu tzw. podwójnej osi, współtworzonej przez gitarę rytmiczną i prowadzącą, która wcześniej była znakiem firmowym zespołu. Rola gitar została wyraźnie rozgraniczona, co siłą rzeczy pozostawiło znacznie więcej pola do popisu Sykesowi, raz po raz wygrywającego świetne solówki. Głos Lynotta poddawano modulacji (m. in. dodawano pogłosy, przepuszczano przez wokoder), co niekiedy robiło nawet pozytywne wrażenie, ale nie zawsze. Konserwatywni fani już podczas przesłuchiwania pierwszego utworu mogli przeżyć szok. Thunder And Lightning, najostrzejszy kawałek w całej historii formacji, został zagrany tak ekspresyjnie i agresywnie, że zacząłem sprawdzać, czy czasami nie gra tego jakiś zespół heavy metalowy, np. Tygers Of Pan Tang. Dynamika, mocne riffy, niemal skandujący wokalista i popisowe solówki (Sykes na gitarze i Wharton na syntezatorze) dopełniają całości. Tak wymiatającego Thin Lizzy wcześniej nie było! Kolejnym mocnym punktem jest również druga ścieżka. This Is The One, oparty na prostym, choć chwytliwym riffie i rytmie nabijanym przez szybko pracującą perkusję, ma w sobie coś z energii The Who. Jego ozdobą jest melodyjny refren i urozmaicona solówka. Jakim zaskoczeniem jest na tym tle The Sun Goes Down! Właściwie jest to ballada, z tym że zagrana nietypowo, z wysuniętymi na pierwszy plan basem i klawiszami, budującymi melancholijną, a jednocześnie smutną atmosferę. Rewelacyjnie brzmi tu wokal ze wspomnianymi pogłosami oraz rozdzierająca solówka, przywodząca na myśl styl Gary Moore’a. Sześć minut oryginalnej, muzycznej magii... Artyści przyspieszają do tempa średniego w The Holy War, następnym bardzo melodyjnym utworze z niesamowitym klimatem. Tym razem na prawdziwe wyróżnienie zasługują współpraca gitar i gra Downeya (rzadko kiedy perkusista ma w numerze rockowym tak wiele do powiedzenia). Chórki, jakby wyjęte z muzyki elektronicznej, budzą pewne zastrzeżenia, ale pomińmy to, bo kawałek jest naprawdę znakomity. Jedyna piosenka napisana wspólnie z Sykesem, Cold Sweat, to już rocker typowy dla lat 80-ych, energiczny, opatrzony doskonałym riffem, eksplodujący pomysłową solówką z elementami tappingu, wzbudzającą niekłamany podziw. Prosty jak drut, ale wbijający się w pamięć. Someday She Is Going To Hit Ya można uznać za nieco słabszy punkt albumu, albo potraktować jak eksperyment. Wiele obiecujące riffy i zagrana z werwą zwrotka nie prowadzi do jakiegoś mocnego rozwinięcia, zamiast niego mamy tutaj neoprogresywne harmonie brzmieniowe, generowane przez gitary i klawisze (inna rzecz, że na mistrzowskim poziomie). Nie podoba mi się, że chórki są tu wyeksponowane bardziej niż wokalista. Bluesujący Baby Please Don’t Go z jednej strony nawiązuje do wcześniejszej twórczości formacji, z drugiej zawiera też elementy nowe (jak shredding po drugiej zwrotce i w samej końcówce). W sumie jest to kolejna udana odsłona płyty, dalej mamy
jednak coś lepszego. W bazującym na chwytliwym riffie i ciepłym brzmieniu gitar Bad Habits Lynott śpiewa tak nisko, że kawałek kojarzy się nieodparcie z twórczością Lou Reeda, mimo iż nawiązuje też do okresu Chinatown. Kolejny raz okazało się, że pogłosy były tu rewelacyjnym pomysłem, a sam gardłowy dowiódł, że wciąż znajdował się w dobrej formie. Dobry riff i ciekawa melodia są również walorami ostatniego na płycie Heart Attack, jakby spinającego klamrą cały krążek. Na uznanie zasługuje tu po raz kolejny solówka, zagrana w części techniką staccato.
Finalny, jak się później okazało, akord twórczości Thin Lizzy to materiał urozmaicony, ciekawy, odbiegający brzmieniowo od wcześniejszych dokonań. Można powiedzieć, że był swego rodzaju znakiem nadchodzących czasów, testem z którego muzycy wyszli zwycięsko. Z całą pewnością ukazał też światu niewątpliwy talent Johna Sykesa i Darrena Whartona. Szkoda tylko jednej rzeczy - wkrótce po wydaniu Thunder And Lightning grupa zawiesiła działalność, a Lynott zaczął popadać w coraz większe uzależnienie od narkotyków. Ostatecznie jego słońce zaszło niespełna trzy lata później...
Oficjalna strona zespołu: www.thinlizzyonline.com
Hardlover maj 2009
|