|
Skład: Phil Lynott - śpiew; gitara basowa, gitara akustyczna; Eric Bell - gitara prowadząca, gitara dwunastrostrunowa; Brian Downey - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Ivor Raymonde - mellotron w [2]
Produkcja: Scott English
Jeśli mowa o klasycznym hard rocku, nie można pominąć zespołu Thin Lizzy. Może nie zrobił on relatywnie aż tak oszałamiającej kariery jak np. Deep Purple czy Led Zeppelin, ale z pewnością był grupą wpływową i wiele formacji z lat '80 i późniejszych cytowało Irlandczyków jako swą inspirację. Pierwszy, eponimiczny krążek ekipa Lynotta zdołała wydać w 1971 r.
Chociaż grupa została powołana do życia w 1969 r. w jednym z pubów Dublina przez gitarzystę Erica Bella i klawiszowca Erica Wrixona, najbardziej znanym jej członkiem pozostaje wokalista i basista Phil Lynott (pół-Irlandczyk, pół-Brazylijczyk), który był też głównym kompozytorem lub współkompozytorem większości nagrań Thin Lizzy. Lynott wraz z perkusistą Brianem Downeyem dołączył do Bella i Wrixona jeszcze tego samego wieczoru - muzycy wypatrzyli ich podczas występu grupy Orphanage i zaproponowali współpracę. Debiutancki album zespołu ukazuje się dwa lata później i zostaje nagrany w trzyosobowym składzie, bowiem Wrixon opuścił do tego czasu kolegów, by powrócić do swej starej kompanii Them. Płytę wydała wytwórnia Decca Records, ale mimo przyzwoitej promocji sprzedawała się ona tak sobie i nie udało się wylansować z niej żadnego przeboju. Wczesny styl gry formacji bazuje na zapożyczeniach od Jeffa Becka, Jimiego Hendriksa, czy Van Morrisona, choć gdzieniegdzie słychać i innych wykonawców uprzedniej epoki. Do stylistyki znanej z późniejszych nagrań, z nawiązaniami do irlandzkiego folku czy country, było jeszcze daleko. Pierwszy w zestawie numer o nieco przydługim tytule The Friendly Ranger At Clontarf Castle rozpoczyna się od swego rodzaju intro - na tle cicho pogrywającego zespołu słyszymy krótką opowieść. Dalej mamy coś na miarę skrzyżowania The Eagles z Hendriksem, wszystko zagrane dość łagodnie i z barowym klimatem. Solówka z kolei brzmi, jakby balansowała między bluesem a... gitarą hawajską. O Honesty Is No Excuse też ciężko powiedzieć, by było drapieżne jak np. późniejsze Jailbreak. Mało tego, ja tu słyszę nawet jakieś echa, chciałoby się rzec "cienie", The Shadows. Lubię czasem posłuchać takich rzeczy, bo po prostu uspokajają. Na pozycji trzeciej Diddy Levine, czyli danie złożone z influencji Presleya i Dylana. Znów raczej ciągoty do grania cichego, łagodnego i jakże to dalekiego od hałaśliwości charakterystycznej dla czasów, jakie mają dopiero nastąpić. Ale nie brak i mocnieszego uderzenia bliżej środka utworu, jakie ludzie pokroju mojego ojca nazywają graniem awangardowym, a które mnie po prostu przypomina psychodeliczne dokonania takich tuzów jak The Cream czy Iron Butterfly. Ray-Gun to jeden z moich tutejszych faworytów. Już od pierwszych dźwięków przypomina kawałki Jimiego (wiadomo, którego), taki heavy blues, ale przecież właśnie z niego wywodzi się gatunek, który nazywamy klasycznym hard rockiem. Ostrzej robi się w Look What The Wind Blew In, lecz jest to zarazem granie szybsze i jakby bardziej radosne. Trochę w tym rock'n'rolla, więc amatorzy kręcenia się i wywijania ciałem mogą z kawałka zrobić właściwy użytek. Z kolei Éire to bluesowa ballada, swoim tytułem nawiązująca do rdzennej nazwy, jaką Irlandczycy określają Irlandię. Tekstowo piosenka nawiązuje do walki ludu tego kraju z najeźdźcami - Wikingami i Saksonami. Piękny hołd złożony przez Thin Lizzy ojczyźnie. W Return Of The Farmer's Son raz jeszcze nawiązania do rocka psychodelicznego, czyli z nieco mocniejszym uderzeniem i z brzmieniem charakterystycznym dla swej epoki (nazywam takie "hendriksowymi"). Nie jest to może jakieś arcydzieło, nic szczególnie ambitnego, jednak miło posłuchać dudnienia w głośnikach. Clifton Grange Hotel wyróżnia się przede wszystkim specyficzną linią gitary basowej, zresztą dość typową dla przełomu lat '60 i '70, chociaż nie brakuje i gitar pogrywających na wzór, jaki spopularyzowało w podobnym okresie szkockie Nazareth. Numer zatytułowany Saga Of The Ageing Orphan zgodnie z przewidywaniami musi być balladą. Nie jest to nic na wzór pościelówek, do jakich zdołały nas przyzwyczaić grupy z lat '80, raczej jet to typowa ballada dla epoki sprzed inwazji hair metalu, a nawet nawiązująca jeszcze gdzieś do lat '50. Trochę to za smutne granie, jak na mój gust. Remembering, Pt. 1 utrzymane jest w dość jednostajnym tempie, z wysuniętą na przód linią basu i przygrywającą do niej partią gitary rytmicznej. Na podobnych patentach będzie się potem opierało Black Sabbath ze swoim Paranoid i połowa nagrań Iron Maiden, z tym że te kepele będą grały bardziej dynamicznie i z miej monotonnymi melodiami. Wydanie kompaktowe posiada jeszcze cztery utwory bonusowe. Dublin to taka bluesowa ballada, wolna, delikatna i z obowiązkowo smutnym tekstem opowiadającym o rozstaniu z ukochaną i rodzinnym miastem. Z kolei Remembering, Pt. 2 (New Day), czyli kontynuacja jednego z wcześniejszych kawałków, to granie bardziej radosne, choć nadal jednolite i pozbawione wszelkich ozdobników. Lepsze jest Old Moon Madness, jakby więcej tu energii i da się wyczuć pewną koncepcję. Jestem niemal pewien, że część ścieżki została wyimprowizowana, lub powstała na jakimś jam session, mimo wszystko całość trzyma się kupy. Przyzwoite jest też zamykające krążek Things Ain't Workin' Out Down At The Farm. Nieco szybsza kompozycja, z tzw. mocnym uderzeniem, hołdująca tendencji do ostrzejszego grania i z pewnością można ją uznać za dość typową przedstawicielkę wczesnego hard rocka.
Płyta niby nie najgorsza, ale słabsza od innych dokonań Thin Lizzy (oraz od innych krążków wydawanych w podobnym okresie przez "konkurencyjne" grupy) i przez to mało zachęcająca, by często po nią sięgać. Niemniej jednak kilka utworów z zestawu wartych jest wysłuchania.
Oficjalna strona zespołu: www.thinlizzyonline.com
Guitarrizer czerwiec 2010
|