Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** THIN LIZZY : Odgrzewane kotlety też mogą smakować ***

Relacja z koncertu Thin Lizzy, 27.10.2008, Warszawa, klub Stodoła

Jesien jak widać obfituje w całkiem ciekawe koncerty, dlatego też po ostatniej wizycie w Stodole postanowiłam podzielić się wrażeniami z występu jednej z legend hard rocka, Thin Lizzy. Koncert ten wywołał spore kontrowersje jeszcze zanim się odbył. "Thin Lizzy w warszawskiej Stodole" - super! Ale zaraz... przecież Lynott już od dawna nie żyje. Nie ma go z nami, bagatela, od 22 lat, o co więc chodzi? Sam zespół rozpadł się w 1984 roku. Ci bardziej zorientowani w temacie wiedzieli jednak, że Lizzy egzystuje nadal. Reaktywowane w 1994 nadal bawi fanów swymi starociami granymi na żywo. Starociami, bo od tamtej pory nic nowego nie powstało. Niestety. Na miejsce Phila (na wokal, nadal jednak jednocześnie pozostając przy wiośle) wszedł ich gitarnik oraz jednocześnie artysta znany z takich formacji jak Streetfighter, Tygers Of Pan Tang, Badlands, Whitesnake, Blue Murder - John Sykes. Wiosło basowe natomiast przejął, zaledwie w 2007 roku, niejaki Francesco DiCosmo, a za garami zasiadł Tommy Aldridge. Ze starego składu, jak się już domyślacie, obok Sykesa, ostał się jedynie drugi gitarzysta, Scott Gorham. Kiedy już informacja o nadchodzącym show rozeszła się tu i ówdzie, na forach internetowych zawrzało. Wybuchły dyskusje na temat tego, czy wskrzeszone Thin Lizzy to jeszcze ten sam zespół, czy już właściwie cover band. 'Bez Lynotta to nie robotta!' - rozpowszechniło się zabawne hasełko. Entuzjazm był olbrzymi. Cóż, magiczna nazwa kojarząca się z weteranami hard rocka zadziałała mocno.

Kruk Ciekawa byłam frekwencji na tymże występie i zostałam całkiem mile zaskoczona widząc długaśną kolejkę ludzi czekających na wejście do klubu. Średnia wieku była, rzec mogę, zróżnicowana. Nawet bardzo. Od nastoletnich młokosów wdrążających się dopiero w "klimaty", po starszych łysiejących panów z żonami - przypuszczalnie byli to rodzice obecnych tam dzieciaków. Ja z kumpelą (mniej więcej szalone 20tki) stanowiłyśmy raczej ewenement. Jedną z dosyć sympatycznych niespodzianek na wstępie okazał się znakomity support. Zespół Kruk rodem z Dąbrowy Górniczej, grający melodyjnego hard rocka urozmaiconego dość bogatym brzmieniem klawiszy. Jak się okazało, wśród publiczności znaleźli się także ich wierni fani. Występ tejże kapeli, całkiem wyczerpujący pod względem zagranego materiału, okazał się strzałem w dziesiątkę. Rozochocona publiczność była już całkowicie rozgrzana i gotowa na występ głównej gwiazdy. "Lizzy! Lizzy!", dały się słyszeć nawoływania, gdy tylko Kruk zszedł ze sceny. Na szczęście długo nie trzeba było czekać. Panowie z 'Lizzy' pojawili się po naprawdę krótkim okresie czekania, a publiczność dostała wręcz radosnego szału. Setlista była przewidywalna, gdyż już kilka dni wcześniej na portalu internetowym last.fm można było przeczytać, co zagrali w Sofii.

Thin Lizzy Na dzień dobry usłyszeliśmy Jailbreak. Wszyscy od razu podchwycili i refren: "Tonight there's gonna be a jailbreak, somewhere in the town..." wykonany został wspólnie z publicznością. Niezłe wrażenie jak na początek. Następnie Waiting For An Alibi, Don't Believe The Word. I nadal przy każdym refrenie fani chórem odśpiewywali doskonale znane słowa. Muszę jednak stwierdzić, że na żywo wszystko brzmiało zupełnie inaczej, niż się spodziewałam, jakoś tak mniej klarownie, bardziej natomiast 'jazgotliwie'. Nie chodzi o to, że Sykes źle radził sobie z wokalem, facet na rzeczy niewątpliwie się zna, acz pewnej charyzmy w głosie, którą posiadał Phil (i której podświadomie oczekiwali zebrani), mu brakowało. Reszta instrumentalistów, mimo iż, jak przypuszczam, może naiwnie, wszelkich starań, także nie do końca odtworzyła utwory z taką lekkością, do jakiej byliśmy przyzwyczajeni słuchając płyt. Mimo to na scenie zachowywali się swobodnie, John utrzymywał doskonały kontakt z publicznością i co chwila raczył nas szerokim uśmiechem. Muszę go również pochwalić za sceniczny image. Zszyte z rozmaitych kawałków skóry i czegoś tam jeszcze obcisłe gacie i zwiewna bladoróżowa koszula przywoływały doskonale klimat lat osiemdziesiątych. Reszta zespołu również ma u mnie plusa z tego powodu, no, może oprócz basisty, który jakby urwał się z innej bajki (coś jak koleś z Bullet For My Valentine?), do tego dość zabawnie bujał się na boki podczas grania, ale co będę narzekać, skoro z instrumentem radził sobie dobrze. Minusem też były pewne kwestie techniczne, m.in. nagłośnienie.

Szczerze mówiąc kawałek, na który czekałam najbardziej, Dancing In The Moonlight, stanowił dla mnie jeden z ważniejszych wyznaczników jakości tego koncertu. Piosenka wyróżniająca się spośród pozostałych niesamowitym, beztroskim klimatem 'długiej, gorącej letniej nocy', przepełniona duchem młodzieńczych marzeń... Czy wśród tego rozkrzyczanego tłumu da się ów klimat przywołać? Troszkę się zawiodłam. Wiadomo, pstrykania palcami na basowym wstępie nie było, nie mogliśmy też usłyszeć saksofonu. Zamiast tego Sykes zaczął akompaniować 'o-o-o-o' w rytm melodii ze wskazaniem na publiczność, by powtarzała za nim. Ehh, wiocha.. "cała sala śpiewa z nami", Stodoła się bawi! - trochę jak goście po paru głębszych na imprezie w wiejskiej remizie. Emocje spore, ale oczekiwanej przeze mnie atmosfery niestety nie uświadczyłam. Cóż, chyba jednak najlepiej pozostaje mi cieszyć się tą piosenką w samotności. Z drugiej strony świadomość usłyszenia jej live była satysfakcjonująca.

Thin Lizzy Dalej było już znacznie lepiej. Still In Love With You, Sha La La, Emerald, Cowboy Song, Black Rose, The Boys Are Back In Town... Hit za hitem. Nadal jednak wyczuwało się nieobecność duszy Thin Lizzy i, podkreślam jeszcze raz, nie chodziło tu jedynie o absencję Lynotta. Swoją drogą, ciekawe co on sam powiedziałby na to przedstawienie. I, co najistotniejsze, czy widziałaby sens w tym, by ci panowie grali dalej. A grać, owszem, było dla kogo. Ale czy nie było to poniekąd zabijanie legendy tego wspaniałego zespołu? Może czasem warto zostawić tylko dobre wspomnienie, a nie przywracać na siłę tego, co już się ewidentnie skończyło? Okay, powiecie, to takie ideologiczne rozważania, dlaczego więc pojechałam na ten koncert? Z czystej ciekawości i uwielbienia dla tej kapeli. Może była to już ostatnia szansa zobaczyć ich w chociaż takiej formie. Uczucia mieszane, jednakże dla mnie było to doskonałe doświadczenie i... wydarzenie, które skłoniło do nowych cennych muzycznych refleksji. Nie żałuję!

Koncert zakończył się dwoma bisami, impreza wówczas rozkręciła się 'na maksa'. Grunt to dobra zabawa, jak to się mówi. Dlatego też porzuciłam na jakiś czas rozmyślania i oddalam się muzyce. Ostatnie kawałki wyskakałam pod samą sceną. Szczególnie Cold Sweat wgniotło w posadzkę... Uhh! Zabrakło mi troszkę The Rocker i Rosalie. Kostek czy też pałeczek niestety nie udało mi się złapać, mimo, że przefrunęły dokładnie nad moją głową (tu muszę wspomnieć rewelacyjne drum solo zakończone wyrzuceniem pałek w powietrze i przejście do grania samymi dłońmi na bębnach. Brawo, panie Aldridge!).

Po niecałej godzinie grania (tutaj się nie popisali) pobiegłyśmy w nadziei na zdobycie autografów na parking mieszczący się nieopodal Stodoły, gdzie stał autokar rockmanów. Spryciarze jednak nie pojawili się tam, gdyż usiłowali wyjechać z innej strony taksówką. Zatrzymani przez grono fanów byli nawet skłonni podpisać nam bilety i okładki płyt, jednakże dość brutalnie zostaliśmy odciągnięci przez ochronę. Zgromadzeni pomachaliśmy ładnie muzykom przez ciemną szybę samochodu i tak pożegnaliśmy się z gwiazdami. Chwilę później zostałam zaczepiona przed starszego gościa, który chyba także czyhał na autograf. Był gdzieś w okolicach 70tki, z długą siwą brodą i przekomiczną czapeczką przywołującą na myśl nakrycie głowy Napoleona(!). Na skórzanej kurtce jakieś naszywki. Widać było, że czuł rock'n'rolla. Jego pytanie jednak trochę mnie zgasiło. Spojrzał na mnie, koleżankę i z niedowierzaniem spytał: "To młodzież jeszcze słucha takiej muzyki?" Heh... W odpowiedzi mogłabym zapytać, czy urwał się z ZZ Top, ale nie chciało mi się wdawać w dyskusję o starym dobrym graniu.

"Dziadki" z Lizzy mówiły coś, że jeszcze tu wrócą. Chyba nawet ogłosili to ze dwa razy. Ktoś złośliwy mógłby zapytać: "ciekawe, czy zobaczymy wtedy kogoś jeszcze ze starego składu?". No i co... pewnie zagrają znów to samo. Nie wszyscy lubią konsumować odgrzewane kotlety. Jednak do kotleta gra się czasem najlepiej, bywa, że muzyka na koncercie jest tylko pretekstem do zabawy. Zatem jeśli faktycznie wpadną, czy ponownie pojawi się aż tyle osób? Śmiem wątpić.

Lista zagranych utworów:
01. Jailbreak
02. Waiting For An Alibi
03. Don't Believe A Word
04. Are You Ready
05. Bad Reputation
06. Dancing In The Moonlight
07. Still In Love With You
08. Sha La La 12. (drum solo)
09. Emerald
10. Suicide
11. Cowboy Song
12. The Boys Are Back In Town
13. Cold Sweat
14. Black Rose.

Oficjalna strona zespołu: www.thinlizzyonline.com

AC
30.10.2008