Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

THIN LIZZY - Jailbreak [1976]
Wydawca: Vertigo / Mercury / Phantasm / Island / Universal / Rock Classics / Phonogram

  1. Jailbreak
  2. Angel From The Coast
  3. Running Back
  4. Romeo And The Lonely Girl
  5. Warriors
  6. The Boys Are Back In Town
  7. Fight Or Fall
  8. Cowboy Song
  9. Emerald
Jailbreak

Skład: Phil Lynott - śpiew, gitara basowa, gitara akustyczna; Scott Gorham - gitara prowadząca i rytmiczna; Brian Robertson - gitara prowadząca i rytmiczna; Brian Downey - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Tim Hinkley - instrumenty klawiszowe w [3]

Produkcja: John Alcock

Są na tym świecie płyty, bez których nie wyobrażam sobie muzyki jako takiej, bez których życie byłoby uboższe i smutniejsze, a które poprawiają humor nawet wtedy, gdy słucha się ich po raz setny. Krążki-legendy, zajmujące poczesne miejsce w historii rocka, stanowiące swego rodzaju muzyczny odpowiednik wzorca metra z Sevres i jednocześnie inspirację dla całej rzeszy innych artystów. Jednym z takich, które od razu przychodzą mi do głowy, jest szósty studyjny album irlandzkiego dobra narodowego - Thin Lizzy.

Podobno przy nagrywaniu tego wynurzenia kładziono silny nacisk na kompozytorską współpracę całego kwartetu, tak by wyeliminować wszelkie ewentualne zbędne nutki. Nie sposób nie zauważyć, że między innymi dzięki temu irlandzkiemu kwartetowi udała się rzecz rzadka. Mianowicie, muzyka z Jailbreak, choć bardzo spójna stylistycznie, mieni się całą paletą różnych odcieni. Mamy zatem Thin Lizzy zawadiackie, w zbudowanym na fenomenalnym w swej prostocie riffie numeru tytułowego, w którym oprócz jednej z najbardziej rozpoznawalnych melodii w historii rocka słyszymy również pomysłowo wykorzystany efekt wah-wah i słynny już "break out" z odgłosami syren policyjnych. Podobnie wyluzowaną, ale jednocześnie zapraszającą do gibania się na parkiecie atmosferę zapewnia drugi szlagier z płyty, rozkołysany The Boys Are Back In Town. Tu wydaje się, że kapela podpisała pakt z samym diabłem na sypanie jak z rękawa świetnymi riffami. A jeśli one kogoś nie przekonują, do powstania z miejsca zmusi go melodyjny motyw duetu gitar, grany po refrenach. Thin Lizzy niemal kowbojskie, zapatrzone w southern rocka, odnajdziemy w podrygującym Angel From The Coast (gdzie przy okazji nie zabrakło również gry w tzw. podwójnej osi - znaku firmowego zespołu) z ciepłą, jakże amerykańską solówką. Natomiast trochę bardziej rozbudowany Cowboy Song ma na początku klimat niemal z westernu, który po zwiększeniu tempa szybko ustępuje miejsca country-rockowej melodyce w stylu Creedence Cleerwater Revival, tyle że jakościowo przewyższającej ten ostatni. Najbardziej podoba mi się moment przeplatania się tekstu i uderzeń wspomnianej pary gitar po drugim refrenie. Jak wiele grup mogłoby pozazdrościć wyczucia naszym herosom... Thin Lizzy stonowane, z większym udziałem klawiszy, a nawet sekcji dętej i z premedytacją wycelowane w listy przebojów reprezentuje Running Back, celowo stylizowane na modłę piosenek Vana Morrisona (uderza łatwość, z jaką Lynott wchodzi w skórę tego ostatniego, niemal dokładnie tak samo akcentując sylaby). Thin Lizzy spokojnie snujące mikroopowieść przy delikatnym, ale perfekcyjnie skonstruowanym podkładzie, usłyszymy w Romeo And The Lonely Girl, w którym palcowy styl gry na gitarze rytmicznej przywodzi na myśl późniejsze dokonania Dire Straits. Warto wspomnieć o solówce, która podąża tu jakby własną ścieżką, budując alternatywną melodię, świetnie pasującą do tej głównej. Jeszcze inne oblicze Thin Lizzy pokazuje w nietypowo skomponowanym Warriors - tutaj jest to zespół wręcz mroczny, nie stroniący od eksperymentów z brzmieniem (dystorsje, pogłosy), doskonale operujący efektem "kaczuchy"; w tym w kawałku z solówką perkusisty w końcówce zaskakuje niemal apokaliptyczny chórek. W kojącej zbolałą duszę, pastelowej balladzie Fight Or Fall grupa pokazuje się od strony lirycznej, w czym wydatnie pomaga kolejna już piękna linia melodyczna. Miłośników cięższych dźwięków powinien zadowolić Emerald z riffami zagranymi na tyle mocno, że bliskimi heavy metalowi. Jednocześnie wpleciono tu gitarowe wstawki wzorowane na tradycyjnej muzyce irlandzkiej; szczególnie okazale wypadł pozornie improwizowany pojedynek na instrumentalne motywy pomiędzy Gorhamem i Robertsonem w rozciągniętym outro - od razu słychać z kogo czerpali inspiracje tacy artyści jak Gary Moore i Dare.

Aby uniknąć nudnych podsumowań, napiszę tylko: album bardzo krótki, ale genialny, prawdziwy wzorzec melodyjnego rocka. Kto jeszcze nie zna, powinien jak najszybciej nadrobić zaległości.

Oficjalna strona zespołu: www.thinlizzyonline.com

Hardlover
wrzesień 2010