|
Skład: Matt Jones - śpiew; Ben Brookland - gitary; Tagore Grey - gitary; Rick 'Swoggle' Newman - gitara basowa; Dhani Mansworth - perkusja
Produkcja: Laurie Mansworth
Przez wiele lat wyspiarski rynek muzyki rockowej leżał i kwiczał. Dopiero od dość niedawna wydaje się on podnosić dzięki kilku dobrze zapowiadajacym się kapelom takim jak The Answer, Million Dollar Reload (obie z Irlandii), King Lizard, czy The Treatment - startujący od razu z wysokiego pułapu bohater niniejszej recenzji.
Na pomysł powołania do życia zespołu The Treatment wpadł w 2008 r. piętnastoletni wówczas perkusista Dhani Mansworth w rodzinnym Cambridge. Chłopak od dziecka interesował się takimi wykonawcami jak AC/DC, Led Zeppelin i Aerosmith, które to zainteresowania zapewne podsycał jego ojciec Laurie Mansworth - muzyk znany z formacji Airrace i Roadstar, obecnie także menadżer The Treatment. Do Dhaniego dołączył najpierw pochodzący z Tadley osiemnastoletni wioślarz Ben Brookland, po nim szeregi zespołu zasilił grający na basie piętnastolatek Rick Newman, dzięki któremu do grupy przyjęty został również jego szkolny kolega, drugi gitarzysta Tagore Grey (zamieszkujący w Petersfield). Chłopaki przeprowadzili się do Cambridge i zamieszkali w domu państwa Mansworthów, gdzie mogli oddać się całkowicie szlifowaniu technicznego warsztatu i nagrywaniu. Pół roku później dołączył do nich wokalista Matt Jones - tego siedemnastolatka też czekała przeprowadzka do Cambridge z rodzinnego Norwich. W rok po tym wydarzeniu kapela była gotowa do szturmowania rynku muzycznego. No właśnie, zadziwia połączenie młodego wieku muzyków i wysoki poziom umiejętności technicznych członków formacji. Nie znając szczegółów z biografii zespołu można głowę dać, że to grają zawodowcy z wieloletnim doświadczeniem. Mając skomponowany materiał na debiutancki krążek i zaliczonych kilka koncertów po Wielkiej Brytanii ekipa wchodzi do Barnyard Studios (należących do Steve'a Harrisa z Iron Maiden) i nagrywa debiutancki krążek o tytule This Might Hurt. Do podpisania kontraktu doszło szybko, na jednym z koncertów wypatrzył chłopaków przedstawiciel wytwórni Powerage Records i oczarowany zespołem bezzwłocznie zaproponowal współpracę. Młodzi muzycy stylistycznie łączą wczesne dokonania takich wykonawców jak Def Leppard i Tesla, sporadycznie dodając elementy z twórczości wspomnianych już Led Zeppelin, AC/DC i Aerosmith. Wystarczy posłuchać otwierającego płytę utworu Departed. Co za niesamowita energia bije z tego kawałka, to szok. Tak grało we wczesnym etapie kariery Def Leppard, ale dodam, że w brzmieniu albumu słychać sporo z klasycznego hard rocka lat '70. Zawsze mówiłem, że rock to muzyka młodych i tutaj mamy doskonale potwierdzenie dla mojej teorii. W The Doctor więcej już AC/DC i ich naśladowców z Accept, ale i sporo melodyki na wzór ich młodszych kolegów choćby z Bullet. Czasem mam wrażenie, jakby grało Black Stone Cherry, z tym że tutaj jest bardziej rock'n'rollowo. Podziwiam ten numer choćby ze względu na bardzo zgrabny riff, który się w nim przewija. Po latach wysłuchiwania naciąganych i robionych na siłę zagrywek przez setki kapel naprawdę miło jest natknąć się na coś takiego. A czy napisałem już, że solowki na krążku też są bardzo przyzwoite? Wstęp do I Want Love niezbyt przypadł mi do gustu, a to z racji swego modern rockowego sposobu budowania partii gitar rytmicznych - niestety ten sam paten napotkamy i w refrenach. Koniec końców najlepiej wypadają tu zwrotki i szkoda, że grupa nie gra tak cały czas. Świdrujące gitary w solówce przypominają mi z kolei to, co zawsze podobało mi się u Tesli. Zresztą do Tesli mocno zmieszanej z Aerosmith sporo podobieństw odnajdziemy w kolejnym nagraniu, Just Tell Me Why. Jest tu też coś z południowego klimatu Black Stone Cherry. Może kompozycja już nie tak porywająca jak poprzednie, wciąż jednak trzyma wysoki poziom. Lady Of The Light rozpoczyna się dość podniośle, spodziewać można się czegoś na wzór Uriah Heep, ale to tylko pozory, bo dalej kawałek rozkręca się w piosenkę w klimatach Led Zeppelin, a momentami mam nawet skojarzenia z niektórymi ścieżkami z dyskografii Whitesnake (tego mniej wygładzonego Węża). Wciąż nie mogę uwierzyć, że grają tu tak młodzi muzycy (najstarszy z nich ma teraz przecież nieco ponad 20 lat). Silny powiew lat '70 niesie ze sobą nieco zeppelinowski I Fear Nothing. Jest wolniej, jakby bardziej transowo, z większym przykładaniem uwagi do dłuższego wybrzmienia gitar. Klimat nagrania raczej smutnawy. Bardzo profesjonalnie zagrana solówka. Radośniej robi się w Winter Sun, da się wyczuć inspiracje dokonaniami Aerosmith, słychać to nie tylko w partiach gitar, ale i w głosie wokalisty. Jest też coś ze wspomnianych już Black Stone Cherry, The Answer czy Million Dollar Reload. Na tej płycie jednak bardziej do mnie trafiają ostrzejsze i bardziej dynamiczne kompozycje takie jak Shake The Mountain. Tu znów kłania się wczesne Def Leppard, względnie AC/DC, choć bliżej temu do Bullet. Z jednej strony ma się świadomość, że to nic nadzwyczajnego, że to było już wcześniej, a mimo tego słucha się utworu znakomicie. Ten patent zawsze się sprawdza. I Will Be There uzbrojony jest w fajne linie gitar i solówki, niestety w doł ciągną go mało przemyślane partie wokalne. Szkoda, bo w kawałku tkwi spory potencjał, lecz nie do końca jest on wykorzystany. Za to od razu uradował mnie numer zatytułowany The Coldest Place On Earth, gdzie chłopaki miksują dźwięki znane z Uriah Heep (jest i coś z Rainbow) z dokonaniami takich młodszych grup jak Bullet i Shakra. Spory plus za solówkę i całą jej oprawę. Tutaj kompletnie nie mam się do czego przyczepić. Ciekawą ścieżką jest zaiste Nothing To Lose (But Our Minds). Tym razem otrzymujemy mieszankę Aerosmith, Argent i powiedzmy klasycznego KISS. Na brak melodyki z pewnośćią narzekać się nie da, mamy tu w zasadzie taki rockowy przebój, jednak bez zbędnej komercjalizacji i przesłodzenia. Album kończy ukryta ścieżka o tytule Stone Cold Love, bardzo miła niespodzianka na finiszu. Jakichś technicznych fajerwerków może tutaj nie ma, za to piosenka jest bardzo chwytliwa ze względu na dużą dawkę melodyki. Przebojowy kawałek, z pewnośćią zachęcający do ponownego odsłuchania płyty This Might Hurt. Albumu, który naprawdę może zaboleć niektórych weteranów z branży. Nic dodać, nic ująć.
Młoda brytyjska grupa łączy w z powodzeniem najlepsze elementy klasycznego hard rocka lat '70 z melodycznymi pomysłami lat '80. Niby na brak takich wykonawców nawet w dzisiejszych czasach narzekać nie można, jednak mam dziwne przeczucie, że jeśli chłopaki nie spasują i rynek potraktuje ich łaskawie, to daleko zajdą. Rzecz polecana fanom Aerosmith, Tesli, Def Leppard, The Answer, Bullet, Black Stone Cherry, AC/DC i Million Dollar Reloaded.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/the_treatment
Guitarrizer kwiecień 2011
|