Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

THE SNAKES - Once Bitten... [1998]
Wydawca: Pony Canyon

  1. Labour Of Love
  2. Can't Go Back
  3. What Love Can Do
  4. Real Faith
  5. The Dancer (The Liar)
  6. Gonna Find The Sun
  7. Little Miss Happiness
  8. Bring Yourself Home
  9. Showdown
  10. Sacrificial Feelings
  11. Tough Love
  12. All Dressed Up [bonus track]
  13. September Tears [bonus track]
Once Bitten...

Skład: Jørn Lande - śpiew; Bernie Marsden - gitara; Micky Moody - gitara; Sid Ringsby - gitara basowa; Willy Bendiksen - drums

Produkcja: Ronni Le Tekrø

Tak się trochę ostatnio rozpisuję o panu Jornie Lande. Dziś przygotowałem jeszcze jedną recenzję płyty, na której wyżej wymieniony pan udziela się wokalnie. Obiecuje, że dam Wam odsapnąć od tego Norwega. Pozwólcie mi jednak przedstawić jeszcze jeden album z jego udziałem, dobra...?

A teraz do rzeczy. Czy ktoś z Was, drodzy czytelnicy, zastanawiał się, skąd wzięły się porównania Lande do słynnego Davida Coverdale'a? Przecież zaraz ktoś powie, że Jorn nigdy hard rocka na dobrą sprawę nie śpiewał. Nic bardziej mylnego. Swego czasu udało mu się popełnić właśnie takie albumy, a porównania do wokalisty Whitesnake nie wzięły się znikąd. Więc najpierw był norweski hard rockowy zespół Vagabond, w którym pan Lande śpiewał. No ale na ten temat, to może kiedy indziej... W roku 1997 powstała sobie brytyjsko-norweska formacja o nazwie The Snakes. Została ona utworzona przez gitarzystów Whitesnake, panów Berniego Marsdena i Micky'ego Moody'ego. Przez jakis czas grali oni wyłącznie utwory Białego Węża. Niedługo potem nastąpiła zmiana nazwy zespołu na Saints And Sinners, a skład uzupełniali znany wszystkim basista Neil Murray, wspaniały bębniarz Cozy Powell oraz amerykański wokalista John West. Ten line-up nie utrzymał się zbyt długo, odeszli Powell z Westem (ci muzycy zaczęli kombinować pod wspólnym szyldem) oraz Murray (ten trafił niedługo potem do Black Sabbath). Wiosłowi Whitesnake nie załamali rąk i na ich miejsce zaprosili norweskiego wokalistę Jorna Lande, basiste Sida Ringsby'ego (znanego z TNT) oraz perkusistę Willy'ego Bendiksena. Ten skład nagrał swoją jedyną płytę studyjną (była jeszcze płyta koncertowa Live In Europe), zatytułowaną Once Bitten... Wspominałem o porównaniu obu wokalistów, prawda? Nie mogło być inaczej, bo Labour Of Love to czyste Whitesnake. I nietrudno tu pomylić obu wokalistów. Energetyczny numer, jak za najlepszych lat Białego Węża. A Jorn brzmi tu jak David w szczytowej formie wokalnej. Dalej mamy równie "białowężowy" Can't Go Back, ze świetną pracą basu i ładnymi zagrywkami obu wiosłowych. I rzeknę Wam, że tylko dzięki nim i naszemu ulubionemu wokaliście ten album brzmi jak zaginiony LP Whitesnake. Z kolei What Love Can Do doskonale pasowałby nie tylko na każdy krążek Whitesnake, ale także na recenzowany już przeze mnie album Coverdale/Page. Fajnie prawda? A Lande brzmi tu właśnie w taki sposób, za jaki lubimy tego wokalistę. Real Faith i natychmiastowe skojarzenie z potężnym Whisper A Prayer For The Dying. Świetny, niemal zeppelinowski w swej manierze numer, utrzymany w duchu Białego Węża. Zespołowi ładnie udało się połączyć w jedno style obydwu zespołów. A tak na marginesie: czy obydwu bandom było tak daleko do siebie? Śmiem sądzić, że chyba nie. Nieważne, rozstrzygnięcie tego pozostawiam specjalistom. The Dancer (The Liar) to już niemal heavy metalowy numer, takie Whitesnake na sterydach. Ale za to jaki refren! Proszę Państwa, można odpalić ten kawałek w aucie, dać głośnikom popalić, opuścić szyby w dół i wcisnąć pedał gazu w podłogę. Tak to właśnie działa. Gonna Find The Sun to klasyczny rocker, troszkę w stylu amerykańskiego, południowego rocka. Po raz kolejny rezonuje tu Led Zeppelin (Rock 'n' Roll), choć konstrukcja tego nagrania to czyste Whitesnake po raz kolejny. Little Miss Happiness to już uśmiech pełną gębą. Bujający, blues-rockowy numer. Takie nieco mocniejsze country nawet. Już widzę te miny, jakie robił Lande podczas nagrywania tego kawałka. Podobny w konstrukcji, nieco w stylu zacnych brodaczy z ZZ Top (nie bijcie), utrzymany jest Bring Yo' Good Self Home. Południowy, amerykański blues. Texas. Takie mam skojarzenia z tym kawałkiem. Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, czas na powrót do poważnych klimatów. Można powiedzieć: jak to, Whitesnake i nie ma ballady? No więc jest w postaci Showdown. Tu Jorn pokazuje swoją całą wokalną klasę. I konia z rzędem temu, kto się nie pomyli i powie, że to sam Coverdale. Sacrificial Feelings to powrót do Led Zeppelin. Ten numer również spokojnie mógłby trafić na album Coverdale/Page. No, pasowałby tam jak ulał. Tough Love, All Dressed Up to utwory w stylu Whitesnake, a Jorn drze się w nich zupełnie jak Coverdale. Więcej nie napiszę, bo i tak sobie myślę, że nie trzeba. Na koniec September Tears. No i drodzy Państwo, to już nie Whitesnake, ani też Led Zeppelin. To czysty Jorn. Piękna ballada na zakończenie. Wycisza, buja i uspokaja. Wspaniała miniatura na sam koniec bardzo dobrego, hard rockowego albumu. Kapitalne gitary, świetnie pomyślana partia instrumentów klawiszowych i równie delikatna perkusja. I ta solówka... Cudowna rzecz.

Mocarny, hard rockowy album dla wszystkich fanów takiego rodzaju grania. Fani Whitesnake, Led Zeppelin i Jorna będą zadowoleni. Świetni gitarzyści, wspaniały wokalista, idealnie i bez wysiłku naśladujący Coverdale'a oraz dudniąca sekcja. To wszystko złożyło się na bardzo dobre wydawnictwo. Szkoda, że nie powstała kolejna, studyjna płyta w tym składzie. Ale może to i dobrze? Album-perełka w swojej kategorii. Serdecznie polecam. Ocena maksymalna.

Brak oficjalnej strony zespołu

Vincent
lipiec 2010